poniedziałek, 15 lutego 2016

1.23. W Obliczu Śmierci

Usunął mi się rozdział. ZNOWU. Jestem wściekła, naprawdę. Ale jest z powrotem, a ludzie którzy skomentowali wcześniej... cóż, dziękuję! 
Jak się uda to wrzucę rozdział w piątek :)
PS. NIENAWIDZĘ BLOGGERA.


   
        Po zwiedzeniu kilku pokoi sąsiadujących z kuchnią, Destiny doszła do wniosku, że dom jest w opłakanym stanie. Zewsząd odłaziła farba, drewniane podłogi były porysowane, a wszelkie ozdoby zostały zmiecione z powierzchni mebli, leżąc bezczynnie na podłodze. Omiatał je kurz i gdzieniegdzie pajęczyny, co wskazywało, iż wszystko było utrzymywane w takim stanie już od kilku dobrych miesięcy. Nie oszczędzono nawet obrazów. Były pocięte, poplamione i porozrzucane wszędzie, niczym zwykłe, zmięte kartki papieru. Des mogła się tylko domyślić, jak piękny i elegancki był ten budynek znacznie wcześniej.
         Szkoda, że tak go zniszczono — pomyślała.
         Gdy Nathaniel bez słowa wyszedł z domu, trzaskając głośno drzwiami, a Drake i Elena odeszli gdzieś w głąb domu, Destiny pozostało jedynie zwiedzanie nowego miejsca. Jednak w obawie, że się zgubi w tak wielkiej posiadłości, postanowiła, że przejdzie się tylko po miejscach na parterze.
          Znowu poczuła się niepotrzebna. Owszem, wiedziała, że nie jest jedną z nich, jednakże wciąż miała nadzieję, iż nie potraktują jej z góry. Niestety, ale było inaczej. Ona podała tylko pomysł, a oni z marszu zabrali się do pracy, nie pytając jej o zdanie.
           Wszystko u nich tak działało?
           Kolejny pokój okazał się salonem i - o dziwo - było z nim znacznie lepiej niż z wcześniejszymi, które widziała Des. Roiło się od śmieci i papierków po fast foodzie, a poniszczone rzeczy zostały bezceremonialnie upchnięte w kąt pomieszczenia, odsłaniając dosyć staromodny dywan. Przez spore okno wpadało dość dużo światła, w którym nieśpieszne tańczyły drobinki kurzu. Rubinowe ściany nadawały miejscu dziwnej królewskości, a kominek sprawiał, że pokój stawał się przytulniejszy, bez względu na to, iż był trochę zniszczony. W takim miejscu Destiny mogłaby spędzić swoje życie. Salon był tak piękny i ciepły, że nagle zapragnęła zostać tam, usiąść na wyświechtanej kanapie, odechnąć stosy starych książek na bok i przyglądać się każdemu fragmentowi pokoju.
          Jednak coś innego zwróciło uwagę dziewczyny. Na kupce śmieci schowanej w kącie zauważyła obraz.
         Był on piękny, bez wątpliwości. Chociaż prędzej piękna była postać namalowana na nim.
         Kobieta. Prześliczna kobieta.
         Kurtyna czarnych jak noc włosów ozdabiała jej lekko zaróżowione oblicze, a jej brązowe jak karmel oczy jarzyły się szczęściem.
         Wyglądała tak... spokojnie.
         Des przykucnęła przed obrazem i ostrożnie wyciągnęła dłoń. Dotknęła chropowatej powierzchni dzieła. Przejechała opuszkami palców w miejscu, gdzie namalowane były włosy postaci, które kończyły się na  chudych ramionach. Obraz był jak żywy. Jakby można było wyciągnąć tylko dalej rękę...  
         — To moja matka.
         Destiny jak oparzona cofnęła dłoń i natychmiast wstała. Obróciła się i zobaczyła Drake'a stojącego w drugim końcu pokoju. Opierał się o ścianę z rękami włożonymi do kieszeni. Przyglądał się Des nieodgadnionym wzrokiem, a ona przełknęła cicho ślinę.
        — Ja...
        — Miała na imię Annabelle — przerwał jej chłopak. Przeniósł skoncentrowane spojrzenie na obraz. — Od zwykłych zdjęć zawsze wolała staroświeckie malowanie obrazów. Tradycja rodziny Thore, niestety.
        Dziewczyna pokiwała głową i zerknęła na bruneta ponownie. Ten nie patrzył już na nią, ani nawet na obraz.  Wbijał wzrok w podłogę, a niezręczna cisza zaczęła się niemiłosiernie przedłużać.
        — Przykro mi z ich powodu — powiedziała w końcu Destiny.
        — Nie musi, Des. — Drake wzruszył ramionami. — To był ich cholerny wybór.
        — Śmierć nie była...
       Oni nie umarli — ponownie przerwał jej chłopak. Teraz znów patrzył na nią. Jego oczy pokryły się bursztynową barwą. — A przynajmniej nie w taki sposób jak myślisz.
Des oniemiała.
       — Więc oni odeszli od was... od ciebie.
       Drake powoli pokiwał głową, wciąż patrząc jej prosto w oczy. Wydawał się dosyć spokojny, jednak jego zdenerwowanie zdradzała zaciśnięta mocno szczęka.
       — Przykro mi — powtórzyła po chwili. 
       — Powiedziałem już, że nie musi.
       — Musi. — Des zrobiła kilka powolnych kroków jego stronę. — Przepraszam, że to powiem, ale lepiej byłoby, gdyby umarli. Nie nienawidziłbyś ich wtedy.
        Brunet zamrugał kilkakrotnie, a jego spojrzenie zmieniło się. Przestał zaciskać szczękę, odetchnął głęboko i po krótkim milczeniu powiedział:
         — Masz rację.
         Des uśmiechnęła się nieśmiało do chłopaka. Poczuła ulgę, gdy Drake odpowiedział jej tym samym.
          — Nienawidzisz także Nathaniela — zauważyła Des. — Dlaczego?
          Drake zamrugał i zamilkł. Spojrzał na Destiny, która o dziwo nie obróciła wzroku. Patrzyła wprost na niego, próbując go rozgryźć. Nie obawiała się jego spojrzenia. Nie był taki ostry i mętny zarazem, jak u Nathaniela, który próbował przeżreć się jej przez duszę. Oczy Drake'a biły od siebie swoją łagodnością i spokojem.
          Zdecydowanie brunet miał oczy po swojej matce.
          — Posłuchaj — zaczął Thore. — Jeżeli nie chcesz, nie musisz tego robić. Grzebanie w przeszłości to nie jest nic miłego, a we wspomnieniach to już w ogóle.
          — Nie mam wyboru.
          — Masz wybór — szepnął brunet naglącym głosem. — Zostaw to, jeżeli wiesz, że nie jest to dobre w pełni dla ciebie. Porzuć to i zacznij żyć tak jak zawsze chciałaś. Nie przyszło ci do głowy, że przez to nigdy nie byłaś naprawdę szczęśliwa? Ciągle rozpamiętywałaś przeszłość. Żyłaś faktem, że cię zostawiono. Sprawę pogorszyła śmierć twojej siostry. Czy to nie powinien być czas, w którym powiesz sobie dość? U nas możesz zacząć nowe życie.
          — Powiedział chłopak, który dziwnym trafem ma to samo co ja — odpowiedziała Des i przechyliła głowę lekko w bok. W obecności Drake'a czuła się zadziwiająco swobodnie. — Dlaczego ty sam tego nie porzucisz?
          — Nie mogę. — Drake przełknął ślinę. — Jest coś, co muszę zrobić i...
          Chłopak głośno westchnął i przeczesał ręką swoje ciemne włosy. Cofnął się kilka kroków, poszerzając ich wspólną odległość od siebie, którą Des prawie nadrobiła. Zacisnął usta w wąską kreskę, zupełnie jakby z trudem przychodziło mu milczenie. Wzruszył lekko ramionami w oznace i tak niepotrzebnych przeprosin. Destiny przestała już zupełnie rozumieć co się wokół niej działo. Chłopak coś przed nią ukrywał, a sam jego unik w sprawie Nathaniela budził w niej wątpliwości.
           — Rozumiem — skłamała dziewczyna. — Nie znamy się zbyt długo, wiem. Nie jestem Eleną, z którą trzymasz się Bóg wie ile, ale nie jestem też osobą, której nie można zaufać. Ja powierzyłam swoje życie wam i chociaż zdaję sobie sprawę, że oczekuję prawdopodobnie zbyt wiele to...
           — Nigdy w życiu nie porównałbym cię do Eleny. — Drake zmarszczył brwi i po chwili zastanowienia podszedł do Destiny, która stała na środku pokoju, nie wiedząc co zrobić. — Fakt, nie znamy się długo. Chociaż w sumie to ty mnie nie znasz długo. Widziałem cię już pierwszego dnia szkoły i może to zabrzmi strasznie, ale wiem o tobie bardzo wiele.
           — Masz rację, brzmi to strasznie.
           — Mówiłem. — Drake uśmiechnął się szeroko. — Mam nadzieję, Des, że uda nam się zaprzyjaźnić. Może będziesz miała szansę mnie lepiej poznać, jeżeli tylko zechcesz. Jednak mi samemu nie jest łatwo mówić o sobie. Chociaż w sumie coś w tobie sprawia... — Pokręcił głową. — Nie wiem. Po prostu wydaje mi się, że mnie rozumiesz.
          Destiny musiała unieść głowę wysoko do góry, by dostrzec twarz Drake'a. Patrzył na nią. Jego oczy były lekko brązowe, cały gniew się gdzieś ulotnił. Wciąż się uśmiechał.
          Dziewczyna poczuła ulgę.
          — Drake?
          Chłopak odsunął się od Des, odwracając się w stronę drzwi, w których stała Elena. Patrzyła na nich z niekrytym zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Zerkała to na Drake'a, to na Des, nie wiedząc na kogo popatrzyć dłużej. W końcu otrząsnęła się z oniemienia i wyprostowała się. Odchrząknęła cicho i powiedziała dziwnie spokojnym głosem:
           — Wrócił Blade. Mówi, że chce się z nami wszystkimi widzieć.
           Spojrzała jeszcze raz na Drake'a i wyszła z pokoju bez słowa. Chłopak od razu ruszył za nią, a potem Destiny, nie wiedząc za bardzo co się stało.




     Szybko przeszli do kuchni, w której rzeczywiście był Nate. Pochylał się nad wielką mapą, a kiedy zauważył Drake'a i Des, zerknął na Elenę, wyszczerzył zęby i zmrużył lekko oczy.
      — I co, skończyliście się już miziać?
       — Słucham? — Des uniosła brwi.
       Nathaniel parsknął śmiechem i wyprostował się, opierając ręce o stół. Uśmiech nie schodził mu z ust.
       — Nie denerwuj się, słońce — sprostował. — Żartowałem. Dobrze wiem, że niczego nie robiliście. Drake nie umie się pewnie nawet całować. A poza tym uwielbiam patrzeć na wkurzoną Elenę.
      Trey przewróciła oczami, a Drake wyglądał jakby miał zaraz eksplodować.
       — Przymknij się, Blade — warknął Thore. Założył ręce na piersi i podszedł do stołu, na przeciwko Nate'a. — Gdzie byłeś?
      Des przyjrzała się blondynowi. Miał na sobie skórzaną kurtkę, którą ona miała na sobie przedtem. Zmierzwione, jasne blond włosy opadały mu na czoło, jednak wydawał się tym nie przejmować.
       Popatrzył na Drake'a i jego twarz nagle spoważniała.
        — Byłem w mieście, a potem obok spalonego domu państwa Gray'ów — powiedział i zerknął na Destiny. — Szukają cię.
         — Kto? — spytała od razu blondynka. — Kto mnie szuka? Policja? Entyloni?
         — Wszyscy. — Nate przygryzł wnętrze policzka. — Szuka cię praktycznie każdy. Policja i ludzie ze Smallevil zdali sobie sprawę, że znaleźli tylko ciała Jamesa i Amy. Ci durnie podejrzewają ciebie — prychnął. — Entyloni kręcą się natomiast obok spalonej posiadłości i na obrzeżach lasu. Nie wiem jakim cudem udało ci się tutaj bezpiecznie dotrzeć. Do Gray'ów dzielił nas zaledwie niewielki las.
         Destiny kiwnęła głową i z trudem zwalczyła narastającą gulę w gardle. To nie był czas na panikę.
        To było w sumie oczywiste, że będą mnie podejrzewać — pomyślała.
        Podeszła do stołu i zerknęła na mapę, na której znakiem X był zaznaczony niewielki obiekt.
        — To mój dom. — Des wskazała na niego palcem.
        — Tak — odpowiedział Nate. Po chwili zakreślił pisakiem kolejne miejsce. — A to miejsce, w którym się teraz znajdujemy. Widzisz? Dzieli nas niewiele.
       Przesunął ręką w dół mapy i znowu zaznaczył kolejny punkt.
        — Tu jest natomiast Agora, cały kompleks budynków.
        Oczy Des rozbłysły z zaciekawienia. Przysunęła się bliżej mapy, by dokładniej przyjrzeć się miejscu, w którym rzekomo miała być Agora. Jednak zamiast zaznaczonych domków był zaciemniony plac, który - według legendy - miał być lasem.
        — Skąd wiesz, że...
        — ... to Agora? — dokończył za nią Nate. Stykali się ramionami. — Każdy należący do Klanu o tym wie. Ty natomiast tam przebywałaś, więc w sumie wychodzi na to samo.
        — Serio, po to przyniosłeś tę mapę? — przerwał im z oburzeniem Drake. — Chcesz się pobawić w szkołę i zrobić jej lekcję geografii?
       Nate przewrócił oczami.
       — Nie gorączkuj się tak, przystojniaku — rzucił kpiąco. — Mapa mi się przyda do utrzymania was wszystkich w umyśle Des. Elena też będzie mi potrzebna.
       — Nie możesz mnie, nie wiem, po prostu chwycić za rękę? — zasugerowała Des.
       — Nie bawię się w takie amatorskie rzeczy — odpowiedział blondyn. — A poza tym... będzie jeszcze wiele okazji do łapania się za rękę, nie martw się.
       Mrugnął do Destiny i rozłożył resztę mapy. Gestem ręki przywołał Elenę, która z widoczną niechęcią zbliżyła się do stołu. Założyła ręce na piersi i westchnęła.
       — No i co mam zrobić? — spytała.
       — Twoje umiejętności, ty rudowłosy druidzie, pomogą nam przejść w pełni w umysł Destiny i nie umrzeć czy nie rozbić się na kawałki — wyjaśnił Blade. — Z jedną osobą to zupełnie inaczej, ja sam mógłbym dać radę, ale nasza czwórka to całkiem inna bajka. Des też musi zachować świadomość.
       — Okey. — Zielona kiwnęła głową. — Mam nas utrzymać.
       — Już myślałem, że nie zrozumiesz — rzucił sarkastycznie Nate. — Nic szczególnego nie musisz robić, tylko skupić się nas wszystkich, kiedy będę wchodził w głowę Des. Potem masz kontrolować stan każdego co, mam nadzieję, w zupełności potrafisz. Jeżeli którekolwiek z nas odchyli się od normy, mówisz mi od razu, a ja się wycofuję, rozumiesz?
        — Bez problemu — syknęła rudowłosa. — Możesz przestać gadać i zacząć już coś robić?
        Nathaniel posłał jej swój krzywy uśmieszek.
        — Połóżcie wszyscy ręce na mapie. Trey, skup się.
        Po chwili każdy z czwórki zebranych położył swoją dłoń na mapie. Elena wykrzywiła się nieco i zamknęła oczy, oddychając głęboko. Drake natomiast zerknął raz jeszcze na Des i Nathaniela. Posłał dziewczynie łagodne spojrzenie, po czym także zamknął oczy.
         — Teraz najlepsza część — wyszeptał Nathaniel do blondynki. — Zamknij oczy Des i podaj mi swoją wolną rękę.
         Destiny przełknęła ślinę i podała mu swoją prawą dłoń. Chłopak rozczapierzył jej palce i wsunął w nie swoje, zaciskając ich ręce w mocnym uścisku.
          — Nie bój się — powiedział. — Nie będzie bardzo bolało.
          — Nie boję się.
          — Zaczynajcie do cholery — warknęła Elena. — Nie mam zamiaru was słuchać.
          To był jak błysk błyskawicy, który odbija się w oknie, by potem bezpowrotnie zniknąć. Przez ciało Des przeszedł lekko szczypiący prąd, który znalazł swoje miejsce na dłużej z tyłu głowy dziewczyny. Jej serce zaczęło pulsować coraz szybciej, sprawiając coraz bardziej nasilający się ból w klatce piersiowej. Słyszała jakieś głosy, jednak mgła jaka ją ogarnęła, nie pozwalała przebić się do nich.
          — Des?
          Głos Nathaniela mocniej przybrał na sile. Stał się wyraźniejszy. Poczuła silniejszy uścisk dłoni.           Spróbowała zacisnąć swoją, jednak miała wrażenie, że odebrano jej władzę nad ciałem. Nie mogła się poruszyć.
           — Co z jej poziomem? — spytał szybko blondyn z niepokojem.
           — Jest w porządku! — Po chwili usłyszała spanikowany głos Eleny. — Ja nie rozumiem czemu ona nie przeszła.
           Nie przeszłam? — Myśl w głowie Des odbiła się niczym echo. — Jak to nie przeszłam?
           — Cholera — warknął Nathaniel. — Jeżeli nie obudzi się za chwilę będziemy musieli wyjść.
           — Des. — Nagle znikąd pojawił się głos Drake'a. — Des na pewno nas słyszysz. Musisz wyjść, rozumiesz? Musisz.
           — Serio myślisz, że nas słyszy? — odezwała się Elena.
           — Całkiem możliwe — potwierdził Nathaniel z niechęcią.
           Popatrzył na stojącą nieruchomo Des i delikatnie szarpnął ją za dłoń.
           — No dalej, Des! Nie możesz tak łatwo się poddać. Skup się na mojej dłoni. Wyobraź sobie, że przechodzisz przez niewidzialną barierę prosto do nas. Uwierz w to.
         Gdyby tylko mogła, pokiwałaby głową w oznace zrozumienia. Mieli rację, nie mogła się poddać. Skupiła więc z trudem całą swoją uwagę na dłoni Nathaniela, która była mocno zaciśnięta wokół ręki dziewczyny. Ciepło przepływające przez nią koiło ból, jaki opętał całe ciało Des. Próbowała się uspokoić, przestać przejmować się bólem.
         Wiedziała, że znosiła gorszy. Tym razem też da sobie radę.
         Bariera.
         Przejść przez barierę.
         Otworzyła oczy i odetchnęła głęboko, nie zdając sobie nawet sprawy, że nie oddychała.
         — O mój Boże, Des! — krzyknęła Elena z ulgą w głosie.
         Ból jednak nie minął. Nasilił się. Gdyby nie ręka Nathaniela, Des runęłaby w dół.
         — Des — cichy głos Nate'a owionął ją.
         Myliła się. Nigdy wcześniej nie znosiła gorszego bólu.
         Miała wrażenie, że pęka jej czaszka.
         Padła na kolana, a z jej gardła wydał się krzyk. Oczy zaszyły jej mgłą, tracąc zupełnie zdolność widzenia. Po chwili miejsca, gdzie dotykał ją chłopak, który próbował ją podnieść, zaczęły zajmować się ogniem. Des zaczęła się wyrywać, jednak bezskutecznie. Po chwili pojawił się tuż przy nich Drake. Bez słowa chwycił Des, pomagając Nathanielowi ją podnieść.
        Des zaczęła łkać.
        — Ten ból nie istnieje. Jest w twojej głowie. — Usłyszała Nathaniela. — Słyszysz? Skup się teraz na moich słowach.
        — Blade...
       — Zamknij się — warknął Nathaniel do Drake'a, a po chwili zaczął mówić: — Destiny, słyszysz  mnie?
       Destiny uspokoiła się nieco i zaczęła głośno dyszeć.
       — To ja, Des, Nathaniel — kontynuował. — Pamiętasz mnie? Spotkaliśmy się po raz pierwszy w bardzo deszczowy dzień, jeden z nielicznych w Kalifornii. Podjechałem samochodem, kiedy ty szłaś zupełnie mokra. Nie chciałaś mojej pomocy, jednak w końcu się zgodziłaś, żebym cię podwiózł. Rozmawialiśmy, było miło. Odwiozłem cię do domu. Obiecałaś, że nie będziesz się bać.
        Des przestała się szarpać. Nathaniel podciągnął ją trochę wyżej do góry. Oparł ją sobie plecami do siebie.
        — Tuż obok mnie jest Elena. Pamiętasz Elenę? Ma rude włosy i jest całkiem przyjazna dla osób, które lubi. Ciebie bardzo polubiła. Pomaga ci.
        Oddech Des uspokoił się.
         — Jest jeszcze Drake — po chwili dodał Nate. — Też go polubiłaś. Rozumiecie się, wiem o tym. Macie się zaprzyjaźnić. Na pewno wam się uda.
         Głos Nathaniela stał się trochę bardziej oschły przez jedną chwilę. Po chwili jednak znów złagodniał.
         — Teraz skup się. Ból, który odczuwasz nie istnieje. Jesteś tu po to, by dowiedzieć się czegoś więcej o sobie samej. Chcesz odkryć dlaczego zginęli twoi rodzice. Chcesz to zrobić dla ich pamięci. Nie odpuścisz Entylonom. Właśnie dlatego nie możesz się poddać. Obiecałaś, że nie będziesz się bać.
         — Niczego ci nie obiecywałam.
         Niewyraźny głos Destiny sam ją zaskoczył. Otwarła oczy i spróbowała skupić swoją ostrość widzenia na jednej, jakiejkolwiek rzeczy, która leżała tuż przed nią.
         Ciemnobrązowe deski podłogi rzeczywiście były bardzo porysowane i zakurzone.
         — Masz rację, nie obiecywałaś — wyszeptał Nate.
         — Destiny? — Tuż przed nią pojawił się Drake, który przykucnął przy niej. — W porządku?
         — T-tak — odpowiedziała.
         Ból zniknął. Czuła się teraz całkowicie inaczej. Zdecydowanie lepiej. Spróbowała wstać z ziemi.          Odepchnęła się od Nathaniela, który także wstał.
         Jego twarz niczego nie zdradzała.
         Nawet na nią nie popatrzył. Cofnął się kilka kroków, w cień kuchni.
         — Boże, Des, tak się bałam o ciebie. — Elena podeszła do niej i ją objęła. — Zadziwiające, ale się bałam.
         Jeżeli jakakolwiek zazdrość skierowana w stronę Drake'a i Des pojawiła się w sercu Eleny, w tamtej chwili z pewnością zniknęła jak bańka mydlana.
         Drake posłał jej ciepły uśmiech, który po chwili znikł.
         — Ona nie powinna iść w takim stanie — powiedział.
         — Może, powinna i musi — odezwał się Nate.
        Wszyscy odwrócili wzrok w jego stronę, patrząc jak spokojnie składa sobie mapę. Zupełnie jakby poprzednie wydarzenia nie miały miejsca.
         — Po co ci ta mapa? — spytał Drake.
         — To zabezpieczenie — mruknął blondyn i spojrzał na nich. Wyglądał na znudzonego. — W tym świecie nie jesteśmy nieśmiertelni. Jeżeli oberwiemy i umrzemy to w realu też. Jeżeli mi się coś stanie, to Des nie będzie mogła się wydostać. No... i wasza dwójka też nie.
         — Ale co ma do tego ta rzecz? — dopytywała się Elena.
         — To już nie jest zwykła mapa. — Chłopak westchnął i rozwinął papier, który okazał się nagle pusty. — To zaszyfrowana mapa po wspomnieniach Des. Nie mogłem przenieść was wszystkich, nawet z  pomocą Trey. Przeniosłem więc wspomnienia Destiny na mapę, a wy wsiąkliście w nią. To jest nasze wejście i wyjście. Najlepszy i najbezpieczniejszy sposób jaki znalazłem. Dodatkowo mapa jest cały czas z nami, więc nikt tutaj nie wejdzie.
          Ponownie zwinął papier i po krótkiej chwili wahania zdecydował się oddać to Destiny. Ta popatrzyła na niego ze zdziwieniem i zabrała mapę.
          — Wspomnienia są ważne — powiedział. — Jeżeli one wchodzą w grę to nie powinnaś nikomu ufać. Nawet nam. Dlatego masz mieć to przy sobie, a potem ukryć to w najbezpieczniejszym miejscu jakie znasz lub po prostu spalić. Uwierz mi, nie chcesz wiedzieć, co stałoby się, gdyby znaleziono twoje wspomnienia. Można je w okrutny sposób wykorzystać.
           — Ale ja przecież nadal wszystko pamiętam — zauważyła Destiny.
           — Powiedzmy, że je  skopiowałem. — Nate uśmiechnął się prawie niezauważalnie. Potem przeleciał wzrokiem po Elenie i Drake'u i ponownie westchnął. — Chodźmy, bo nie zdążymy na imprezę.
          
           Faktycznie, odległość, jaka dzieliła posesje Thore'ów i i Gray'ów była niewielka. Nie szli nawet dziesięć minut, kiedy Nathaniel kazał się im zatrzymać. Odetchnął głęboko i obrócił się w stronę reszty Zaprzysiężonych.
            — Jeżeli dobrze wszedłem w czas, to za chwilę powinniśmy wejść do jeszcze nie spalonego domu Jamesa i Amy. Nie wiem co tam będzie, więc radzę wam mieć oczy wszędzie. Wszyscy uważamy na Des. — Widząc jednak minę dziewczyny dodał: — Nie obraź się, słońce, ale po pierwsze masz mapę, a po drugie nie masz żadnych zdolności, które mogłyby uratować ci tyłek. Bicie badylem po głowie Entylona się nie liczy.
            Nie słysząc słowa sprzeciwu, ruszył dalej przed siebie. Po chwili ruszył także Drake, który raz po raz zaciskał pięści. Był zdenerwowany.
            I to bardzo — pomyślała Des.
            — Trzymaj się blisko mnie — powiedziała Elena. Mrugnęła do blondynki, próbując ją podnieść na duchu. Zupełnie niepotrzebnie. — Nie bój się, Des. Damy radę.
           — Nie boję się, Eleno — powiedziała Des, siląc się na spokojny ton.
           Ile razy będzie musiała to jeszcze powiedzieć?
           Nathaniel zwolnił i zaczął rozglądać się dookoła. Poruszał się cicho, z resztą tak samo jak Elena i Drake. Des poczuła się przy nich jak słoń w składzie porcelany. Bała się zrobić kolejnego kroku, by nie nadepnąć przypadkiem na suchą gałązkę. Pomimo że wędrowała tyle razy po lesie, wcześniej tutaj nie była. Wydawało się jej to dziwne. Nie znała tego miejsca.
            Zaczynało się ściemniać. Było coraz zimniej, a cienka kurtka, znaleziona przez Elenę gdzieś w rezydencji Thore'ów nie dawała za dużo ciepła. Szybki, dziesięciominutowy marsz też na niewiele się zdał. Pozostało Destiny jedynie to znieść.
           Przetrwać.
            Jak zawsze w swoim życiu.
            — Kilka metrów i jesteśmy już na miejscu — zawiadomił Blade. — Trey, wyczuwasz kogoś?
            — Nie — odpowiedziała. — I zanim spytasz mnie o nasz stan, próbując wytknąć mi moją   niekompetencję, to mówię od razu, że tak, z każdym wszystko okey.
            — I to chciałem usłyszeć.
           Des mogłaby przysiąc, że w głosie Nathaniela usłyszała wesołość.
           Po pokonaniu kolejnych kilkudziesięciu metrów w końcu wyłonili się z lasu. Nathaniel szybkim krokiem przeszedł przez małą polankę, oddzielającą ich od domostwa. Trójka nastolatków ruszyła za nim.
           Widok domu Jamesa i Amy rozbudził w Des żałobę po nich. Tęskniła za nimi, tak dawno ich nie widziała. Chciałaby ich przytulić, pogadać z nimi, pośmiać się. Zrobić z Amy kolację, poczekać na Jamesa i posłuchać o jego pracy. Spędzić długi wieczór z nimi, a potem położyć się do łóżka z trochę mniejszym poczuciem straty niż zazwyczaj.
           Wcześniej straciła Victorię. Teraz straciła ich.
           Z kim kolejnym przyjdzie jej się pożegnać?
           Pamiętaj o tym, że nie ma wyboru. A teraz proszę cię... uciekaj. Nie obracaj się za nami, nie wracaj tu. Musisz sobie radę.
           Nagłe wspomnienie sprawiło, że Des omal się nie potknęła. Zachłysnęła się powietrzem i przetarła oczy, próbując wyzbyć się dziwnego otępienia.
           Cała trójka patrzyła na nią. Elena i Nate rozglądali się dookoła, nie będąc do końca pewnymi swojego bezpieczeństwa. Natomiast Drake podszedł do niej i uniósł jej brodę.
            — Mówiłem, żebyś nie szła. — Przyjrzał się jej dokładnie. — Co jest?
            — Nic. — Des odsunęła się. — Chodźmy.
            Ruszyła prosto w stronę drzwi wejściowych, jednak po chwili ktoś ją zatrzymał. Przed nią pojawił się Nathaniel, który posłał jej wymowne spojrzenie. Poszedł przed nią i zatrzymał się dopiero przed samymi drzwiami.
            Pchnął je lekko i po chwili nasłuchiwania wszedł do środka. Drake poszedł za nim, a Elena pociągnęła Des ze sobą.
            Weszli do pomieszczenia. Przywitał ich korytarz w odcieniu beżu, który jak zawsze był pogrążony w cieniu. Było cicho, zupełnie tak samo, jak Des to sobie zapamiętała. Widząc swoją ciepłą kurtkę wiszącą na wieszaku, blondynka zapragnęła ją ubrać. Nathaniel, widząc to, powiedział:
             — Możesz ją wziąć. Wszystko, co zabierzemy ze sobą, wraca z nami do realu.
             Destiny uśmiechnęła się na wieść o tym. Szybko ściągnęła zimną, popsutą kurtkę i założyła swoją. Poczuła perfumy Amy, których wspólnie używały. Przez chwilę miała wrażenie, że nic się nie stało. Że zaraz z kuchni wyjdzie Amy, ogłaszając, iż w końcu nauczyła się gotować, a światła samochodu Jamesa odbiją się o szybę, zawiadamiając o jego powrocie.
             Przeszłości nie da się jednak cofnąć.
             Dom przestanie być domem, a teraźniejszość stanie się wspomnieniem.
             Jednak coś zaniepokoiło Destiny. Podeszła bliżej, próbując sobie przypomnieć, jak ostatnim razem widziała cały dom.
             Dlaczego drzwi do kuchni zostały zasunięte?
             Des zmrużyła oczy i podeszła jeszcze, chcąc je otworzyć. Jednak Nathaniel znów jej przeszkodził. Zatrzymał ją ręką, cofając do tyłu.
             — Ja i Thore sprawdzimy dół — zarządził. — Ty i Trey ogarniacie górę.
             — Jasne, Kapitanie Ameryka — mruknęła Zielona i pociągnęła za sobą Destiny. — Des, no chodź. Sprawdzimy górę. Jakby co, to zabierzemy kilka twoich najważniejszych rzeczy.
             Destiny zacisnęła usta w wąską kreskę i poszła za rudowłosą schodami w górę. Naprzeciwko stopni był jej pokój. Bez słowa wkroczyła do niego, a Elena tuż za nią.
             Był cały w ruinie. Wszystkie rzeczy z szafek porozrzucano po pokoju, zupełnie jakby ktoś czegoś szukał. Książki były potargane, pościel rozrzucona, materac rozpruty, a rama łóżka roztrzaskana. Okno zostało wybite, a strzępki jasnej zasłony żałośnie powiewały na delikatnym wietrze. Wszędzie było szkło, pomieszane ze wszystkim co należało wcześniej do Des. Ubrania były pocięte na drobne kawałeczki, a szafa rzucona na ziemię.
            Destiny odebrało mowę.
            Nie, nie chciała płakać.
            Chciała krzyczeć.
            Zrobiła kilka kroków w przód, nie zwracając uwagi na gadanie Eleny. Nie interesował ją jej wyraz współczucia. Miała nadzieję, że uda się jej coś uratować. Szkło chrupało pod jej butami, którymi odgarniała niektóre śmieci.
            Jakimś cudem przetrwał stary egzemplarz Olivera Twista.
            Des odetchnęła z ulgą i schyliła się, sięgając po wysłużoną książkę. Odgarnęła z niej odłamki szkła i podniosła ją, przytulając mocno do piersi. Po chwili odsunęła zamek kurtki i wsunęła książkę pod ubranie.
           Elena przyglądała się poczynaniom dziewczyny z zainteresowaniem.
           Jak taka zwykła książka mogła wzbudzić w niej tyle niemych uczuć?
            Des obróciła się i szybko wyszła z pokoju. Ruszyła korytarzem w prawo, chcąc dotrzeć do kolejnych schodów.
           — Destiny! — zawołała Elena, biegnąc za nią. — Gdzie ty idziesz?
           — Te schody prowadzą do salonu — odpowiedziała blondynka. — Muszę pójść po zdjęcia.
           — Co? Jakie zdjęcia? — Rudowłosa jęknęła. — Mieliśmy sprawdzać górę.
           Destiny zatrzymała się i rozłożyła szeroko ręce. Miała dość tego wszystkiego.
           — Widzisz tu coś? Jakiegoś Entylona lub coś niezwykłego? Nie. A wiesz co ja widzę? Mój rozwalony pokój. Miejsce, w którym żyłam, nawet nie wiedząc, że te kilka miesięcy będzie najszczęśliwszym okresem w moim życiu, jest praktycznie w ruinie. A tak poza tym to musimy zaraz się stąd wynieść. Mam jedyną okazję zabrać najważniejsze dla mnie rzeczy i nie zamierzam jej zmarnować. Nikt mnie nie powstrzyma.
           Elena nie odezwała się. Patrzyła na Destiny ze współczuciem, którego dziewczyna nie mogła już znieść. Prychnęła i obróciła się w stronę schodów, nie przejmując się ponownymi nawoływaniami Eleny.
            Salon był w takiej samej ruinie, co jej pokój. Tak jak Des myślała, ramki zostały zrzucone z gzymsu kominka. Podeszła do nich szybko i przykucnęła. Nie zwracając uwagi na ostre szkło, wyciągnęła z potłuczonych oprawek zdjęcia. Mały Will, James i Amy w dniu ślubu, ich dwójka z nowonarodzonym synkiem i to, co zabolało ją najbardziej: ona i Gray'owie przed domem. Uśmiechali się. Wszyscy, nawet Des. Nawet Amy.
          W jej oczach zalśniły łzy.
          Zabrała zdjęcia i wyciągnęła książkę spod kurtki. Włożyła do niej fotografie i z powrotem włożyła Twista pod koszulkę, w pasek spodni i zasunęła kurtkę. Wstała, wciąż nie patrząc na Elenę.
           — Musiałam to zrobić — wyszeptała. — Dla nich.
           — Wiem. — Elena pokiwała głową.
           Coś znowu zwróciło uwagę Des. Kolejne drzwi prowadzące do obszernej kuchni były zamknięte.
             — Co do cholery? — Des zmarszczyła brwi i ruszyła w ich kierunku.
             — Des? Gdzie ty znowu idziesz? — spytała Elena.
             Destiny podeszła do drzwi i zsunęła je z całej siły w bok. Przesunęły się z cichym skrzypieniem, ukazując swoje wnętrze.
             Dziewczyna znowu się myliła.
             Ból może być jeszcze  gorszy.    
             Drake natychmiast do niej podszedł, próbując ją powstrzymać.    
             — Destiny, proszę...
             Nie posłuchała. Odepchnęła go od siebie.
             Pojedyncza łza spłynęła na policzek.
             Musiała do nich dotrzeć.
             Wyszarpnęła rękę, nie dając się złapać Elenie. Nathaniel natomiast nic nie zrobił. Stał obok i patrzył na nią uważnie. 
              Kolejna łza uderzyła o podłogę utytłaną we krwi.
              — Des...
              — Trey, nie — odezwał się Nate. — Pozwól jej.
              Trzecia łza odbiła się od dłoni Jamesa
              Des uklękła i aż zachłysnęła się łzami. Nie chciała już krzyczeć, wrzeszczeć. Chciała płakać.
             Chciała w końcu płakać.
              Wąski strumyk słonych łez spływał po jej policzkach i szyi. Jęknęła cicho i chwyciła dłonie Jamesa i położyła je na jego klatce piersiowej. Niebieskie, lekko zamglone oczy patrzyły gdzieś przed siebie. Wyglądał spokojnie. Usta ułożone były w uśmiechu.
              Po plecach Des przebiegł dreszcz.
               Zawsze James był taki pełen nadziei. Pełen dobra.
               Destiny wyciągnęła rękę i sięgnęła po szmatkę, zwisającą ze stołu. W przypływie nagłej siły rozerwała ją na pół. Obie części zawinęła wokół szyi swoich rodziców, zakrywając krwawiące rany. Jej dłonie poplamiły się krwią, a łzy zamgliły jej oczy.
             Pochyliła się i pocałowała go w czoło. Po chwili zsunęła mu powieki na oczy i pogłaskała go po policzku, zostawiając po sobie krwawe smugi.
              — Ciągle się mylę — powiedziała do niego. Wyglądał jakby spał. Jakby śnił mu się cudowny sen. — W tej sprawie także nie miałam racji. Oboje nie mieliśmy. Zawsze to ty byłeś moim prawdziwym tatą. 
            Uniosła głowę i z całej siły, jaką zdołała z siebie wykrzesać, wstała. Kolejne łzy lądowały wprost na ziemię.
              Amy także zasnęła. Nie uśmiechała się, ale nie była przerażona.
              Nigdy więcej się już nie bała.
               Des także pocałowała ją w czoło. 
              — Do zobaczenia, mamo— Fala rozpaczy wstrząsnęła ciałem Des. — Jesteście teraz z Will'em.
              Tym razem ciężej było się podnieść.
              Nie potrafiła... Nie potrafiła od nich odejść.
              Ktoś dźwignął ją do góry, a ona zamknęła oczy, chcąc ukryć swoje łzy.
              — Spokojnie. — Szept Drake'a był blisko jej uszu. Przytrzymał ją jeszcze chwilę, upewniając się, że stoi na własnych nogach, a potem ją puścił. — Znaleźli spokój.
               — Wiem.
               Des pociągnęła nosem i otarła łzy wierzchem dłoni. Starała się nie patrzeć już na rodziców. Nie mogła już nic więcej dla nich zrobić. Wiedziała tylko, że nie mogła w tamtej chwili dopuścić do siebie bólu. Zerknęła na Nathaniela i Elenę, którzy wbili wzrok w podłogę. Nie patrzyli na nią, ani na Gray'ów. Wszyscy chcieli stamtąd odejść.
               Jedynie Drake nie spuścił oczu. Patrzył na nią i tylko na nią. Pilnował ją. Nie starał się jej na siłę pocieszać czy mówić, że wszystko będzie dobrze. Oboje wiedzieli, że nie będzie. Zdał sobie sprawę, że właśnie tego Des potrzebowała najmniej. 
               Nie potrzebowała współczucia.
               — Znaleźliście coś? — Des pierwsza przerwała pustą ciszę. — Cokolwiek?
               — Ślady po Entylonach. Mnóstwo śladów. — Nate zmarszczył czoło i popatrzył prosto przed siebie, na las za oknem. — Drake znalazł zwierzęce odciski łap wokół domu i ślady butów, zapewne twoich. Ja miałem szczęście znaleźć coś jeszcze lepszego.
               Wyciągnął z kieszeni kurtki małe zawiniątko i po chwili z powrotem je schował. 
                — Potem wszedliśmy tutaj  — powiedział. 
               Destiny kiwnęła głową i zrobiła krok w stronę wyjścia.
               — Zabrałaś coś swojego? — spytał Drake.
               — Najważniejsze dla mnie rzeczy, tak — mruknęła Des i odetchnęła głęboko. Spojrzała na Nathaniela, który wyglądał jakby coś nasłuchiwał. — Możemy... możemy już wracać?
                Nate wyprostował się, nagle rozbudzony. Zamrugał kilkakrotnie i skinął powoli głową.
               — Podaj mi...
               Głośny trzask rozniósł się po domu. Coś zaczęło poruszać się po salonie za zamkniętymi drzwiami kuchni. Wszyscy przystanęli w bezruchu, przysłuchując się. Elena cofnęła się w stronę innych drzwi, obok których stała Des. Rudowłosa przyłożyła palec do ust, nakazując blondynce milczeć. Nathaniel natomiast zrobił kilka kroków do przodu, a za nim po chwili podążył Drake, napinając każdy mięsień swojego ciała. Stanęli ramię w ramię, uważnie patrząc na wejście do salonu.
                Nagle drzwi rozsunęły się, jednak nic się nie stało. Dopiero po chwili z salonu wyłoniła się trójka mężczyzn w ciemnych strojach. Ręce mieli włożone nonszalancko do kieszeń, kiedy powoli posuwali się naprzód. Drake warknął, na co jeden z Entylonów roześmiał się.
              Wyglądali niepokojąco spokojnie. Byli bladzi, a kontrastująca z ich jasną cerą czerń wydawała się jeszcze głębsza. Mieli oczy jak dwa odłamki węgla, a ich znudzone miny nie zdradzały żadnego gniewu, żądzy mordu lub chociaż zaciekawienia. Des zaczęło się wydawać, że Nathaniel był do nich bardzo podobny.
               Jeden z Entylonów spojrzał na Blade'a i przejechał językiem po wnętrzu policzka. Wykrzywił usta w niemiłym uśmiechu.
                Refenesie— Nieznajomy przechylił głowę. Wyciągnął ręce z kieszeni, a stojący obok niego mężczyźni odeszli na bok, rozpierzchając się po kuchni. — Bawisz się w przedszkole?
             — Już ktoś mi coś podobnego dzisiaj zasugerował — powiedział Nathaniel. Wydawał się być spokojny. Zrobił krok do przodu. — I ty mnie nie denerwuj, Angelusie
               — Świetnie się wtopiłeś, muszę przyznać— cmoknął  Angelus. 
               Czarne oczy przodującego Entylona przesunęły się po reszcie Zaprzysiężonych.
                — Drake Thore, czyż nie? — Uśmiechnął się kpiąco na widok bruneta. — Chcesz wiedzieć co u mamusi i tatusia?
                Brązowy wyrwał się w przód, jednak Nathaniel go powstrzymał ręką, posyłając wymowne spojrzenie. Przekręcił powoli głową, a Drake w końcu ustąpił. 
                — Eh, ciebie nawet nie znam. — Przyjrzawszy się Elenie, wzrok Angelusa w końcu spoczął na Destiny. Jego usta rozciągnęły się w uśmiechu. Filia Esthar. Piękna pani.
                Z salonu wyszło kilkanaścioro kolejnych Entylonów. Des przełknęła ślinę, a jej plecy napotkały szorstką powierzchnię ściany. Wszyscy Entyloni na nią patrzyli. Przez ułamek chwili nawet niezwruszony Nate, przerażona Elena i wściekły Drake na nią spojrzeli. 
                Było źle. Bardzo źle.
                — Jak na nas wpadliście? — rzucił beznamiętnie Nathaniel, odwracając się z powrotem do Entylona.
                — Nie ty jeden masz swoje sprawdzone sztuczki, które, nawiasem mówiąc, umiesz ode mnie. Mój ulubiony sposób to ten na szkatułkę. — Angelus odciągnął spojrzenie z Des i popatrzył na ciała Jamesa i Amy. Roześmiał się. — Wiesz, że gdyby nie ta twoja przegięta heroiczność, to ta dwójka wciąż żyłaby?
                — Trzeba było mi powiedzieć.
                — Nie mogliśmy.
                — Gówno prawda — stwierdził Nathaniel, wzruszając ramionami. — Znam waszą... etykę pracy. 
               Po chwili dwójka stojących naprzeciwko mężczyzn, uśmiechnęła się do siebie porozumiewawczo. Nathaniel wyszczerzył zęby, a Entylon podszedł do niego klepiąc blondyna po ramionach. Był niższy od Blade'a o głowę. Jego twarz pojaśniała.
              — Refenesie — powiedział. — Stary druhu!  Wciąż żyjesz!
              — Dziwi cię to? — Blade uniósł brwi do góry i ponownie się uśmiechnął.
              Des otwarła oczy ze zdumienia.
              Nathaniel ich zdradził.
              Nie mogła w to uwierzyć. Zerknęła na Drake'a, który cofnął się chwiejnie do tyłu. Był wstrząśnięty jeszcze bardziej niż ona. Elena natomiast wzięła głęboki oddech i zacisnęła ręce w pięści. Oczy robiły się coraz bardziej zielone.
               — Gdy zacznie się walka, uciekasz ile masz tylko sił w nogach — wyszeptała prosto do ucha Des. — Nie wracasz, nie szukasz nas. My ciebie znajdziemy. Jeśli będziesz musiałą, użyj mapy. Wracaj do Agory, rozumiesz?
               Des kiwnęła głową.
       

         
            — Nie, gdzież bym śmiał? — Wokół czarnych oczu Angelusa pojawiły się zmarszczki, kiedy się uśmiechnął. — Taki sukinsyn jak ty nigdy nie zginie.
           Fakt — potwierdził Nathaniel i podszedł jeszcze bliżej. — Za dobrze mnie znasz.
          Reszta Entylonów rozluźniła się. Wszyscy znali Nathaniela.
          Znali Refenesa.
          — Ach, stare dobre czasy — rzekł Angelus. — Byłeś z nami, pracowałeś dla Sereny. Była bardzo z ciebie zadowolona. Jednak poczucie winy musiało cię zgnębić. Chociaż mam nadzieję, że się z nim uporałeś?
          — Stare dobre czasy? — powtórzył Nathaniel i przez chwilę zastanowił się nad tymi słowami. — Rzeczywiście, jest co wspominać.  
          Angelus zmrużył oczy. 
          — Nie szkoda ci ich?
         — Angelusie. — Jeden z Entylonów zwrócił się do mężczyzny. — Musimy wykonać rozkaz pani.
         — Jeszcze raz przerwiesz mi i mojemu przyjacielowi to wyrwę ci głowę, Rakosie. — Głos Angelusa w ciągu sekundy zmienił się w ostry i groźny.
        Ostatni raz zmierzył wzrokiem młodszego Entylona i z powrotem zwrócił się do Nathaniela.
        — No więc, nie szkoda ci ich? — spytał ponownie.
        — A owszem, szkoda. — Nate pokiwał głową. — Miałem o wiele lepszy kontakt z tym nadpobudliwym Brązowym za mną.
        — Mam rozumieć, że wciąż uwielbiasz się ze mną droczyć?
         — Żebym jeszcze umiał — zauważył blondyn. — Pamiętaj, że to ty byłeś lepszym kłamcą ode mnie. A poza tym... kto zna mnie lepiej niż mój własny mentor?
          — To prawda, dobrze cię znam. Nie jesteś głupcem i nie zaryzykujesz dla dwójki Zaprzysiężonych, którzy z resztą i tak cię nienawidzą.
          Chłopak znowu się roześmiał. Wszyscy zamilkli. Oczy Blade'a pobłyskiwały. 
           — Masz rację. Dla nich bym nie zaryzykował.
           Ręka Nathaniela głęboko wbiła się w szyję Angelusa, wyrywając w ekspresowym tempie całą krtań. Z gardła Entylona trysnęła krew, plamiąc Blade'a i wszystko wokół. Bezwładne ciało padło na ziemię obok ciał Gray'ów. Zakrwawiony Nathaniel rozłożył ręce na bok i obrócił się dookoła. Uśmiechnął się, a jego oczy czarne jak noc ujawniały jego szaleńczą chęć mordu.
           — Kto następny?
           Destiny na ten widok zmroziło. Wszyscy Entyloni przez sekundę zamarli, a po chwili każdy z nich rzucił się na Blade'a w narastającym szale.
            — Biegnij, do cholery! — krzyknęła Elena do ucha Des.
           Od razu znalazły się przy ciężkich drzwiach, pchając je z całej siły w bok. Nagle ciało Des wylądowało na szafce, przez co dziewczyna straciła chwilowo dech. Płuca obiły się o żebra, powodując drapiący atak kaszlu, jednak kiedy dziewczyna próbowała wstać, coś rzuciło się na nią, znowu zwalając ją z nóg. Destiny upadła na ziemię, przylegając pod ciężarem kobiety o włosach w kolorze brudnej wody. Entylonka patrzyła na nią z dzikim szałem. Otwarła usta. Jednak zamiast zębów, ku przerażeniu Des, miała rząd wielkich jak śruby kłów. Skóra na twarzy zaczęła pękać i odpadać, a na jej miejsce pojawiło się grube, gęste futro. Nagle stała się jeszcze cięższa. Des zaczynała tracić czucie w ciele. Ostatkiem sił odepchnęła cuchnący pysk od swojej twarzy, powstrzymując zwierzę od ugryzienia. Oczy zaczęły zachodzić jej mgłą. Ledwo rejestrowała to, co działo się wokół niej. Walka. Entyloni. Drake przybierający w ciągu jednej setnej sekundy postać wielkiej pumy. Jego skok na jednego z Entylonów. Krew. Krzyki. Warczenie. Ciała Jamesa i Amy tratowane przez dziesiątki nóg i łap. Niemoc Des. Jej krzyk.
           Zwierzę górujące nad nią jęknęło i zsunęło się na bok, przybierając znów ludzką postać. Des odepchnęła od siebie kobietę,  wstała i zobaczyła Elenę. Ręce miała  wyciągnęte przed siebie. Jej oczy były jak dwa drogocenne szmaragdy.
           — Biegnij! — zawołała, próbując przekrzyczeć chaos. — Nie dam rady dłużej jej utrzymać.
           Entylonka znowu była zwierzęciem. Plątała się w niewidzialnej sieci. Kłapała zębiskami w stronę nóg Des.
           Destiny rzuciła się biegiem przed siebie. Potykała się o ciała. Obok niej latali Entyloni i bezkształtne, nieznane jej, rzeczy. Walka. Wszędzie szalała walka. Kilka metrów od niej był Nathaniel, który poruszał się z nadludzką szybkością. Z niesamowitą siłą odrzucał od siebie wściekłych Entylonów, łamiąc im kości, odbierając marne życie. Oczy chłopaka wyglądały jak dwa onyksy. Nagle zamiast chłopaka pojawił się przerośnięty tygrys, który za jednym zamachem odrzucił paszczą jednego z Entylonów na drugi koniec pomieszczenia. W kolejnej chwili zamiast tygrysa, pojawił się wilk. Tym razem wciągnęło go już do swojego środka stado Entylonów.
           Uszy Des przeciął skowyt.
           Krzyk Nathaniela.
           Coś odepchnęło ją prosto na segment kuchenny. Przed nią pojawiła się ta sama kobieta. Pocharatana do krwi twarz ukazywała wściekłe oblicze Entylonki. Oczy wyglądały jak czarne sadze. Des wciągnęła głośno powietrze. Ręką przesunęła po blacie kredensu, próbując znaleźć cokolwiek. Jedna sekunda. Dwie. Trzy. Entylonka chwyciła ją za gardło, unosząc do góry.
            Zlew. W zlewie był ciężki garnek.
             Ledwie zdążyła po niego sięgnąć. Najmocniej jak potrafiła, zamachnęła się naczyniem. Wypadło jej z rąk. Trafiło w głowę Entylonki. 
             Krzyk.
             Entylonka naprawdę głośno krzyknęła.
             Des odbiła się stopami o podłogę i pobiegła w stronę wyjścia. Coś znowu zasłoniło jej drogę. Kolejny Entylon odepchnął ją. Chwyciła się drzwiczek szafki, którymi szarpnęła prosto w twarz mężczyzny. Nie upadł. Nie cofnął się. Destiny kopnęła go w nogę. Kolejny cios w podbrzusze. Klęczał. Cios kolanem w twarz. Krew.
            Sama nie wiedziała co robi.
            Wypadła na korytarz, omal nie upadając. Za nią rzuciło się kilka ryczących wściekle zwierząt, które ledwie zebrały się w pogoni, ślizgając się po podłodze. Des ruszyła w stronę lasu, nie wiedząc nawet, gdzie ma pobiec. Robiła to, co kazała jej Elena. Nie wiedziała co się z nimi stało, czy żyją.
            Jęk Nathaniela pobrzmiewał jej w głowie, napędzając ją, nie pozwalając się jej zatrzymać. Płuca płonęły. Psiska doganiały ją. Zbliżały się.
              Nagle Des zrobiła ostry skręt w prawo, zręcznie mijając blisko siebie rosnące drzewa. Entyloni wpadały na nie i na siebie nawzajem, warcząc coraz bardziej. Dziewczyna traciła siły.Nad lasem robrzmiał grzmot, a po chwili duże krople deszczu runęły w dół.          
             Szloch wyrwał się z piersi dziewczyny. W ostatniej chwili zdążyła zrobić unik, zanim jej ciało zwalił prosto w błoto wielki lampart. Minął ją o centymetry, wpadając prosto w kałużę. Ku chwilowej radości Des, zwierze nie mogło się wygrzebać.
            Jednak inne zwierzęta wciąż ją chciały.
            Żywą lub też nie.
            Po raz kolejny skręciła.
             — Des!
            Wrzask Eleny przedarł się przez odległość, jaka ich dzieliła. Rudowłosa również biegła, cała we krwi i błocie. Z trudem unikała zetknięcia z paszczą Entylonów. Jej rude włosy były potargane i zmoknięte.
            — Uważaj!
            Des popatrzyła przed siebie i zatrzymała się, upadając w kałużę błota. Tuż przed nią biegło wielkie psisko. Odepchnęło się od tylnych łap i wykonało wielki skok w górę, spadając prosto na Des. Ta uniosła ramię i zamknęła oczy. Czekała na ból, na śmierć.
            Zamiast tego usłyszała po raz kolejny skowyt.
            Otworzyła oczy i zobaczyła dwójkę walczących ze sobą zwierząt. Brązowy wilk, który chciał ją zaatakować, górował posturą nad czarnym, jednak tamten okazał się sprytniejszy. Chwycił pyskiem łapę zwierzęcia, doszczętnie ją miażdżąc. Wilczur brązowej maści upadł. W jednej chwili, zamiast zwierząt, Des ujrzała przed sobą Drake'a, który przetoczył Entylona na plecy i bez mrugnięcia okiem skręcił mu kark.
            Deszcz spłukiwał krew z twarzy chłopaka, który spojrzał dziko na przerażoną Destiny.
             — W nogi! — krzyknął.
            Chwycił Des za rękę i zaczął biec. Dziewczyna ledwie za nim nadążała. Nie mogła nigdzie dostrzec Eleny. Nogi zaczęły jej się plątać, a płuca miały zaraz eksplodować.
            Musiała jednak uciec.
            Coś wielkiego wyskoczyło zza ściany zarośli prosto na Drake'a. Des przeleciała kilka metrów do tyłu, uderzając głową o wielkie drzewo.
             Zakręciło jej się w głowie. Zwalczyła odruch wymiotny, próbując nie upaść twarzą w błoto. Do jej uszu dochodziły krzyki i warczenie.
            Thore nie miał żadnych szans. Nie mógł się nawet równać z tym zwierzęciem, które wyglądało jak mutacja niedźwiedzia i wilka. Było ogromne, a jego łapy kończyły się pazurami na kilkadziesiąt centymetrów. Jednym zamachem zatopił je w Drake'u, który runął bezwładnie w dół.
            Destiny przez chwilę przestała oddychać.
             Drake.
             Koniec.
             To koniec.
             Kolejny wrzask. Kolejne zwierzę, tym razem o jasnej sierści. Pchnęło przeciwnika prosto na rozłożyste drzewo, które zatrzęsło się pod wpływem uderzenia. Atak. Ponowny skowyt i warczenie. Bestia, która wcześniej wyłoniła się nagle znikąd atakowała szybciej i skuteczniej. Pchnęła łapskami wstające zwierzę i otwarła paszczę, które zatopiło się w kark swojego rywala.
            Des mogłaby przysiąc, że zwierzę krwawiło. Mimo tego jakimś cudem zawzięcie nie dopuszczało do stracenia kontroli. Jednak po chwili przeciwnik dorwał mu się do gardła. W ostatniej chwili zwierzę wycofało się. Wykorzystując to, bestia o brązowej maści chwyciła je pyskiem i wyrzuciła kilka metrów dalej. 
           W błoto wylądował... Nathaniel. 
           To był Blade.
           To naprawdę był Blade.
           Przez krótką chwilę zwierzę przybrało postać chłopaka, który z trudem znów zamienił się w zwierzę. Ponownie skoczył do ataku. Pozostawił po sobie jednak jeszcze większe ślady krwi.  
           Drake zaczął się podnosić. Destiny widząc to, zaczęła czołgać się do niego. Kiedy do niego dotarła, pomogła mu uklęknąć. Brunet dotknął swoich ran na ramieniu. Destiny ulżyło, kiedy zobaczyła, że nie były one głębokie.
             — Des. — Drake skupił całe swoje zamglone spojrzenie na dziewczynie. — Mapa. Musimy uciec.
            Po raz drugi Des usłyszała ten sam skowyt. Krzyk.
            Krzyk Nathaniela.
             Czarna bestia zakleszczyła swoje długie zęby w cielsku jasnego zwierzęcia, pozbawiając go szans. Ostatni ruch należał do Entylona.
            Elena płakała. Jej łzy mieszały się z deszczem. Przeszła kilka kroków w stronę zwierząt. Cały czas miała wyciągnięte w ich stronę ręce, a jęk Entylona był głośniejszy niż grzmoty burzy. Puścił bezwładne ciało Nathaniela, które wróciło już do swojej postaci. Nie ruszał się.
            Zielona szerzej rozłożyła palce.
            — Giń! — wrzasnęła ostatkiem sił.
            W końcu bestia upadła. Drake wstał chwiejnie i podszedł do mężczyzny, którego nawet nie znał. Uniósł nogę i z całej siły wbił ją kilkakrotnie w twarz Entylona. W końcu głowa wykrzywiła się pod nienaturalnym kątem.
            Thore drżał, Elena podobnie. Oboje spojrzeli na Destiny i ruszyli ku niej. Drake złapał ją za ramię i pociągnął za sobą.
             — Wracamy — wycharczał.
            Destiny wyszarpnęła się z jego uścisku.
            — Nathaniel — powiedziała tylko.
           Oczy Drake'a rozszerzyły się.
           Dziewczyna czuła, jakby droga do chłopaka trwała wieczność. Tonęła w mule, a krople deszczu nie pozwalały jej nic widzieć.
            Nie mogła go zostawić. Nie mogła.
            Nie ruszał się. Padła na kolana prosto w błoto. Z trudem przewróciła go na plecy i odgarnęła z jego twarzy brud. Był bledszym niż zazwyczaj. Jego usta zrobiły się sine. Koszulka była rozcięta, a ciemna krew lała się z rany, która przecinała jego ciało od prawego ramienia, aż po lewy bok.
           Serce Des na moment przystanęło.
           Uratował ich.
          Położyła jego bezwładną głowę na swoich kolanach, próbując jakkolwiek mu pomóc.
          — Nathaniel — wyszeptała. — Proszę. Musimy wracać.
         Spojrzała w górę i zobaczyła nad sobą Drake'a i Elenę. Patrzyli tępo na ciało Nathaniela, nie wiedząc, co powiedzieć.
           — Niech to szlag — mruknął Thore.
          Dobiegło do nich szczekanie i krzyki. 
          Des drżącymi z zimna i przejęcia rękami, wyciągnęła z tylnej kieszeni swoich spodni mapę, która zaczęła moknąć w deszczu. Położyła ją piersi Nate'a, a jego krew zaczęła wsiąkać w papier.
            Elena uklękła, a po chwili również Drake. Des uniosła nieruchomą rękę Nathaniela i położyła ją pośrodku rozłożonej mapy. Zacisnęła swoje szczupłe palce na jego zimej dłoni, a niedługo potem Elena i Drake zrobili to samo. Des spojrzała w górę, w szare niebo, z którego leciały miliardy kropel.
           Ostatnia szansa. 
           Destiny zamknęła oczy.  Chciała tylko wrócić do Agory.