niedziela, 27 grudnia 2015

1.19. Notrum Pełne Mroku


 Heather wspięła się po schodach wraz z tłumem, który kierował się w stronę głównych drzwi wejściowych.Przedarła się przez Bezrasowców, którzy na jej widok zatrzymali się nagle, robiąc w ten sposób dla niej przejście. Brunetka, widząc to, uśmiechnęła się do jednego z Bezrasowców z pogardą. Elena za to nie zwróciła uwagi na kogokolwiek prócz Heather. Patrzyła na Niebieską z koncentracją w oczach, próbując wykryć, co Heather zamierza. Ta jednak spokojnym ruchem kołyszących bioder podeszła do Zielonej. Wciąż się uśmiechała. Wyglądała jak dzikie, niebezpieczne zwierze - pełne pogardy i dumy.
     - No więc? - powiedziała głośno brunetka. - Czemu przerywasz mi zabawę?
     Elena nagle poczuła się nieswojo.  Skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała wyzywająco na Niebieską, próbując ukryć swoją niepewność.
   - Trzymaj się od Destiny z daleka, to po pierwsze. - Elena podniosła głowę i zacisnęła szczękę. - Jest tutaj nowa, nie wiadomo kim jest i skąd się wzięła. Nie potrzeba do tego ciebie i tych twoich idiotycznych pomysłów.
    Niebieska, słysząc to zatrzymała się tuż przy poręczy. Popatrzyła dokładnie na Zieloną, mierząc ją od stóp do głów.
     Zaśmiała się.
     - A niby czemu mam cię posłuchać? Bo tak mówisz i już? Nie podoba mi się jak ta mała blondyneczka panosi się tutaj w obecności Nate'a. Nie jest jedną z nas i nigdy nią nie będzie. Twoi rodzice i Jasir powinni ją stąd natychmiast wyrzucić, najlepiej żeby zdechła gdzieś w lesie. - Heather przewróciła oczami. - I tak jej egzystencja jest marna i wierz mi, wiem, co mówię. Widziałam trochę jej wspomnień. Można z niej czytać jak z otwartej księgi, tak bardzo jest słaba i przerażona. Pięcioletni Niebieski czy jakikolwiek inny Zaprzysiężony może zrobić jej krzywdę. Nie da sobie tutaj rady. A skoro najwidoczniej Entyloni coś od niej chcieli to my nie powinniśmy im w tym przeszkadzać.
    - Jesteśmy Zaprzysiężonymi - warknęła Elena, podchodząc bliżej Heather. Jej oczy zrobiły się nienaturalnie zielone. - Naszym zadaniem jest walczyć z Entylonami, nawet jeśli ta walka nie ma sensu.  Tacy zostaliśmy stworzeni. Tu jednak w grę wchodzi życie zwykłego człowieka i  nawet jeśli Destiny jest właśnie zwykłym człowiekiem to nie masz prawa traktować ją jak swoją zabawkę.
     Heather  uśmiechnęła się kpiąco.
     - Zamierzasz cytować mi jakiś podręcznik w stylu ,,Jak być Zaprzysiężonym przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku"?
     - Wbij sobie do głowy w końcu, że ten twój parszywy Blade nikogo nie interesuje. Nikogo, tym bardziej kogoś takiego jak Des. Jest zdrajcą w sumie tak jak ty, ale jakimś cudem o tobie nikt nie pamięta. Jesteście siebie warci, ty i on. - Elena zadrżała. - Entylońskie pomioty!
     Niebieska przestała się uśmiechać. Cała się napięła, zaciskając usta. Podeszła bliżej Eleny - na tyle blisko, że Zielona mogła poczuć jak wielki gniew emanował od Heather.  Nie bała się jednak jej spojrzenia. Patrzyła na nią spokojnie, gotując się na prawdopodobny atak ze strony Niebieskiej.  Wypuściła tlen ze swoich płuc, zdając sobie sprawę, że wstrzymywała oddech zdecydowanie za długo. Miała dość chowania się. Nie obchodziło ją to, że zrobią awanturę na oczach wszystkich. Miała gdzieś, co powiedzą jej rodzice, Cromwell czy nawet Drake. Patrzyła prosto w wściekle niebieskie oczy brunetki.
     Niebieska po chwili wyprostowała się. Z jej oczu wyparowały nagle wszystkie ogniki gniewu. Patrzyła z wyższością na Elenę, nad którą zresztą  górowała wzrostem.
     - No, no.... - cmoknęła brunetka, a na jej ustach znów zagościł ten cyniczny uśmieszek. - Myślałam, że spanikujesz, jednak nie jesteś taką ofermą jak się spodziewałam. Ciekawe co się tak zdenerwowało?
     Zielona wiedziała, że Heather już nie zaatakuje. Wiedziała, że nie byłoby to dla niej korzystne.
     - Ja za to myślałam, że stać cię na więcej niż tylko na żałosne mierzenie wzrokiem - powiedziała Elena.
      Głowę trzymała prosto, z dumą wymalowaną mlecznej cerze. Heather, widząc to, uniosła brew i powoli, ocierając się o ramię Zielonej, odwróciła się w stronę wyjścia. Po chwili zatrzymała się jednak i pochyliła się do ucha Eleny, szepcząc:
       - Życzę ci, abyś kiedyś musiała wybrać pomiędzy osobą, którą kochasz, a tym, co powinnaś zrobić. Ja już musiałam kiedyś tak wybrać i wiedz, że obydwie decyzje obrócą twoje serce w proch.
       - Ty nigdy nie kochałaś. Nigdy nie potrafiłaś i nigdy nie będziesz potrafić.
       Elena poczuła drwiący śmiech Heather przy swoim uchu. Wzdrygnęła się.
       - Nie przyszłaś tutaj, by besztać mnie o to, że bawię się nowymi zabawkami. - Niebieska nachyliła się jeszcze bliżej do ucha Eleny. - Szukałaś Nate'a i miałaś nadzieję, że ci pomogę. Niestety nie, nie wiem gdzie on jest. Wiem za to, gdzie jest twój chłopczyk, niejaki Thore. Aktualnie zabawia zwykłego człowieka, pannę Destiny.
       Zielona poczuła nagłe szarpnięcie. Straciła oddech, gdy  na jej szyi zacisnęły się palce Heather. Gdy Elena zaczęła się szamotać, próbując wyrwać się z uścisku Niebieskiej, ta bez problemu mocniej zacisnęła szczupłą dłoń na gardle rudowłosej, odbierając jej ostatni oddech.
       - Nie igraj ze mną ani z Nate'em- warknęła do ucha Eleny. - Jesteś przy nas nikim. Jesteśmy starsi, mocniejsi, szybsi i mamy większe zdolności niż wy wszyscy razem wzięci. Czekaj... jak to określiłaś? - Heather uniosła lekko głowę, udając, że się zastanawia. Szarpanie Eleny nie robiło na niej wrażenia. - Ach, tak! Stać nas na więcej niż tylko na żałosne mierzenie wzrokiem.  Jeżeli jeszcze raz nazwiesz nas Entylonami,  wyrwę ci z szyi krtań, a potem powieszę cię na niej na ścianie przy  gabinecie twoich starych, rozumiesz?
        Elena szybko rozejrzała się po innych Zaprzysiężonych, którzy spokojnie przechodzili obok nich. Szybko zdała sobie sprawę, że była to sprawka Niebieskiej. Nie widzieli je.
        Serce Zielonej przyśpieszyło.
        - Rozumiesz? - Heather wysyczała jeszcze raz, mocniej ją przytrzymując.
        Elenie zaczęło brakować tlenu. Próbowała dosięgnąć Niebieską rękami, jednak ta nie pozostawała w jej zasięgu. Nagle zabrakło jej mocy. Jakimś cudem nie potrafiła nawet odtrącić ręki zaciśniętej wokół jej szyi. Stała się bezbronna i jedyne, co pozostało jej powiedzieć to:
        - Rozumiem.



     Destiny wraz z Drakiem lawirowali pomiędzy chmarą Zaprzysiężonych. On pokazywał jej frakcje, a ona próbowała go słuchać. Jednak za każdym razem obracała się w stronę środkowych schodów, mając nadzieję, że zobaczy tam Elenę. Niestety jej, anie nawet Heather nie było. Miała złe przeczucie.
      - Słuchasz mnie? - Drake trącił ją lekko w ramię, na co Destiny szybko się obróciła.
      - Jasne, że tak. - Uśmiechnęła się szybko.
      - Dobrze wiem, że nie. - Chłopak się roześmiał. Nie wyglądał na obrażonego. - Pamiętaj, nigdy nie okłamuj Zaprzysiężonego. Zwłaszcza Niebieskich. Oni są szczególnie na to uczuleni.
      - Ty jesteś Brązowym - zauważyła Des.
      - Tak.- Drake kiwnął głową.- Ale ta uwaga o Niebieskich to taka rada.
        Kiwnął głową na środkową część Notrum.
       - To mój sektor.
       - Słyszałam już trochę o was - powiedziała Des, patrząc na kilku Brązowych, którzy w dłoniach trzymali oszczepy. Kiedy ci na nią spojrzeli, ta szybko  obróciła wzrok.
       - Co takiego słyszałaś? - spytał Drake.
        - Na przykład to, że jesteście najrzadszą rasą wśród Zaprzysiężonych, macie swoją tajemnicę, a ty jesteś najmłodszy ze wszystkich Brązowych.
       W oczach Drake'a pojawił się błysk.
        - Kto ci to powiedział?
        - Heather.
        Drake mrugnął. Zacisnął usta w wąską kreskę i popatrzył gdzieś ponad Destiny. Odetchnął głęboko.
        - Uważaj na nią - mruknął po chwili i znów na nią popatrzył. Uśmiechnął się. - Wiesz coś może jeszcze?
         Destiny, trochę zbita z tropu, zerknęła na chłopaka, a potem na sektor Brązowych. Wszystko zaczęło wydawać się jeszcze dziwniejsze niż poprzednio. Nie rozumiała dlaczego się tutaj znajduje, co się stało z państwem Gray i kim, a właściwie czym są Zaprzysiężeni.
         Des odkaszlnęła cicho.
         - No cóż... z tego co słyszałam twoja rasa jest zmiennokształtna.
         - Trafiłaś w sedno. - Drake się roześmiał, a jego orzechowe oczy pojaśniały. Des zauważyła, że gdy się uśmiechał, w jego policzkach pojawiały się dołeczki. - Owszem, jesteśmy zmiennokształtnymi. Tak właściwie możemy zmienić się w każde zwierze jakie chcemy, o ile oczywiście mamy taką moc. Nie każdy ją posiada. Dopiero najstarsi Zaprzysiężeni z naszej rasy mają taką zdolność. Jednak, jak już pewnie wiesz, mało kto dożywa sędziwego wieku. Trzeba mieć szczęście... albo być tchórzem.
         - Tchórzem? - powtórzyła Des.
         - Tak.
          Drake pokiwał głową i zbliżył się do olbrzymiej frakcji Brązowych. Destiny dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak sala jest wielka. Przejście od pierwszej frakcji do ostatniej musi zajmować wieczność.
          - Jak się ta sala nazywa? - spytała Destiny, rozglądając się dookoła.
          - Notrum.
           - Ciekawa nazwa - mruknęła blondynka, zerkając ku górze. Mrok zakrywał sklepienie jaskini.
           - To po miońsku znaczy Ojczyzna - wyjaśnił Drake. - Nazwano ją tak na cześć legendarnego miejsca, w którym nasza Matka, Dahlia, przyjęła od Gedrona moc Stylionu.
          - Profesor Cromwell mi coś o tym opowiadał.
          Destiny przetasowała wzrokiem górną część Notrum, wciąż porażona niezwykłością tego miejsca. Gdy jednak obróciła się w stronę Drake'a, by spytać go, dlaczego jest tak wiele wejść do Notrum, dziewczyna zbladła.
         - Zrobiłam coś głupiego?
         - Nie, czemu pytasz?
         - Bo wwiercasz we mnie tak mocno wzrok, że aż dziwnie się czuję.
         Drake szybko obrócił wzrok, odchrząkając cicho. Nie wiedział, gdzie popatrzeć, aby nie wyglądać na speszonego. Destiny natomiast  uśmiechnęła się lekko, czując ciepło na policzkach.
         Tak, jego oczy zdecydowanie za bardzo są piękne - pomyślała.
         - Na czym to ja... a, tak - Drake przeczesał ręką włosy. - Masz rację, jestem najmłodszym z Brązowych.  W sumie to do końca nie wiadomo, dlaczego od osiemnastu lat nie urodził się żaden Zaprzysiężony z mojej rasy. Póki co nie zanosi się na żadną zmianę.
         - Masz jakieś rodzeństwo? - spytała Des, ruszając tuż obok Drake'a, który skierował się w stronę sekcji Zielonych. Przez chwilę szli bez słowa, patrząc wszędzie, byle nie na siebie nawzajem. Zapanowała niezręczna cisza, a Des zaczęła żałować, że spytała o to. Jednak, ku jej uldze, Drake odpowiedział:
         - Jestem jedynakiem. A ty?
         Destiny zbladła i odetchnęła głęboko.
         - Przepraszam, nie potrzebnie pytałem - powiedział szybko Drake. - Słyszałem, że miałaś.
         - Miała na imię Victoria - odpowiedziała mu Des, patrząc na swoje splecione palce. - Zmarła kilka lat temu. Teraz miałaby około dwudziestu lat.
         - Wychowałyście się same?
         - Tak. W sierocińcu. - Destiny uśmiechnęła się smutno. - Nie wspominam tego czasu najlepiej, ale czegoś mnie nauczył.
          - Pamiętasz swoich prawdziwych rodziców?
          - Nie, nie pamiętam. - Des przygryzła wargę. - W sumie to i lepiej.
         - Też nie mam rodziców. Umarli. Kilka lat temu.
         - Pamiętasz ich, więc pewnie musiałeś ich kochać.
         - W sumie to byłoby lepiej, gdybym ich nie znał.
         Drake zatrzymał się. Nie patrzył na Destiny, która sama złapała siebie na tym, że  studiowała jego lewy profil już od dobrych kilku chwil.
          Nie był już uśmiechnięty. Był zamyślony. Wyglądał nagle o wiele bardziej poważniej.        
           Doroślej.
          - Rozumiem cię - powiedziała po chwili i spróbowała się uśmiechnąć.
          - Mało kto to potrafi. - Drake zmrużył oczy i w końcu na nią spojrzał.
         Tym razem w jego oczach dostrzegła coś więcej niż tylko przyjazne nastawienie. Zauważyła coś, co tak bardzo widziała sama w sobie. Coś, co było oznaką smutku i samotności. To był ten błysk w oku, który różnił się tak bardzo od innych rzeczy, jakie można było znaleźć w oczach człowieka. Destiny zawsze uważała, że w spojrzeniu można znaleźć całą duszę. Teraz, gdy znalazła się w miejscu, gdzie oznaką przynależności były oczy, zdała sobie sprawę, że miała całkowitą rację.
         - Słyszałaś coś o Zielonych, czy jesteś zainteresowana tylko moją rasą? - spytał Drake po chwili.
          Odciągając od niej wzrok, zerknął na frakcję, przy której się zatrzymali.
           Wyglądała mniej więcej tak samo jak poprzednia. Była tak samo ogromna, oddzielona od sąsiadujących grubymi, kamiennymi ścianami, które były gdzieniegdzie wyszczerbione.
          - Słyszałam coś, ale nie jestem pewna czy to prawda. - Des przyjrzała się dokładnie grupce Zielonych. -  Zastanawia mnie jedno. Wszyscy wokół trenują czy co tam jeszcze robią, a ci stoją i się śmieją.
          - Oni nie potrzebują treningu - wyjaśnił Drake, zakładając ramiona na klatce piersiowej. - Przynajmniej nie takiego. Nie ćwiczą fizycznie, bo nie do tego potrzebni są w walce. Ich intelekt jest zdecydowanie ważniejszy. Schodzą do Notrum dla zasady.
          - Podobno potrafią przewidzieć przyszłość.
          - Niektórzy tylko to potrafią. Większość z nich ma zdolność zapamiętywania osób. - Widząc zdziwioną minę Des od razu sprostował: - Nie, nie w taki sposób jak myślisz. Zapamiętują ich charakter, emocje, które u danej osoby dominują. Potrafią odróżnić zwykłego człowieka od osoby ze zdolnościami. Potrafią też dobrać się do twoich uczuć, namieszać ci w nich. Ale to potrafią już tylko ci, którzy mają wyjątkowy talent.
          - Potrafią grzebać w głowie? Widzieć wspomnienia? - Destiny przełknęła ślinę.
          - Nie ich działka. To potrafią Niebiescy.
          - Heather jest Niebieską.
          Drake popatrzył na nią.
          - Co zrobiła ci Heather?
          - Nie chodzi tutaj o nią - skłamała Destiny. - Po prostu pytam czego można się po nich spodziewać.
          - No cóż... Heather w każdym razie jest wariatką. - Drake wydął usta. - To tak ogółem o niej. Natomiast Zieloni są całkiem przyjaźni, a ci od Heather nie.
          - Wszyscy Niebiescy tacy są?
          Chłopak nie odpowiedział. Kiwną głową w stronę kolejnego segmentu, dając jej w ten sposób znak, aby poszła za nim. Droga wydawała się być dość długa, a ilość Zaprzysiężonych, którzy roili się w Notrum jak w mrowisku aż ją przerażała.
          - Znasz już Elenę, mnie, Jasira i Heather - zagadnął ją brunet. - Kogoś jeszcze?
           - Nathaniela Blade - powiedziała Destiny, patrząc na kolejne schody, które znajdowały się po lewej stronie od głównego wejścia. Ilość stopni musiała byś trudna do zliczenia.
            - Blade'a? - powtórzył tępo Drake.
            - Tak. - Destiny kiwnęła głową. - Podwiózł mnie kiedyś ze szkoły, był moim sąsiadem. Oprowadził mnie nawet dziś po Agorze. A potem się gdzieś zmył.
             Drake znów się zatrzymał. Patrzył na Destiny, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Jedyne co przychodziło mu do głowy to:
             - Radzę ci się trzymać od niego z daleka. Od niego i od Heather.
             Destiny także przystanęła, mrużąc oczy. Drake wydawał się poruszony. Najwidoczniej bardzo dobrze znał Nathaniela. Dodatkowo Des miała przeczucie, że chłopak go nie lubi. Ciekawe czy wzajemnie.
             - Czy mi się wydaje czy Nathaniel też jest Niebieskim? - Destiny wsunęła za ucho niesforny kosmyk włosów. - Masz do nich jakiś uraz czy co?
             - Po prostu wiem, jacy Niebiescy są - powiedział i wskazał palcem na sektor znajdujący się tuż przed nimi. - To nasi nieoficjalni przywódcy. Rzekomo najsilniejsi i o największej mocy. Wiesz co robią? Atakują umysł. Nie, nie tak jak Zieloni. Oni wkradają ci się w wspomnienia, a ty nie jesteś nawet w stanie zauważyć, kiedy to zrobią. Przeglądają twoje życie jak album ze zdjęciami. Potrafią nawet je zmienić. Jakby tego było mało są niesamowicie silni. Tak jak i Bezrasowcy. Silni i niebezpieczni. Jeżeli nie jesteś Zaprzysiężoną lub nie wiesz jak się przed nimi uchronić, to radzę ci jedno: unikaj ich jak ognia. Mało kto z nich jest tak przyjazny jak Cromwell.
           Destiny nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Drake wydawał się być zdenerwowany. Otwarcie mówił o nich jak o wrogach jego Klanu. Nawet jej wydawało się, że stąpał po cienkiej granicy pomiędzy czczym mówieniem, a zdradliwą obrazą.
           - Byli jedyną rasą, o której do tej pory nie słyszałam  - powiedziała po chwili Des. - Dziękuję za wyjaśnienie.
           Drake przyglądał się jej, próbując odkryć, co Destiny ma na myśli.
           - Nie ma za co. - Uśmiechnął się nieśmiało. - Przepraszam za mój... wybuch.
           - Rozumiem, masz swoje powody, a poza tym jesteś tu o wiele bardziej dłużej ode mnie.
           - Zadziwiające jest to, jak świetnie się rozumiemy.
           Destiny także się uśmiechnęła.
           - Nie chcesz może zobaczyć jak trenują Bezrasowcy? Uprzedzam, to na drugim końcu Notrum, ale według mnie można wiele o nich opowiedzieć niż na przykład o mojej rasie.
           - O nich już coś wiem - odpowiedziała mu blondynka. - Jeżeli jeszcze coś usłyszę o was, to wybuchnie mi głowa, serio. Jedyne o czym marzę, to o śnie bez koszmarów. Zbyt wiele mnie dziś spotkało.
           - Odprowadzę cię - zaoferował się Drake. - Wiem gdzie masz pokój, bo spotkałem się raz z Eleną, a ona... jak to ona. Jeżeli nie masz oczywiście nic przeciwko.
           - Sama bym nie trafiła, więc cieszę się, że na ciebie wpadłam.
       
          Po kilkunastu minutach drogi w końcu dotarli do właściwych drzwi. Temat do rozmów się skończył, a jej pozostało jedynie zerkanie na niego od czasu do czasu.  Przez cały czas zdawało się, że pamięta skądś Drake'a. Teraz, miała już prawie pewność. Nie zapomniałaby ot tak kogoś takiego.
          - My się nie poznaliśmy już wcześniej? - zagadnęła Drake'a Destiny.
          - Pod szkołą, pierwszego dnia - sprostował chłopak, uśmiechając się promiennie. - Miałem nadzieję, że pamiętasz.
          - Nie byłam pewna - wyjaśniła Des. - Nawet nie wiem co ze szkołą... czy ktoś mnie szuka.
          - Jeżeli coś będę wiedzieć, powiem ci. - Drake zatrzymał się przy drzwiach do jej pokoju. Podał jej rękę. - Obiecuję.
          Destiny uśmiechnęła się do niego i podała mu swoją dłoń. Ten znów uniósł ją do swoich ust i pocałował lekko. To było dla niej coś niezwykłego.
           - Do zobaczenia, Des - powiedział i otworzył jej drzwi. - Na pewno się jeszcze spotkamy. Agora nie jest tak wielka jak ci się może wydawać.
          - Do zobaczenia.
           Destiny po raz ostatni uśmiechnęła się do niego i wśliznęła do drewnianego pokoiku, w którym świeciło już  kilka dużych świec. Pokój pozornie wyglądał tak samo jak poprzednio. Jednak coś było nie tak.
       Czuła to.
       Drzwi za nią się zamknęły, pozostawiając ją samą. Przetasowała wzrokiem pomieszczenie, nie do końca wiedząc, co jest nie tak. Czuła czyjąś obecność.
           Zanim zobaczyła, usłyszała to.
           Mała kolorowa szkatułka, którą  owijały piękne, ręcznie malowane, złote kwiaty magnolii, wydobywała z siebie cichą muzyczkę. Malutka baletnica obracała się dookoła swojej osi, zacinając się raz po raz.
           Destiny  osunęła się na kolana. Jedyne, co potrafiła zrobić to wydać  z siebie niemy krzyk.
         
           ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jaki dłuuugachny rozdział!
Ale nie było mnie prawie dwa miesiące, trzeba nadrobić! Przyjemnego czytania!