czwartek, 21 stycznia 2016

1.22. Duch Naszej Miłości

     Gorzki smak herbaty rozpływał się w ustach Des, rozgrzewając po chwili całe jej zmarznięte ciało. Mrok ogarnął  pomieszczenie, w którym nie dało się usłyszeć niczego więcej prócz cichego tykania zabytkowego zegara.
         Destiny w końcu zdobyła się na odwagę, żeby rozejrzeć się po kuchni.
         Była całkiem spora, pełna przepychu. Urządzona - według  Des - kobiecą ręką. Na oknie wisiała piękna, ręcznie haftowana zasłona, przez którą wpadało niezbyt dużo światła. Gdzieniegdzie była zżółknięta. Ściany pomalowane były na nieco już niemodny i wyblakły łososiowy kolor, a bogato zdobiony segment kuchenny w ciemnym odcieniu brązu doskonale z nim kontrastował. Podłogę pokrywało drewno, które było gdzieniegdzie porysowane i  odłupane. W lewym kącie kuchni zostało ono wręcz oderwane, a szara, betonowa dziura rzucała się w oczy. W małej gablotce z przeszklonymi drzwiczkami, stojącej obok lekko zbutwiałych drzwi, Destiny zauważyła sporą  zastawę na stół. Była w kolorze różu, a na dodatek każdy talerz, imbryk czy waza z tejże kolekcji  mienił się różnorodnością kolorowych kwiatów, które były na nim namalowane.
          Des poczuła na sobie wzrok Nathaniela i po chwili spuściła swoje zaciekawione spojrzenie w dół.
           Siedzieli naprzeciwko siebie, nie odzywając się ani słowem. Oddzielał ich od siebie precyzyjnie wykonany stół, w którym roiło się od eleganckich żłobień. Zrobiony z ciemnego drewna, pomimo swojego małego rozmiaru, wydawał się być masywny. Destiny przesunęła nieśmiało po gładkich wgłębieniach mebla. Wiedziała, że chłopak wciąż się jej przyglądał.
           On, natomiast, obserwował każdy jej ruch, kopiował uważnie do swej pamięci całe jej oblicze. Jasne, lekko poskręcane pasma włosów okalały jej delikatnie zaróżowioną twarz. Duże szare oczy, nadal lekko załzawione, patrzyły na swoje lekko czerwone palce, które podążały za śladami esów-floresów. Czarna skórzana kurtka była dwa razy większa od niej samej, na co chłopak uśmiechnął się lekko.
         Szara.
          — Więc... — odezwał się po długiej chwili milczenia. — Dobre ziółka?
         Destiny podniosła wzrok na Nate'a. Chłopak na widok jej metalicznie szarych oczu zamrugał kilkakrotnie, prostując się. Destiny, trochę zdezorientowana, zwróciła spojrzenie na napój, przełknęła ślinę i pokręciła głową.
         — Są ohydne — stwierdziła.
         — Zdziwiłbym się, gdybyś powiedziała inaczej — mruknął. — Wypij albo się nabawisz jakiejś grypy czy czegoś tam jeszcze.
         Dziewczyna pokiwała głową, zaciskając usta wąską kreskę. Poprawiła spadającą z jej ramienia kurtkę, co także nie ominęło uwadze Nathaniela.
         Głośne trzaśnięcie drzwiami przerwało ponownie narastającą ciszę. Blade przewrócił oczami i westchnął. Na jego usta znów wstąpił cyniczny uśmieszek, a do Des dotarło, że chwila z prawdziwym Nathanielem minęła.
          — Teraz zagrasz sarkastycznego dupka? - wypaliła nagle, zanim ugryzła się w język.
         Chłopak uniósł jedną brew do góry i zmierzył ją wzrokiem. Prychnął lekko, wstał  i z głośnym, nieznośnym szuraniem, przysunął krzesło do stołu. Uśmiechnął się jeszcze bardziej.
          — Wybacz, złotko, ale nasza randka dobiegła końca — powiedział, mrugając do niej. — Liczę na kolejną schadzkę, a teraz, jeśli pozwolisz,  idę zabić takiego jednego idiotę, który cię tu posłał.
           Odepchnął się lekko od krzesła i cofnął się w stronę wyjścia z kuchni. Destiny zmrużyła oczy i także wstała. Głos Drake rozległ się po domostwie, na co Blade ponownie westchnął.
           — Musisz tak krzyczeć, kretynie? — warknął. — Jesteśmy w kuchni!
           Po chwili do pomieszczenia wszedł Thore, a za nim Elena. Trey, widząc  dziewczynę, przeszła szybko przez kuchnię, potrącając wyzywająco ramię Nathaniela.
          — Destiny?  — Rudowłosa uniosła delikatnie podbródek i przyjrzała się jej dokładnie.  — Wszystko dobrze?
          — Eleno. — Des zabrała rękę Zielonej i uśmiechnęła się. Widok zatroskanej dziewczyny ją rozśmieszał. — Wszystko okey. Żyję.
          Drake natomiast stał nadal przy wejściu, zaraz obok Nathaniela. Spojrzał niepewnie na Destiny, próbując odczytać w jej oczach cokolwiek. Widząc ją jednak całą i zdrową odetchnął z ulgą.
          Nic się jej nie stało.
          Nagłe szarpnięcie popchnęło Drake'a aż do samej ściany. Tuż przed nim pojawił się wyższy od Brązowego Blade, który trzymał go za ramiona i patrzył na niego z gniewem w oczach.
         — Musisz mieć bardzo dobry powód dlaczego pozwoliłeś jej wyjść poza Agorę, przejść przez niebezpieczny las i znaleźć się tutaj — warknął cicho Nate.
         Drake szarpnął się, odpychając Nathaniela od siebie. Zerknął na Elenę i Destiny, które patrzyły na nich. Zielona zacisnęła dłoń w pięść, mierząc blondyna wzrokiem. Niewiele brakowało, a zaatakowałaby Niebieskiego. Destiny jednak chwyciła ją mocno za rękę, nie pozwalając jej odejść.                Atmosfera w kuchni znacznie się zagęściła.
          — Pomagam jej — odpowiedział mu Drake. — To, że musiała się tutaj znaleźć było konieczne.
          — Konieczne do czego? — Nate prychnął.
          — Konieczne do zbadania sprawy — zaoponowała Elena, odzywając się w końcu. — Chcemy udać się razem z Destiny na miejsce wypadku i zrozumieć, co się tam stało. Prawdopodobnie to byli Entyloni...
         — O czym zapewne wiesz, bo sam ją uratowałeś — przerwał jej Drake.
         Nathaniel przeniósł wyniosłe spojrzenie z Eleny z powrotem na bruneta. Uniósł lewy kącik ust i po chwili powiedział:
         — Od jak dawna wiecie?
         — Domyślałem się od samego początku, odkąd tylko znalazłem Des. — Thore wykrzywił się. — Entylońskie sztuczki nareszcie się przydały, co?
          Niebieski puścił jednak zniewagę mimo uszu. Oddychał głęboko, patrząc pokolei na wszystkich zebranych. Elena i Drake patrzyli na niego praktycznie tak samo - wyzywająco, gotując się na wszystko. Destiny jednak była inna. Jej spojrzenie wyrażało jedynie prośbę.
          Prośbę, by jej pomógł.
           — Czemu wy z nią idziecie, a nie na przykład ktoś starszy?  — rzucił Nate.  — Lub nawet sam Cromwell?
           — Profesor nie pozwolił  — odezwała się Des. Puściła rękę Eleny i podeszła bliżej.  — Nie zgodził się, stwierdził, że to dla mnie niebezpieczne.
            — Bo to jest niebezpieczne.
            — Wiem.  — Destiny pokiwała głową.  — Ale obiecałeś mi pomóc, Nathanielu.
            Nate nie mógł już znieść błagalnego spojrzenia tych szarych oczu. Westchnął głośno i obrócił się do nich plecami. Przeszedł kilka kroków, przeczesał ręką jasne włosy i zatrzymał się.
             — Dobra. Powiedzmy, że rozumiem powód. Powiedzmy też, iż zgodziłem się ci pomóc. Ale nadal nie wiem dlaczego nie poszliście z nią, tylko sama włóczyła się po lesie.  — Chłopak zgromił ich wzrokiem, a potem znowu zerknął na Des.  — Jak ty w ogóle ominęłaś Mur? Nie spotkał cię żaden Zaprzysiężony?
              — Nikogo nie było.  — Dziewczyna wzruszyła ramionami.  — A ta wasza ochrona przeciw Entylonom jest, szczerze mówiąc, do kitu.
              Elena zaśmiała się cicho na słowa Destiny. Widząc jednak minę Blade'a i Thore'a zamilkła.
               — To nie jest zabawne — warknął Drake.
               —  Jest i to bardzo  — odpowiedziała mu rudowłosa.
               —  Tak, ale nie w tej chwili  — odparował chłopak.
                — Och, zaraz się przez was porzygam. —  Nate spojrzał na nich z politowaniem i wykrzywił się.  — To jest to, Des, co musiałem przez długi czas znosić. Gorzej było, jak byli oficjalnie parą.
                Destiny kiwnęła głową. Heather rzeczywiście wspominała, że byli ze sobą. Jednak teraz, gdy patrzyła na nich, kłócących się, dotarło do niej kim Drake był dla Eleny, a ona dla niego. Łączyła ich swoistego rodzaju więź. Kiedyś się kochali. Pewnie nadal do siebie coś czują. Zresztą sposób, w jaki Elena patrzyła na bruneta mówił praktycznie wszystko.
                Tylko, że Des nie widziała tego samego u chłopaka.
                — Wpadłem na to w ostatniej chwili — wyjaśnił Drake po chwili. — Des zależy na zrozumieniu dlaczego tak się stało, a ja natomiast chcę  rozwikłać sprawę z Entylonami.
               — Wpadłem na to w ostatniej chwili — przedrzeźnił chłopaka Nathaniel, wykrzywiając się. — Lepiej, żebyś na nic w ogóle nie wpadał. Na nic nigdy, przenigdy.
               — Słuchaj, przez całe lato tropiłem Carlosa i jego grupę Entylonów. Wszelkie pogłoski o Serenie nie okazywały się prawdą od dobrych kilku miesięcy. Odkąd pojawiła się Des, jest szansa na jakikolwiek progres w tej sprawie. Entyloni czegoś od niej chcą, ty sam możesz to potwierdzić. Ja chcę ich znaleźć, Blade. Zakaz Rady czy też i nawet Cromwell'a mi w tym nie przeszkodzi.
              Na czoło Drake'a wstąpiło kilka pojedynczych kropli potu. Mówił trochę za szybko, gorączkowo. Zaciskał mocno szczękę, patrząc upartym wzrokiem na Nathaniela. Nie zwracał uwagi nawet na Elenę, która zamknęła oczy i obróciła głowę, nie mogąc już patrzeć na to, co się dzieje.
            Drake'owi nie chodziło o samo znalezienie Entylonów.
           Oczy Nathaniela złagodniały. Pokręcił delikatnie głową i powiedział:
            — Nie ma szans, że ich odnajdziesz.
            — Pieprz się, Blade! — krzyknął Brązowy. — Nie proszę cię o zgodę!
            — I co chcesz zrobić, jak uda ci się odkryć, gdzie są?! — Nate także podniósł ton. — Podejdziesz do nich, wymordujesz wszystkich sam, a swoim rodzicom każesz wracać do domu? Będziecie wieść takie samo życie jak poprzednio? Zdrowa, szczęśliwa rodzinka?
            — Co ty możesz wiedzieć o rodzinie. No co? — Oczy Thore'a wypełniły się brązem. — Nigdy sam takiej nie miałeś. Twój ojciec chlał, a matka umarła z żalu.
            — To i tak było lepsze niż życie w kłamstwie.
           Oboje piorunowali siebie wzrokiem. Destiny patrzyła na nich z nieukrywanym zdziwieniem, natomiast Elena ukryła twarz w dłoniach. Najwidoczniej to nie był pierwszy raz, gdy się tak kłócili. Des była zaledwie pierwszy raz świadkiem tego incydentu. Nawet nie zwracali na nie uwagi. Po prostu patrzyli na siebie, nie ruszając się z miejsca.
             Może to i lepiej - pomyślała Des. - Nie miałby kto ich rozdzielić.
              — Moglibyście  przestać się kłócić i zrobić coś wspólnego w ważnej sprawie? — powiedziała  Elena, po chwili narastającej ciszy. — Chociaż raz.
             Nate prychnął i cofnął się kilka kroków.
             — A niby co jest tą ważną sprawą?
             — Pomoc Des — odpowiedziała Elena, zadziwiająco spokojnie.
             — Obiecałeś — dodała Destiny. — Musisz nam pomóc, proszę.
             Blade roześmiał się, kiwając głową z niedowierzania. Niewiarygodne, że to wszystko się działo.
             — I co miałbym robić? Trzymać was za rączki, robić za waszą niańkę? Może od razu mam was zabrać do Disneylandu? Entyloni uwielbiają tam chodzić! Taka, no wiecie, odskocznia do bycia chorym psychopatą.
           — Musisz nam pomóc, Blade — powiedział powoli Drake. — Twoje zdolności...
            — Od dłuższego czasu nazywasz mnie entylońską łajzą! — fuknął blondyn. — Teraz nazywasz to zdolnościami?
            — Och, przestań się nad sobą użalać! — jęknęła Zielona. — Każdy w Agorze tak uważał, nie tylko my.
            — A jeśli nawet wam pomogę, to co? — Nathaniel zmienił temat. — Pójdziemy sobie na zgliszcza zrujnowanego domu, urządzimy karaoke, potańczymy i będziemy mieć nadzieję, że Entyloni też wpadną na imprezę? A może znajdziemy wśród spalonych mebli jakiś trop?
            — To całkiem możliwe... — zaczęła Elena.
            — Entyloni nie są głupi, czego nie można powiedzieć o tobie — prychnął Nate. — Zacierają za sobą ślady.
           — W takim razie jeżeli pojawi się tam Des to mogą się zjawić — zasugerowała.
            Udała, że nie usłyszała obrazy Nathaniela. Postanowiła to ignorować. Policzy się z nim później. Poprzedniego razu mu nie odpuści.
            — Nie zrobimy z Des przynęty — zaprotestował Drake.
            — Jesteś Niebieskim, a przynajmniej nim byłeś — przerwała im Des. Jej  oczy pojaśniały, kiedy wpadła na pomysł.
           — To pytanie czy stwierdzenie? - Nate zmarszczył brwi.
           — To oznacza, że mógłbyś wejść w mój umysł, prawda? Zupełnie jak Heather?
           Oczy wszystkich od razu skierowały się na Destiny.
             — Grzebała ci w głowie? — wyszeptała Elena.
            — To nie jest ważne!
             Czuła się niekomfortowo, kiedy ci wszyscy na nią tak patrzyli. Nigdy nie lubiła przemawiać, nawet do kilku osób. Jednak to było ważne. Trzeba było zrobić wszystko.  Des przełknęła więc ślinę i kontynuowała:
            — Potrafisz mi wejść we wspomnienia, tak czy nie?
            — Potrafię — odpowiedział Blade, kiwając potwierdzająco głową.
             Destiny poczuła niemałą ulgę.
            — Chyba znalazłam lepszy sposób — powiedziała.
             
             
          ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Rozdział taki sobie, dużo dialogów, mało opisów. Jak dla mnie średni. No ale może wam się spodoba :) Ogółem miał być dłuższy, ale go podzieliłam, więc akcja bedzie dopiero w następnym rozdziale :)
CZYTASZ=KOMENTUJESZ

     
       
     
       

czwartek, 7 stycznia 2016

1.21. Jedyna Szansa

        — To coś wiąże się ze śmiercią Jamesa i Amy, a także z moją ucieczką — powiedziała Destiny.
        Czuła się zagubiona. Im dłużej zaczynała zastanawiać się, jak to możliwe, że dawno porzucona szkatułka Victorii powróciła do niej, tym bardziej nie wiedziała co robić. Bała się otworzyć pudełeczka. Co jeśli znów muzyka przejmie władzę nad jej umysłem? Co jeśli nie będzie mogła dać sobie z tym rady? W tym nawet Elena czy ktokolwiek inny jej nie pomoże.
         — Nie do końca rozumiem — mruknęła rudowłosa, wstając z łóżka. — Co się może z tym wiązać?
         — Ktoś, kto zabił moich rodziców, a mnie ścigał, chciał, abym to znalazła. — Oczy Des rozbłysły. — To ma sens, Eleno. Ta osoba... to coś, właśnie tego chce. Zależy mu na tym, żeby psychicznie mnie skrzywdzić, zmusić do poddania się. Najwyraźniej wie, że ta rzecz była ważnym elementem mojej przeszłości. Poprzez szkatułkę mojej własnej siostry chciał obrzydzić mi wspomnienia, przypominał mi te najgorsze chwile jakie kiedykolwiek miałam.
        Profesor Cromwell pokiwał powoli głową i spojrzał na Destiny z nieukrywanym zdziwieniem.
        — Gdy cię złamie, łatwiej będzie mu cię dorwać — podsumował i westchnął głośno, przeciągając przez twarz ręką. — To nie ktoś czy coś, moja droga. To Entyloni. Czegoś od ciebie chcą.
        — Oni mieli szkatułkę? — Drake prychnął. — Jeśli nawet to nie mogą przecież wejść na teren Agory! Jest dobrze strzeżona, a poza tym jest mnóstwo Zaprzysiężonych.
         — Zdrajca — szepnęła Elena.
        — Zdrajca. — Kiwnął głową Jasir i popatrzył na widok przez okno. — Zdrajca, który przez długi czas chował się w cieniu, niepostrzeżenie obserwując każdy nasz ruch.
        — Blade — syknął Drake. — To na pewno on.
        Des uniosła głowę i przyjrzała się Drake'owi. Był zły. Oczy pogłębiły swój brązowy kolor, a ciemne brwi zmarszczyły się lekko. Zaciskał mocno szczękę, patrząc w podłogę. Destiny wcale nie była zdziwiona tym, że brunet rzucił nazwisko Nathaniela. Nie lubił go, było to w stu procentach pewne. Przestrzegał ją wcześniej przed nim, jakby Blade był istnym złem.
        — To nie mógłby być Nathaniel — powiedziała Destiny.
        Drake spojrzał na nią i zmrużył oczy.
         — Czemu niby nie? — spytał po chwili.
         — Bo do skrzywdzenia mnie miał mnóstwo okazji, nie sądzicie?
         Des przejechała wzrokiem po zebranych w pokoju. Cromwell patrzył na nią z zamyśleniem, Elena kręciła lekko głową, zapewne nie dowierzając blondynce. Drake, natomiast, ledwie powstrzymywał się od rzucenia jej wściekłego spojrzenia.
          — Pierwszy raz spotkał mnie w dzień śmierci Jamesa i Amy — kontynuowała Destiny. —  Gdyby był zdrajcą to mógłby mnie mieć wcześniej bez komplikowania sprawy. Obyłoby się bez śmierci dwójki przypadkowych ludzi, a wy nawet nie zainteresowalibyście się tą sprawą. Wszystko stałoby się praktycznie po cichu. Poza tym później mnie tu oprowadzał. Z powodzeniem mógłby mi coś zrobić lub zabrać z tego terenu. Nie ma podstaw, aby sądzić, że to on podrzucił szkatułkę.
          — Jak miło, że go jeszcze bronisz — prychnął Drake.
          — Nie bronię go — zaprotestowała Destiny, patrząc w ciemnobrązowe oczy Thore'a. — Ja po prostu próbuję dociec prawdy.
          — Może właśnie o to chodzi? — Elena mimowolnie przeczesała ręką swoją prostą grzywkę. — Może chciał stworzyć pozory, że to nie on?
          — Nie — uciął Cromwell. — Nie ma go od około wczorajszego południa, odkąd po rozmowie ze mną wrócił do domu. Wcześniej oprowadzał Destiny, a ten pokój sprzątała Laurie  jak zawsze o czternastej. Powiedziała wyraźnie, że nie widziała żadnej szkatułki. To nie może być on.
          —  A Heather? — podsunął Drake. — Ona jest do tego zdolna, profesorze. Poza tym jej zażyłe stosunki z Blade'em...
          — Jej zażyłe stosunki z Nathanielem niczego nie zmieniają — przerwał mu Cromwell. — Na pierwszym miejscu stawia się miłość do klanu, a nie jakąś szczenięcą, nieodwzajemnioną miłostkę.
          — Przecież ona jest zdrajczynią — powiedziała Elena.
        — Niczego niestety jej nie udowodniono — westchnął Jasir. Wyglądał na zmęczonego. —  Przykro mi, ale nie mogę kogoś podejrzewać, skoro nie ma do tego podstaw. Nie mam takich praw. Jedyne, co mogę zrobić to zbadać szkatułkę. Oczywiście za twoim pozwoleniem, Destiny.
        Des spojrzała na mały przedmiot w jej dłoniach. Przełknęła ślinę i z powrotem zerknęła na profesora, który patrzył na nią spod swoich okularów. Wzrok miał przenikliwy, pełen jednak ciepła - współczujący. Ten właśnie blask spowodował w Des uczucie spokoju oraz nagłą, bezwarunkową chęć bezpieczeństwa.
         — Proszę  — powiedziała cicho po chwili wahania i podała mężczyźnie szkatułkę.
         Cromwell uśmiechnął się i delikatnie, starając się nie dotknąć dziewczyny, zabrał pudełeczko. Wyciągnął z wewnętrznej kieszonki marynarki małą fioletową chustę i owinął nią przedmiot. Destiny przyglądała się całemu procederowi z wątpliwościami. Nie chciała oddawać jedynej rzeczy pozostałej jej po siostrze. Już raz szkatułka wróciła, miała przeczucia, że to się może wydarzyć po raz kolejny. Z drugiej jednak strony nie była już zwykłą pamiątką. Zeszłej nocy przedmiot zadał jej wystarczająco bólu, aby Des pragnęła jedynie bycia jak najdalej od tej rzeczy. Coś natomiast nie dawało jej spokoju. Jakimś cudem wróciła z tak daleka i to właśnie po śmierci Gray'ów.  To było już omówione, ale żaden z zebranych wokół niej Zaprzysiężonych nie próbował rozwikłać zagadki tak bardzo jak ona. Oni potrafili się tylko sprzeczać.
           — Muszę pójść w miejsce spalonego domu moich przybranych rodziców  — powiedziała, nim zdążyła ugryźć się w język.
           — Nie możesz.  — Profesor zmrużył oczy.  — Jesteś w niebezpieczeństwie, może ci coś tam grozić.
           — Mógłby ktoś ze mną pójść — nalegała Des. — Na przykład Drake lub Elena. Są Zaprzysiężonymi, przy nich będę bezpieczna.
           — Nie wysłałbym ciebie nawet z doświadczonym Zaprzysiężonym  — mruknął mężczyzna. — A tym bardziej nie pozwolę, abyś wyruszała gdzieś z nieopierzonymi młokosami jak ta dwójka.
           Drake i Elena spojrzeli po sobie, a następnie na profesora.
           — Nieopierzonymi młokosami? — powtórzył Thore.
           — A co, chłopcze, myślałeś, że należysz do najwyższych rangą? — fuknął na niego Jasir, natychmiast zamykając usta chłopakowi. Profesor następnie zwrócił się do dziewczyny i powiedział: — Zostajesz na terenie Agory, moje dziecko. Nie pozwolę, aby coś ci się stało. To zbyt niebezpieczne.
           — Tu chodzi o moją rodzinę, nie tylko o mnie, proszę pana! — zaoponowała Destiny. — Myślę, że tam mogłabym uzyskać odpowiedź.
           — Wyślę tam kogoś.
           — Ja tam muszę być!
           — Zostajesz tutaj. — Oczy profesora jarzyły się błękitem. Westchnął cicho. — Wybacz, Destiny.
           Zacisnął lekko pomarszczone palce na szkatułce i skinieniem głowy kiwnął w stronę Eleny i Drake'a, którzy ruszyli w stronę drzwi. Rudowłosa popatrzyła na Destiny przepraszającym wzrokiem i wyszła tuż za profesorem. Drake, natomiast, zatrzymał się tuż przy wyjściu i w końcu spojrzał na dziewczynę.
          — Las za budynkiem i prosto przed siebie — powiedział jedynie i wyszedł, pozostawiając Destiny zupełnie samą.
       
         Profesor ruszył dalej, nie zwracając uwagi na młodych Zaprzysiężonych, którzy nadal stali przed drzwiami do pokoju Destiny. Elena popatrzyła na Drake'a, założyła ręce na piersi i powolnym krokiem ruszyła bocznym korytarzem.
          — Jak myślisz, czemu Cromwell uparł się, aby Des nigdzie nie wychodziła? — spytała Elena chłopaka, który szedł tuż obok niej.
         — Nie mam pojęcia — odpowiedział.
         Elena znów zerknęła na niego, przyglądając mu się. Wydawał się być nieobecny. Patrzył prosto przed siebie, przygryzając lekko wnętrze policzka. Rudowłosa przestała iść.
         — Podobno oprowadzałeś dziś Destiny po Notrum.
         Chłopak zatrzymał się w półkroku i odwrócił się do niej.
         — Tak, no i co z tego?
         Drake zmarszczył czoło i popatrzył na Elenę, na co ta odwróciła wzrok i lekko odkaszlnęła.
         — Nic — powiedziała, wycofując się szybko. — Dobrze, że chociaż ty to dobrze zrobiłeś.
         — Skoro nigdzie ciebie nie było, a Blade jak zwykle nawalił, to nie mogłem jej tak zostawić. —Drake wzruszył ramionami. — Poza tym poniekąd ją znałem. A teraz chodź. Mamy coś do roboty.
     
         Destiny popatrzyła jeszcze raz na zamknięte drzwi i nerwowo przeczesała ręką jasne włosy. Zaczęła krążyć po pokoju, próbując pozbierać wszystko do kupy.  Nie mogła przecież tak tego zostawić. Miała siedzieć sama w pokoju, bo tak zarządził jakiś starszy pan?
        To nie było w jej stylu. I chociaż sama wiedziała, że nie należała do osób dominujących i silnych charakterem, nie była jednak tak potulna jak mogłoby się wydawać.
        Nie, kiedy chodziło o coś takiego.
        I o co, do jasnej cholery, chodziło Drake'owi?
        Musiała jakoś się dostać do ruin domu Gray'ów. Jeśli Entyloni rzeczywiście stali jednocześnie za śmiercią jej rodziców i za szkatułką, to właśnie tam może znaleźć coś, co mogłoby pomóc rozwiązać zagadkę. Tak przynajmniej jej się wydawało. Profesor miał jednak rację. Nie mogła iść sama, nie chciała przecież stawać się łatwym kąskiem dla Entylonów. Jednak z kim mogłaby pójść? Nikogo prócz Drake'a i Eleny nie znała, a oni zapewne bali się Cromwella. Kto więc jej jeszcze pozostał?
         Kiedy Destiny spojrzała na blade słońce za oknem, do głowy przyszedł jej pewien plan.
         — Las za budynkiem i prosto przed siebie —  powtórzyła słowa Drake'a.
       


 Wyjście przez okno i zeskoczenie z piętra było niczym w porównaniu z odnalezieniem się na Agorze i wyjściu poza jej teren. Okazało się, że miejsce to było jeszcze większe niż się jej wydawało. Spadła wprost do kałuży brudnej wody, plamiąc sobie w ten sposób jedyne ubrania, jakie dostała.                Czuła się zmęczona i niewyspana, a to był dopiero początek.
         Dla Destiny widok wręcz obskurnej uliczki, pogrążonej w półmroku wydawał się dziwny. Nie tak wyobrażała sobie siedzibę Zaprzysiężonych. To, co ją otaczało, przypominało jej raczej marnie wyglądający średniowieczny bulwar, niż miejsce leżące gdzieś w Kalifornii. Budynek, obok którego stała, ciasno sąsiadował z podobnym do siebie. Oba były całe z drewna; grube bale, nałożone ciasno na siebie tworzyły dość wysokie zabudowania, ciągnące się jeszcze długo za plecami Destiny. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak wielki był obiekt, w którym wcześniej spędziła zaledwie dzień. Była wręcz pewna, że nigdy nie będzie mieć szansy na poznanie wszystkich jego zakątków.
         Des spojrzała w dół i jęknęła cicho. Tonęła po kostki w błocie, co jeszcze pogarszało jej stan. Cała alejka nie miała nawet sensownej dróżki, a  kamienna droga była dopiero tuż przed nią. Wtedy właśnie zdała sobie sprawę, że stała tuż przed ogromnym placem, wokół którego rozciągały się domki, podobne wyglądem do tego, z którego wyskoczyła. Jak Destiny mogła się zorientować, środek Agory wyznaczał ogromny, bezkształty głaz, którego otaczały kolorowe kwiaty. Dzieci biegały i bawiły się obok niego, natomiast dorośli Zaprzysiężeni szli w swoje strony, kompletnie nie zwracając uwagi na drobną istotę, czającą się w zacienionej uliczce. Destiny wycofała się w głąb mroku, tracąc z oczu okazały głaz. Obróciła głowę i ujrzała przed sobą zarys korony lasu, oddalony od niej o około dwieście metrów.
        Nie jest tak źle - pomyślała Des, próbując dodać sobie otuchy.
        Gdy spędzała w Kalifornii pierwszy miesiąc, błagała o więcej deszczu. Teraz przeklinała każdą kroplę, która spadła z nieba. Nie miała pojęcia, że aż tak padało. Błota było co nie miara. Nogi tonęły w brązowym szlamie, a Des ledwie nimi poruszała.  Owszem, kiedy ostatnio była na świeżym powietrzu była ulewa. Deszcz padał najwidoczniej jak oszalały nieustanie przez ostatnią dobę.
        Ale żeby aż tak?
         Nawet  jak Des podniosła głowę do góry, chmury groziły nawałnicą. Co jeśli nagle pogorszy się pogoda? Będzie jej jeszcze trudniej odnaleźć się w lesie.
         Kiedy znalazła się około pięćdziesiąt metrów od skraju domków, zobaczyła coś, czego nie przewidziała.
         Grube, srebrne liny rozciągające się wokół całej Agory.
         No tak, ktoś coś wspominał o chronieniu ich siedziby. Bardziej jednak spodziewała się mnóstwa strażników, niż czegoś takiego.
         Przełknęła ślinę i rozejrzała się wokoło. Na szczęście nikogo z Zaprzysiężonych nie było. Ledwie słyszalny był gwar z placu i z domków, na co z resztą Des nie zwracała uwagi. Zastanawiała się jak obejść przeszkodę. Dopiero później orientacja w lesie i odnalezienie celu.
         — Cholera jasna — mruknęła i przygryzła lekko wargę.
         Kiedy spostrzegła dosyć rozłożyste drzewo rosnące obok granicy, uśmiechnęła się sama do siebie. Przebiegła niespostrzeżenie przez polankę i zaczęła wspinać się na drzewo. W myślach dziękowała sobie, że zdążyła się nauczyć na nie wchodzić. Gdyby nie trudne warunki w sierocińcu i jeszcze gorsze dzieci, nie umiałaby tego.
        Jeden plus bycia wychowankiem Domu Dziecka.
        Wspięła się na sam czubek drzewa. Agora nawet z takiej wysokości była trudna do zobaczenia w pełnej okazałości.
        — Niesamowite — mruknęła Des, podziwiając drewniane skupisko budynków.
        Dopiero teraz zauważyła, że kamień w środkowej części Agory znacznie przewyższał domki. Mienił się w kilku kolorach: niebieskim, zielonym, brązowym i - o dziwo - lekko czarnym. Nie sposób było się domyślić, że symbolizował on rasy Zaprzysiężonych. Czarna barwa najwidoczniej była na cześć Entylonów. A przynajmniej tak wydawało się Des.
       Jednak nie było czasu na podziwianie. Destiny dokładnie przyglądała się linom. Były ułożone blisko siebie, tak, że nie było szans, aby blondynka się miedzy nimi prześliznęła. Pozostawało przeskoczyć, co niezbyt podobało się dziewczynie. Linowy mur był wysoki - skok z takiej wysokości był niezwykle niebezpieczny.
      Chyba, że Destiny udałoby się zejść po nim jak po drabinie.
      Des weszła na grubą gałąź, która rosła tuż nad najwyższą liną. Przykucnęła, wyciągnęła powoli rękę i delikatnie dotknęła muru.
      O dziwo nic się nie stało.
       Destiny odetchnęła z ulgą i zeszła z gałęzi wprost na srebną linę, pozostawiając po sobie ślady błota. Musiała zachować równowagę, co  przychodziło jej z trudem.
           — Las za budynkiem i prosto przed siebie —  powtórzyła raz jeszcze, próbując myśleć o ucieczce, a nie o jej własnym wycieńczeniu.
        Zaczęło kręcić się jej w głowie, a cicha muzyka zaczynała rozbrzmiewać w jej umyśle.
        Nie myśl sobie, że jesteś lepsza ode mnie.
       Nagły spadek wybudził Des z transu. W ostatniej chwili zdążyła złapać się konara drzewa, zapobiegając śmiertelnemu upadkowi w dół. Odetchnęła głęboko, ledwie podciągając się ku górze.  Zwisała bezwładnie, jednak bezproblemowo dosięgała muru nogami, podpierając się. Przesunęła ramionami po ostrej korze przybliżając się ku górnej linie, której się następnie chwyciła. Nie patrząc w dół, nogą wymacała kolejną srebrny sznur. Jedną ręką zeszła niżej, ciasno trzymając się grubych lin. Cała drżała. Nie tyle z przejęcia, co z chłodu. Miała na sobie jedynie cienką czarną bluzkę, która nijak chroniła ją przed niższą temperaturą. Nie zamierzała zamarznąć z chłodu.
        Po dłuższej chwili udało się jej spokojnie zejść. Wylądowała na lekko mokrej ściółce, oblepiając swoje ubłocone trampki liściami i ziemią. Rozejrzała się dookoła. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że sama w lesie też jest zagrożona. Entyloni mogą być wszędzie, a ona sama nie wie jak oni wyglądają.
       Des miała ochotę walnąć się w czoło. Czemu o tym nie pomyślała? Może udałoby się przebłagać Drake'a, by  z nią poszedł? Dlaczego sama aż tak ryzykuje?
       Nie było już odwrotu.
       Przeszła przez mur, znajdowała się w lesie. W wielkiej puszczy, malowniczej bez względu na pogodę. Des nie miała jednak czasu, aby podziwiać krajobraz. Przed sobą miała kolejną przeszkodę. Dotrzeć jak najszybciej tam, gdzie kazał jej Drake.
        No i nie dać się zabić.
     

         — Jak to zasugerowałeś jej ucieczkę?! — krzynęła Elena, zaczynając histeryzować. — Zwariowałeś?
         — Zamknij się — warknął Drake, podchodząc od razu do drzwi i uchylając je lekko. Po chwili znów je zamknął. — Musisz tak krzyczeć?
         Znajdowali się w pokoju należącym do Eleny. Wszystko w nim było urządzone niemalże na zielono, począwszy od limonkowych załon na oknach, a skończywszy na ciemnozielonych ramkach na zdjęcia. Poza tym pomieszczenie nie za wiele różniło się od pozostałych. Miało takie same wymiary i tak samo wyłożony był wszędzie drewnem, którego nie była w stanie pobić nawet zieleń w swoich rozmaitych odcieniach. Tuż przy oknie znajdowała się mała toaletka wypełniona po brzegi kosmetykami, o które Drake wolał nawet nie pytać. Zaraz obok znajdowała się wielka dębowa szafa, nieporadnie pomalowana na pistacjową barwę. Była niedomknięta, a z dołu drzwiczek zwisało kilka pojedynczych ubrań. Po całym pokoju roznosił się zapach cytrusów, który Drake przecież tak dobrze pamiętał. Nic się nie zmieniło.
         — Czy muszę? — prychnęła rudowłosa. — Wiesz, co zrobi z nami Cromwell jak się dowie, że jej nie ma? Módl się, żeby tylko on się dowiedział co zrobiłeś.
         — Nie dowie się - zapewnił ją chłopak. — Pójdziemy zaraz do rezydencji moich starych, Blade tam na pewno jest. Des nic nie będzie.
         Elena otworzyła szeroko oczy i aż zachłysnęła się powietrzem. Usiadła na łóżku, popatrzyła na Thore'a ze strachem w oczach, a potem zakryła twarz w dłoniach, próbując się uspokoić. Drake patrzył na nią, nie za bardzo wiedząc, co robić. Nie jest dobrym pomysłem próbować pocieszać Elenę. Nawet jemu nigdy to się nie udawało. Teraz tym bardziej. Pozostawało mu jedynie patrzeć, jak ta sama siebie ucisza.
          Trwało to kilka chwil. Elena przestała się trząść i wstała z łóżka.
           — Najpierw mówisz, że Blade jest cholernie dla niej niebezpieczny, a przed chwilą właśnie tam ją wysłałeś? Oszalałeś?
          — Przemyślałem to — wyjaśnił Drake. — On jej nic nie zrobi. Na pewno nie jej.
          — On jest zdolny do wszystkiego, nie widzisz tego?
          — W takim razie musimy tam szybko dotrzeć — mruknął Drake i popatrzył na Elenę, która przygryzła lekko wargę. — Pomożesz mi, no nie?
          — Oczywiście, że ci pomogę, idioto — syknęła Zielona. — Myślisz, że ją tak samą z wami zostawię? Nie ma mowy.


         Słońce nie pojawiło się tego dnia ani razu. Robiło się coraz ciemniej, a Des czuła się zmęczona szybkim marszem, jaki sobie narzuciła. Niemalże biegła. Zbytnio się bała o samą siebie, żeby choć trochę zwolnić. Na dodatek w lesie było dziwnie cicho. Nie słyszała nic, prócz swojego płytkiego oddechu i szumu wiatru, od którego zrobiło się jej niesamowicie zimno. Nawet szybki chód nie rozgrzewał jej ciała.
         Zaczynała się obawiać, że w ogóle nie trafi tam, gdzie Drake jej kazał.
         A może ją oszukał ?
         Czemu tak bardzo mu uwierzyła? Przecież prawie go nie znała. Widziała go może z trzy razy. Jeden raz rozmawiała z nim dłuższy czas, co i tak było dla niej trochę krępujące. A teraz zawierzyła mu i idzie na prawdopodobną śmierć.
          Świetnie. Po prostu świetnie — pomyślała.
         Jednak, ku jej uldze, kiedy pokonała ostatnie zarośla, zobaczyła tuż przed sobą zabytkową rezydencję. Niegdyś zapewne pomalowana była na biało, ale teraz farba zżółkła i w niektórych miejscach zaczęła schodzić, odsłaniając nagie cegły. Wokół domostwa rosło kilka mniejszych drzewek, które nadawały miejscu iście klasyczny wygląd. Mały zajazd prowadzący na ganek był zarośnięty, tak samo jak i ogród dzielący las od bogatej posesji. Wszystko wyglądało na zapuszczone i smutne, tak jakby lata świetności miało to miejsce już dawno za sobą.
       Des zauważyła czarny samochód. Wyglądał tak samo jak ten, który prowadził Nathaniel tamtej feralnej nocy. Dziewczyna uśmiechnęła się sama do siebie.
        To był jego samochód.
        Przeszła przez zapuszczony ogród i skierowała się w stronę werandy, która wyglądała jakby w każdej sekundzie miała się zawalić. Wokół okien obrastał obfitych rozmiarów bluszcz, przez co Des nie mogła dostrzec niczego w głębi domu. Zdecydowała się więc wejść. Wątpiła, że na pukanie ktoś by jej otworzył. Klamka była poniszczona. Destiny miała wrażenie, że zaraz rozsypie się jej w ręce. Nacisnęła zatem na nią bardzo delikatnie, a drzwi z cichym skrzypnięciem zaczęły się otwierać. Kiedy Destiny weszła do środka, jej oczom ukazało się pełno staroci i mebel, które najwidoczniej witały każdego, kto zdecydował się tutaj wejść. Miejsce wydawało się być w ogóle nie sprzątane. Pajęczyny wielkości obrazów wiszących na ścianach, kilkucentymetrowa warstwa kurzu i zabite deskami okna nadawały domostwu przerażający wygląd. Co najgorsze - Destiny nikogo nie słyszała.
        Zdecydowała się więc iść dalej. Próbowała nie zwracać uwagi na serce, które biło jak oszalałe. Po prostu szła, oddychając szybko. Rozglądnęła się po kilku pomieszczeniach. Niektóre wyglądały na zadbane, w ogóle nie zniszczone, a w niektórych pokojach walał się wręcz gruz. Wszystko wydawało się takie dziwne, niemożliwe. Wszystko...
        — Co ty tutaj robisz?
        Destiny obróciła się szybko. Tuż za nią stał Nathaniel, mierząc ją od stóp do głów. Opierał się o niebieską framugę drzwi. Nie wyglądał na zadowolonego. Był wręcz wściekły.
        — Ja... — zaczęła Des. — To znaczy...
        — Nikt nie wbił ci do tego twojego małego móżdżka, że uciekanie z Agory jest niebezpieczne? — warknął Nate, podchodząc do niej bliżej. Jego oczy wyglądały jak wzburzone morze. — Co ty sobie myślisz? Że pójdziesz sobie tak po prostu do lasu, do tego miejsca i nic ci się nie stanie?
        Ostry ton chłopaka zdziwił Des. Patrzyła na niego lekko przestraszona, gdy ten krzyczał na nią, nie dając jej dojść do słowa.
        — Co za idiotka! — prychnął.  — Narażałem wcześniej dla ciebie życie,  a teraz ty robisz to samo co wcześniej! A co gdybyś nie dotarła tutaj, tylko rozszarpaliby cię Entyloni?
       — Więc to ty! — zawołała Destiny. — Ty byłeś tym czymś, co mnie przed nimi uratowało!
       — Oczywiście, że ja! — warknął blondyn. — A co, myślałaś, że kto cię zaniósł pod Agorę, żeby ten kretyn cię znalazł?
      — Nie rozumiem — powiedziała Des. — Przecież ty jesteś Niebieskim! Brązowi zmieniają się w zwierzęta, nie wy!
       — Nic o mnie nie wiesz.
       Oczy Nathaniela były jak potłuczone szkło. Popatrzył raz jeszcze na dziewczynę  i obrócił się do niej plecami. Powolnym krokiem wszedł do pomieszczenia, w którym przebywał wcześniej. Destiny, nie mając wyboru, podążyła za nim. Okazało się, że owym miejscem była kuchnia, nie najgorzej zachowana w porównaniu z innymi pokojami. Spojrzała na Nathaniela, który stał do niej plecami, opierając się rękoma o parapet okna na drugim końcu kuchni. Patrzył przez szybę, a jego sylwetka zastygła w jednej pozie. Jasne włosy miał w nieładzie, a jego szara koszulka była pomięta. Nie wyglądał najlepiej.
        Po chwili nieznośnej ciszy chłopak powiedział:
        — Musisz mieć dobry powód, żeby narażać swoje własne życie.
        — Wczoraj, kiedy wróciłam do pokoju — zaczęła Des —  zobaczyłam szkatułkę. Należała do mojej siostry, Victorii. Nie miałam jej od dłuższego czasu, więc nie wiedziałam czemu ona tam się znalazła. Nagle zaczęła grać. — Destiny przełknęła ślinę. — Tą swoją równą melodię. W mojej głowie zaczęły pojawiać się różne skrawki wspomnień, powodując otępiający ból. To trwało całą noc.
       Nathaniel nie poruszył się, ani niczego nie powiedział, więc Destiny kontynuowała:
        — Rano Elena weszła do pokoju i zamknęła szkatułkę. Później z Cromwell'em i z Drake'em próbowaliśmy zrozumieć, dlaczego to się stało. Jasir wziął ode mnie szkatułkę, mi samej zakazał próbować wrócić na zgliszcza domu moich rodziców.
        Des zamknęła oczy i znowu przygryzła wargę. Nie chciała płakać. Nie tutaj, nie przy Nathanielu.
       — Dlaczego chciałabyś tam wracać?
        Dziewczyna otworzyła swoje lekko załzawione oczy i zerknęła na Blade'a. Ten patrzył na nią, a w jego spojrzeniu nie dało się niczego odczytać. Głęboki błękit zbladł, pozostawiając po sobie zaledwie swój cień.
       — Bo to ma związek z ich śmiercią. Takie mam przeczucie — wyszeptała Des. Widząc jednak minę chłopaka, dodała:  — Przyszłam tutaj, bo szukałam pomocy. Drake mi poniekąd pomógł. Wiem, jestem głupia. Uciekłam z Agory, omal się nie zabiłam, szłam sama przez las, a teraz jestem tutaj. Jestem idiotką, zdaję sobie z tego sprawę.
       Starała się nie patrzeć na chłopaka. Nie chciała, aby ten widział jej ślady łez. Nie potrzebowała współczucia. Potrzebowała pomocy.
        — Przepraszam. — Usłyszała po chwili. — Nie jesteś idiotką, nie mam prawa nawet tak myśleć.
        Destiny zamrugała i spojrzała na Nathaniela. Ten uśmiechał się lekko, jednak to nie był ten krzywy uśmieszek, którym obdarowywał wszystkich dookoła. Uśmiechał się smutno, sam do siebie. Patrzył zamyślonym wzrokiem w drewnianą podłogę, a Destiny zaczęło się wydawać, że chłopak wcale nie był tym, kogo udawał.
         On po prostu był zmęczony.
         — Marnie wyglądasz — powiedział po kilku minutach. — Do tego się trzęsiesz.
         Odepchnął się od parapetu i spokojnym krokiem wyszedł z kuchni, zostawiając Des samą. Po chwili jednak wrócił  z czarną skórzaną kurtką w ręce. Bez słowa zarzucił ją na ramiona Destiny i pokazał jej ręką wolne krzesło przy małym stole. Usiadła więc, opatulając się szczelnie ubraniem chłopaka. Patrzyła uważnie na poczynania Nathaniela, który podszedł do kuchenki, nastawił wodę i otworzył szafkę, wyciągając z niej małe pudełko.
          Wszystko, co robił wydawało się takie spokojne. On sam był  zamyślony i nieobecny, jednak Des poczuła ulgę, gdy fala gniewu chłopaka minęła.
          Teraz Blade był całkiem inny.
          — Nathanielu — powiedziała cichym głosem Des.
         Ręka Nate'a, która wsypywała zioła do kubków zamarła w bezruchu.
         — Tak? — spytał po chwili, wciąż na nią nie patrząc.
         — Pomożesz mi?
         — Postaram się.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Czytasz = kometujesz
Pozdrawiam,
~Brave
       

piątek, 1 stycznia 2016

1.20. Szkatułka


 Zaczynało świtać. Przez gęstwinę zarośli rosnących obok okna przedzierały się promyki słońca, nieśmiało oświetlając małe pudełko leżące na łóżku. Szkatułka wyglądała niewinnie, praktycznie tak samo jak ostatnio widziała je Des. Była w stanie nienaruszonym - te same zdobienia, ta sama muzyka. Ta sama smutna baletnica kręcąca się ciągle i ciągle w rytm nieprzerwanie powtarzającej się melodii.
    Destiny urywanie wciągnęła powietrza. Wsunięta w kąt pokoju była prawie niewidoczna. Wciąż wbijała wzrok w starą zabawkę Victorii, dokładnie przyglądając się złotym niciom oplatającym delikatne różane tło. Wczorajsza potrzeba snu minęła, pozostawiając Des dziwnie pustą. Bała się.
     Znów się bała.
    Czego? Sama nie miała pojęcia.
    Mięła w ustach skrawek materiału z jej rękawa. Oczy ją piekły, czuła pod powiekami piasek. Dźwięk szkatułki otaczał ją z każdej strony. Wyrył w jej umyśle zapis nut, które Des zapamięta do końca życia. Cicha, smutna muzyka doprowadzająca ją na skraj załamania.
     Co to znaczy?
     Ciche pukanie rozległo się po pokoju.
     - Des? - Zza drzwi dobiegł głos Eleny. - Des? Co to za muzyka? Mogę wejść?
     Destiny zamknęła oczy i oparła czoło o podciągnięte kolana. Muzyka wchodziła głęboko w jej wnętrze, pozostawiając po sobie krwawe ślady. Dziewczynę zalała fala bolesnych wspomnień.
     Przykro mi, Des. Wiem, że ją kochałaś.
     Twarz pani Lewis była wykrzywiona w grymasie bólu.
      Została znaleziona. To wszystko co mogę teraz powiedzieć, mała.
     Wąsaty policjant popatrzył na nią z politowaniem.
      Dziwolągu.
     Chłopak imieniem Michael szarpnął ją za koszulkę.
      Miałam wtedy trzy lata, Des. Ja ją pamiętam.
      Victoria spojrzała na Destiny oczami przepełnionymi żalem.
       Pamiętam jej włosy, jej śmiech. Pamiętam swoją matkę... ale nic, co miało jakikolwiek związek z tobą.
      - Des! - krzyknęła Elena.
      Destiny z trudem otworzyła oczy i uniosła głowę. Tuż przed nią klęczała rudowłosa. Trzymała dłonie na ramionach Des, delikatnie nimi potrząsając. Na twarzy Trey wymalował się strach pomieszany z troską.
      - Co się dzieje? - spytała Elena, patrząc na blondynkę, którą wciąż pochłonięta była cichą muzyką.
      Nadejdzie taki czas, Des, w którym będziesz musiała sobie poradzić sama, pomimo że będą cię otaczać przyjaciele.
       Teraz naszym dzieckiem jest Destiny.
       James delikatnie wyciąga nóż z rąk Amy.
      Pamiętasz jak ją pierwszy raz zobaczyliśmy? Powiedziałaś mi kiedyś, że przypomina ci samą siebie. Pamiętasz naszą wspólną wyprawę na plażę w San Diego? Byłaś zachwycona, śmiałaś się po raz pierwszy od lat. Dzięki Des.
        - Szkatułka - wyszeptała chrypliwym głosem Destiny, próbując wyrwać się z amoku. - Szkatułka. Muzyka.
       Elena zmarszczyła brwi i rozejrzała się po pokoju. Serce biło jej szybko, a małe krople potu pojawiły się na jej czole. Nigdzie wokół siebie nie widziała szkatułki.
       Pamiętaj o tym, że nie ma wyboru.
       Oczy Gray'a zalśniły.
        Exurgo.
        Ból.
       - Łóżko. - Destiny pod powiekami poczuła łzy. Nie mogła się uwolnić. - Szkatułka.  Proszę.
       Elena wstała szybko, omal nie potykając się o własne nogi. Widząc przedmiot leżący na jasnej pościeli, rzuciła się na niego. Mała baletnica nie poruszała się. Stała w jednym miejscu, podczas gdy muzyka grała swoją regularną nutę.
       Głośnym trzaśnięciem Trey przerwała melodię.
   
        Niemowlę na szczęście nie płakało. 
       Firen dziękowała w myślach wszystkim bogom, jakie kiedykolwiek znała.
       Bięgnąc przez gęsty las zniszczyła swoją jedyną suknię, a bose stopy marzły  od mrozu. W płucach palił ją ogień, oczy napełniły się łzami, ale jedyne, co mogła w tej chwili robić młoda dziewczyna to biec. Uciekać jak najdalej może. Zawiniątko stawało się coraz cięższe, a nogi potykały się same o siebie. Słyszała głos. Głos swojej pani. Była zła. Nawet gdy jej Alma ukrywała swoją wściekłość pod warstwą spokoju, młoda niańka wiedziała, że gdy dorwie ta ją to skończy się jej krótki żywot. Tego chciała? Chciała uciekać, narażać swoje życie przez małe dziecko, które z resztą i tak nie należało do niej? 
      Firen przecięła wprost maleńką polanę pośrodku lasu. Łąka była pokryta cienką warstwą śniegu, który dopiero miał zacząć topnieć. Wszystko osnute było niebieską poświatą, tak piękną i delikatną, że można było ją zniszczyć jednym dotknięciem dłoni. Księżyc był w pełni, wszystko dookoła było widoczne jak za dnia. Jedynie lekka mgła owijająca krawędzie lasu, zdawała się być zdolna do ukrycia tajemnicy zielonego gaju. 
      W głowie dziewczyny narastał głos.
       Zatrzymaj się
      Z ust jasnowłosej wydarł się krzyk strachu, a malutkie strużki łez popłynęły jej po policzkach. Przyśpieszyła biegu, dobrze wiedząc, że długo tak nie wytrzyma. Dziecko w jej ramionach spało spokojnie, nie zdając sobie nawet sprawy jak bardzo jest zagrożone.
      Stój. 
      Młoda Firen upadła. Ledwie zdążyła zamortyzować upadek, uderzając o ziemię lewym ramieniem. Małe niemowle obudziło się w końcu. Ku zdziwieniu niańki nie zapłakało. Po prostu na nią patrzyło. Było spokojne, trochę zaciekawione przestraszoną twarzą dziewczyny. Okrągła buzia wyglądała szlachetnie, może trochę aż nazbyt jak na tak małe stworzenie. Jednak nie to w dziecku było najdziwniejsze. Para czarnych jak węgiel oczu zdawała się pochłaniać mrok. Spojrzenie malucha było hipnotyzujące, tak bardzo, że Firen nie miała sił już uciekać. Chciała patrzeć tylko w oczy dziecka. 
     Ciche trzaśnięcie gałęzi dało znać o obecności kogoś jeszcze. Firen zachłysnęła się powietrzem i zaczęła ryć stopami ziemię, próbując cofnąć się jak najdalej od Almy. Ta jednak była tuż przed nią, powoli się do niej zbliżając. Jej twarz niczego nie zdradzała. Po prostu patrzyła na swoją poddaną. Oczy miała zarówno ciemne jak i niemowlę.  To było jedyną rzeczą łączącą matkę z dzieckiem.
      - Oddaj moje dziecko - powiedziała czarnowłosa, robiąc kolejny krok w stronę leżącej Firen. - Oddaj, a dam ci szansę na przeżycie.
      - Alma - szepnęła dziewczyna.  - Pani chce zabić swoje własne potomstwo. Swoje własne życie!
      Kątem oka Firen zobaczyła kogoś jeszcze. Drobna skulona postać bezszelestnie dreptała wokół nich, co chwilę ukazując swoje ostre zęby odbijające blask księżyca. Wydawała się lewitować. 
      - Trantelo - rzekła Entylonia, przekrzywiając lekko głowę w bok. - Co ja mam zrobić? Nie chce oddać mi mojej córki.
       Stworzenie zatrzymało się nagle tuż obok czarnowłosej kobiety. Patrzyło na Firen wygłodniale, na co ta zaczęła jeszcze bardziej płakać. Widziała co ta bestia zrobiła z Klantonem, z chłopakiem, którego ledwie znała. Odór krwi zdawał się jeszcze rozciągać wokół powozu Almy.
       Drobna dłoń dotknęła policzka dziewczyny, gdy ta spojrzała w dół. Łagodne oczy maleństwa patrzyły na nią uparcie. Dziecko przesuwało wolną rączką po twarzy niańki. Dotknęło nosa, przesunęło po oczach Firen, a następnie dotknęło czoła, gdzie się zatrzymało. Wzrok niemowlęcia zmętniał i utkwił w jednym miejscu. 
         Czas zwolnił. 
         Firen po kilku sekundach odwróciła głowę i puściła dziecko. Fala czerwonej cieczy spłynęła  z jej gardła wprost na śnieg. Krztusiła się własną krwią, która zaczęła nawet wypływać z jej nosa, oczu i uszu. Po chwili zgięła się w pół. Jej ręce i szyja pokryły się czerwienią. Świeże rany zajmowały praktycznie całe jej ciało, doprowadzając dziewczynę do agonii. Trzęsła się, leżąc w kałuży własnej krwi. 
         - To twoje dzieło? - Trantela oblizała swoje suche wargi.
         - Nie - odmruknęła Entylonia, patrząc na błagającą o pomoc dziewczynę. Była pokryta krwią, która wypływała z każdego skrawka jej skóry. - Myślałam, że twoja.
          Ostatnie podrygiwania zakończyły życie Firen. Dziecko leżące obok niej nie wydawało z siebie żadnego dźwięku. Leżało spokojnie w śniegu, wśród drogocennych płócien, przyglądając się pełnej tarczy księżyca, który oświetlał niczym reflektor krwawe przedstawienie. Entylonia podeszła do zawiniątka, starannie unikając zakrwawionego śniegu. Podniosła dziecko i dotknęła jego policzka.
           - To jej sprawka. - Entylonia uśmiechnęła się do maleństwa. 
            - Nadal chcesz jej odebrać życie? - spytała wieszczka, przysuwając się coraz bliżej ciała służki. Zapach świeżej krwi pobudzał jej nozdrza.
           - Nie, już nie. - Czarne oczy Almy rozbłysły. - Esthar. Moje małe maleństwo, Esthar. 
         
     
     

        - Jak to się mogło stać? - spytał Cromwell.
        Małą szmatką przetarł  okulary i założył je z powrotem na nosie.  Poprawił swoją tweedową marynarkę w kolorze zgniłej zieleni, odkaszlnął cicho i odwrócił się twarzą do zebranych w pokoju. Elena raz po raz spoglądała na Destiny, która tępo patrzyła na podłogę. Siedziała na łóżku obok rudowłosej, obracając w dłoniach kubek z herbatą. Drake stał natomiast obok okna, opierając się bokiem o parapet. Przyglądał się dokładnie szkatułce, przesuwając palcami po zagłębieniach.
       - Sentia, dwudziesty szósty maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego - odczytał i zmarszczył brwi. - Co to ma znaczyć?
       - Może miejsce i datę produkcji? - podsunęła Elena.
       Znowu spojrzała na Des. Wydawała się być jeszcze bledsza niż zazwyczaj. Herbata w  kubku była nietknięta, a palce Destiny mocno zacisnęły się wokół plastiku, prawie wylewając napój.  Elena położyła  delikatnie rękę na dłoni blondynki w pocieszającym geście.  Ta jednak nie zareagowała.
       - Wątpliwe - stwierdził Drake. - Od kiedy firmy grawerują czas i miejsce produkcji w najbardziej widocznym miejscu? I to w dodatku złotymi literami?
       - Dziękuję za wyjaśnienie, Sherlocku - warknęła rudowłosa.
        Thore wykrzywił się do Eleny, na co ta przewróciła oczami. Jednak kiedy spojrzał na Des, przestał się krzywo uśmiechać. Jego ciemne oczy złagodniały.
        - Wszystko dobrze, Des? - spytał.
        Destiny powoli uniosła głowę i spojrzała na chłopaka.
        - Zaledwie dwa dni temu miałam stosunkowo normalne życie - powiedziała po chwili ciszy. - Miałam rodziców. Przybranych... ale rodziców. I wiesz co? Straciłam ich. Zaraz potem znalazłam się tutaj, nie wiadomo gdzie, zdając się jedynie na was. Kiedy już w końcu spróbowałam się tutaj odnaleźć, zobaczyłam jedyną rzecz, która pozostała mi po siostrze. Nie chciałam tego więcej oglądać. Zgadnij, czemu? Bo ją też straciłam, tylko że wcześniej. Byłam sierotą, cholernym nieudacznikiem, pomiatanym przez wszystkich! Teraz znowu taka jestem. Pytasz mnie więc czy wszystko dobrze?
        Oddychała szybko, jednak łzy nie nadchodziły.  W głębi duszy wiedziała, że wyżywanie się na ludziach, którzy starali się jej pomóc, nic nie dawało. Jednak czuła gniew. To on sprawiał, że zaczęła rozumieć jak bardzo jest bezsilna. Czy tego chciała, czy też nie, nie potrafiła tego zmienić. A może nie chciała? Może było jej lepiej w tym bezpiecznym kokonie jaki sobie wokół siebie zrobiła?
        Jasir popatrzył na Drake'a, który speszony wybuchem Des zaczął znów przyglądać się szkatułce z wyjątkowym skupieniem.
          Wszystko byle nie zobaczyć tego żalu w jej oczach.
         - Grawer na tym przedmiocie nie ma jak na razie znaczenia - rzekł cicho profesor, próbując przerwać ciszę. -  Chociaż, Destiny, może wiesz co on mógłby oznaczać?
         - Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty piąty to rok urodzenia Vicky - wyjaśniła Des, delikatnie pociągając nosem. Uspokoiła się trochę. - A przynajmniej tak zakładałyśmy z panią Lewis.
         - Panią Lewis? - powtórzyła Elena i mocniej ścisnęła zimną dłoń Destiny.
         Dziewczyna na wspomnienie o starej kobiecie uśmiechnęła się smutno.
         - Była dyrektorką Domu Dziecka w Des Plaines. Umarła rok temu.
         - A co z twoją siostrą? - zapytał ostrożnie Cromwell. - Jesteś pewna jej śmierci?
         - Jej zmasakrowane ciało znaleziono w jednej z uliczek niedaleko sierocińca. - Destiny przełknęła gulę w gardle. - Kilka dni później było pewne, że to ona.
         - Dlaczego tak w ogóle nie zawiadomiłaś nas o tym? - dopytywał się Cromwell. - Dlaczego, dziecko, nie przyszłaś zaraz z tym do nas tylko zamotałaś się w tej hipnotyzującej muzyce?
         - Na początku nie mogłam się poruszyć. Patrzyłam tylko na to cholerstwo.
        Destiny zamrugała kilkakrotnie i odstawiła kubek na stolik obok łóżka. Wstała i podeszła powoli do okna, gdzie stał Drake ze szkatułką.
         - Nie myślałam, że kiedykolwiek to zobaczę - powiedziała i zabrała z rąk chłopaka niewielki przedmiot. -  Zostawiłam to na cmentarzu, na grobie gdzie spoczęła Victoria jakieś trzy lata temu. To było ponad rok po jej śmierci. Chciałam się w ten sposób pożegnać.
         - Więc nie miałaś tego ze sobą - podsumował Drake, przyglądając się dziewczynie dokładnie.
         Miała cienie pod oczami. Była blada, usta jej spierzchły, jednak - jakimś cudem - nadal wyglądała niezwykle. Włosy miała w niektórych miejscach poplątane, a oczy o barwie popielu lekko lśniły, co mogło być jedynie objawem zmęczenia. Drake podziwiał ją za to, że nie uroniła ani łzy.      Nie każdy był taki silny.
        - Nie. - Destiny przesunęła kciukiem po napisie na szkatułce.
        - Co spowodowało ten atak wspomień? - znów spytał Jasir, patrząc na poczynania dziewczyny. - Nie boisz się tego przedmiotu?
        - To jest dla mnie niebezpieczne tylko wtedy, kiedy jest otwarte i gra muzyka - odrzekła Des. - Melodia tak jakby wryła się w mój umysł, nieregularnie przetrząsając niektóre z moich wspomnień. To były... skrawki. Czasem dłuższe,czasem krótsze. Nie potrafiłam wyrwać się z tego. Dopóki nie pomogła mi Elena.
          Destiny spojrzała na Elenę, która wyprostowała się nagle. W oczach blondynki widać było wdzięczność i uznanie.
          - N-nie ma za co - powiedziała rudowłosa.
          Des przełknęła ślinę.
          - To coś wiąże się ze śmiercią Jamesa i Amy, a także z moją ucieczką.


*Alma - Pani
       
       ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Szczęśliwego Nowego Roku, kochani!