środa, 4 listopada 2015

1.18. Thore

        Wracam!
        Kto się cieszy? :)
        Wiecie, że zbliża się rocznica bloga? Dokładnie 9 listopada!
        Przepraszam za taką długą nieobecność. To cud, że tutaj wracam i jeszcze coś piszę :)
        PS. Czytasz = komentujesz!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

        - Wiem, że tu jesteś!
        Des skuliła się jeszcze bardziej w sobie, ledwie powstrzymując kolejną falę szlochu. Pociągnęła delikatnie nosem i wytarła swoją drobną dłonią zabłąkaną łzę, która powoli spływała jej po policzku. Popchnęła delikatnie ciężkie drzwi. Do wnętrza zabytkowej szafy wpadł strumyk światła, a Destiny aż zamrugała, przyzwyczajona do mroku, w którym siedziała od dobrych kilku godzin.
      - Dziwolągu!
      Dziewięciolatka szynko zatrzasnęła drzwi, kiedy do eleganckiego salonu wpadł chłopak niewiele starszy od niej. Miał pociągłą, szczupłą twarz, a jego tłuste, przydługie włosy w kolorze brudnej wody opadały mu na czoło. Rozglądał się po całym pokoju, po kolei przetrząsając wszelkie komody w sali. Des jęknęła cicho.
   Był to biologiczny syn państwa Wood. Odkąd wprowadziła się tutaj razem z Victorią, chłopak prześladował je z dnia na dzień coraz bardziej,  zaczynając zmieniać ich życie w piekło. Wymyślał różne historie na temat sierot do swoich rodziców, wrzucał im pod łóżko robactwo lub błoto, a kiedy Victoria mówiła o tym pani i panu Wood, Michael stwierdzał, iż są to oszczerstwa. Des nie domyślała się, co mogło być powodem jego zachowania. Nie robiły mu krzywdy i choć na początku próbowały się z nim zaprzyjaźnić to teraz trzymały się od niego z daleka.
     Czego on mógłby jeszcze chcieć?
     Bezgłośnie zatrzasnęła drzwi i oparła się o tył szafy, omal nie zanurzając się w starych płaszczach, które zniszczyły mole.
     Gdyby tylko mogła zniknęłaby. Prysnęłaby  jak bańka mydlana i dopiero wtedy mogłaby uciec przed tym okropnym chłopcem.
     Nie znalazłby jej.
     On, ani nikt inny.
     Po chwili usłyszała jak chłopiec przetrząsał małą komodę obok szafy, w której siedziała.  Des z trudem powstrzymała atak szlochu, który wychodził z jej płuc. Przycisnęła rękę do ust, próbując przestać się trząść. Gdzieś w tle było słychać nawoływania Victorii.
     Gdyby tylko Destiny mogła ją zawołać i jeszcze uciec z łapsk Michaela....
     - Tu jesteś, ty wstrętny bachorze.
     Drzwi szafy otwarły się na oścież, omal nie wypadając z zawiasów. Światło żyrandoli zasłonił Michael, który patrzył na Destiny z chęcią mordu w oczach. Chwycił Des za koszulkę i  siłą wyrzucił ją z szafy. Dziewczynka upadła całym ciałem na wyświechtały dywan, kurcząc się w sobie.
     - Ty mała złodziejko - warknął chłopak, kucając przy nieruchomej blondynce. - Oddawaj!
     -  Niczego twojego ci nie wzięłam - wybełkotała Des ze łzami w oczach.
     - Widziałem! Byłaś w moim pokoju, dziwolągu! Brałaś coś z niego!
    Destiny nie wiele myśląc zerwała się z podłogi, rzucając w ucieczkę. Michael był jednak szybszy. Skoczył na dziewczynkę, przez co zwalił ją z nóg. Przygwoździł ją całym ciałem do podłogi i uderzył ją wierzchem dłoni w twarz.
     - Co wzięłaś? - wysyczał.
     - Szkatułkę - wyjęczała Destiny, zalewając się jeszcze bardziej łzami. Miejsce na policzku, w którym uderzył ją chłopak zaczęło boleć. Traciła oddech pod ciężarem chłopaka. - Ukradłeś ją Vicky!
    - Powiesz mojej mamie, a zrobię ci krzywdę. - Michael wykrzywił swoje usta w okropnym uśmiechu. - I nie rób tych dziwacznych sztuczek ze swoimi oczami, bo...
      - Zostaw moją siostrę!
      Victoria popchnęła Michaela, który wpadł wprost na szafę. Destiny cofnęła się szybko, czołgając po ziemi. Wzrok zaszedł jej mgłą i wciąż nie mogła opanować oddechu. Przez chwilę słyszała jedynie krzyki chłopaka i Vicky. Jednak kiedy Des przetarła oczy rękawem, niemal znowu nie jęknęła. Victoria, z furią ukazaną na twarzy, stała przed skulonym Michaelem i kopała go jak najmocniej mogła. W prawej ręce trzymała swoją ukochaną szkatułkę, która podrygiwała wraz z uderzeniami.
     - Vicky! - krzyknęła Destiny, wstając. - Vicky, zostaw go!
     Odepchnęła ją od nieruszającego się chłopca. Victoria jednak ani myślała go zostawiać; znów ruszyła w jego kierunku, by zadać mu kolejne ciosy. Roztrzęsiona Des jednak stanęła przed chłopakiem, zatrzymując w ten sposób dwunastolatkę.
      - Victoria - powiedziała Des zachrypniętym głosem. - Zostaw go, proszę.
      - Co? - Starsza siostra aż zamrugała.. - On cię omal nie pobił!
      - Powiem mamie i tatusiowi - zajęczał chłopak, trzymając się za żebra. - Możecie się już pakować, przybłędy. Wracacie tam, gdzie wasze miejsce.

       Destiny szybko wyrwała ramię z uścisku Heather i zatoczyła się do tyłu, omal nie spadając ze schodów. Popatrzyła na brunetkę, której oczy przybrały ciemnoniebieską barwę lapis lazuli.
      - Co ty zrobiłaś? - warknęła.
      - Nie myśl sobie, że jesteś lepsza ode mnie.
      Heather zeszła jeden stopień w dół, przybliżając się do drżącej Des. Jej oczy na nowo przybrały delikatnie błękitną barwę.
     - Nie jestem byle kim, przybłędo - powiedziała po chwili, a jej wargi wykrzywiły się w drwiącym uśmieszku. - Mała, zabłąkana Destiny, ratująca rzecz swojej... siostry, tak?
     Przesunęła szczupłą dłonią po policzku Destiny, zupełnie jakby była  małym dzieckiem. Dotknęła to samo miejsce, gdzie została spoliczkowana przez Michaela, przez co Des zadrżała. Na ten widok  Niebieska przechyliła głowę w bok i wydęła usta. Już miała coś powiedzieć, kiedy nagle uśmiechnęła się szerzej i popatrzyła gdzieś prosto przed siebie - w nicość.
      - Witaj, Eleno.
      Heather przesunęła się powoli  w bok, odsłaniając Elenę, która wyglądała na lekko zdenerwowaną. Włosy miała w nieładzie, a jej brązowa koszulka była cała zmięta i pokryta kurzem. Przesunęła wzrokiem po Destiny i popatrzyła zawistnie na Niebieską, a jej oczy pokrywały się coraz to mocniejszą zielenią.
     - Gdzie Blade? - powiedziała, wciąż patrząc na Heather.
     - Nie mam pojęcia, niestety - cmoknęła dziewczyna.
    Tłum Zaprzysiężonych przedzierał się obok nich, popychając je lekko. Jednak Heather wydawała się tym nie przejmować. Stała na środku schodów, torując po części przejście. Piorunowała wzrokiem Zieloną, a ta nie pozostawała jej dłużna. Des patrzyła na nie, czując się jeszcze bardziej zagubiona. Prawe ramię, które wcześniej trzymała w uścisku Heather, było dziwnie niemrawe. Miała wrażenie, jakby straciła w nim częściowo czucie. Na dodatek znajome pieczenie policzka powróciło.
     Ale to nie było w tym wszystkim najdziwniejsze. Gdy popatrzyła w spokojne oczy Niebieskiej poczuła, że straciła władzę nad ciałem. Nie mogła odtrącić ręki Heather, kiedy ta jawnie z niej kpiła. Po prostu wciąż patrzyła w te niezwykle niebieskie oczy, powoli topiąc się w tęczówkach.
    Co to tak właściwie było? Jakim cudem Heather wkradła się do jej wspomnień?
    Des to coś przypominało. Tak postąpił pan Cromwell, kiedy chciał dowiedzieć się kim ona jest. Tylko wtedy tak nie bolało. Wręcz przeciwnie - to było uczucie, którego nie chciało się stracić. A to, co zrobiła Heather, sprawiało, że Destiny czuła się wykorzystana. Pozostawiona po części pusta i zagubiona.
     - Musimy porozmawiać - mruknęła Elena, na co Heather prychnęła.
     - O czym niby?
     Elena zacisnęła swoje dłonie w pięści. Zmrużyła oczy i popatrzyła na Heather wyzywająco. Po chwili nagle spojrzała na Destiny, która stała przed nimi, ledwie trzymając się na nogach. Wzrok Zielonej złagodniał.
     - Des, możesz nas zostawić samych?
     Destiny wzdrygnęła się i popatrzyła w górę. Elena patrzyła na nią z wyczekiwaniem. Kiwnęła delikatnie głową na znak, że będzie lepiej, jeżeli po prostu pójdzie.
    - T-tak... - wyjąkała Destiny. - Oczywiście.
    Obróciła się chwiejnie i postawiła stopę na kolejnym stopniu. Potem na kolejnych i kolejnych.Kiedy zeszła z ostatniego schodka, tłum pchnął ją jeszcze dalej.
       Rozejrzała się po sali. Z tej perspektywy wydawała się ona jeszcze większa. Des zadarła głowę wysoko w górę, próbując dostrzec sklepienie, które niestety ginęło w mroku. Kilkadziesiąt metrów niżej znajdował się rząd wydrążonych w skale ogromnych mosiężnych drzwi, które stały w równej od siebie odległości. Było ich przynajmniej dwadzieścia, jednak tylko część nich była otworzona na oścież. Niżej ich i obszernego balkonu znajdowały się schody. Były w niektórych miejscach zniszczone. Skała, z których wykuto stopnie była  gdzieniegdzie wyszczerbiona, tak samo jak ściany pomiędzy drzwiami. Jednak to w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało Des, która, pomimo lekkiego oszołomienia, była zachwycona tym miejscem. Lawirowała pomiędzy Zaprzysiężonymi, raz po raz wpadając na kilku. Kiedy wcześniej wydawało się jej, że ci patrzą na nią, teraz miała wrażenie, iż jest duchem. Nikt nawet nie patrzył na nią, idąc prosto  przed siebie. Większość Zaprzysiężonych górowała nad nią wzrostem i posturą. Niektórzy byli nawet wyżsi niż Nathaniel.     Nathaniel.
    Gdyby gdzieś tu był. To praktycznie jedyna osoba, prócz Eleny i profesora Cromwella, którą ona tutaj znała.
     Nagle coś ciężkiego wpadło na plecy Destiny, przytłaczając ją. Krzyk uwiązł jej w gardle, a Destiny wydawało się, że czas zwolnił. Spadała coraz niżej. Wyciągnęła mimowolnie ręce przed siebie i zamknęła oczy, oczekując na nieprzyjemne spotkanie z ziemią. Jednak upadek nie nastąpił. Po chwili na nowo otworzyła oczy, z niedowierzaniem patrząc na skałę, od której dzieliło ją kilkadziesiąt centymetrów. Kiedy natomiast zdała sobie sprawę, że ktoś mocno przyciska swoje dłonie do jej brzucha i klatki piersiowej straciła oddech.
    - Wszystko dobrze? - Usłyszała.
    Dłoń nieznajomego chwyciła ją za ramię niczym szmacianą lalkę, przekręcając Destiny na drugą stronę.
    Światło pochodni oślepiło Des, która zmrużyła oczy, ledwie widząc ciemny zarys postaci.  Kiedy jednak postać ta zakryła światło, dziewczyna oniemiała. Był to chłopak, najwidoczniej niewiele starszy od niej. Prawdopodobnie o rok lub o dwa lata. Jego oczy były piękne. Brązowe niczym liście drzew zmieniające barwę na brunatną. Nie były one może tak mocne jak u innych Zaprzysiężonych, ale wiedziała kim on jest. Wiedziała, że jest on Brązowym. Patrzył na nią z lekkim uśmiechem. Twarz miał posągową z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Śniada, opalona cera świetnie komponowała się z burzą czarnych jak atrament włosów. Lekko krzaczaste brwi niezwykle trafnie oprawiały jego oczy,  które Des mogła określić jednym słowem: orzechowe.
      Było w nich coś tajemniczego. Tak jakby skrywały jakąś tajemnicę.
      - Zapytam jeszcze raz. - Chłopak uśmiechnął się szerzej. Miał przyjazny uśmiech. - Wszystko dobrze?
      - T-tak - wyjąkała Des, mrugając szybko.
      - Świetnie - powiedział brunet. - A teraz, jeżeli można, muszę cię niestety postawić do pionu. Nie miałbym nic przeciwko trzymać cię tak dłużej, ale robimy widowisku na środku Notrum.
       W geście jakim wykonał było coś szarmanckiego. Trzymając jedną rękę na jej plecach, podał jej drugą. Kiedy pochwyciła jego dłoń, on zacisnął swoje palce delikatnie,  po czym wyprostował się i lekko dźwignął Destiny w górę. Uśmiechał się cały czas. Jednak nie robił tego tak jak Nathaniel, który wręcz emanował swoją sarkastyczną naturą. Brązowy wydawał się być najzwyczajniej w świecie przyjazny i miły.
       Coś nowego tutaj - pomyślała Des, patrząc uważnie na chłopaka.
       - Jesteś strasznie lekka - powiedział chłopak. - Przez chwilę miałem wrażenie, że wcale cię nie złapałem.
        Destiny poczuła, że robi się czerwona. Rozejrzała się dookoła, widząc, że niektórzy Zaprzysiężeni patrzą na nich.
       - Dziękuję za...
        - Za nie rozkwaszenie nosa o zimną skałę? Nie ma za co.- Dokończył za nią Brązowy i uniósł jedną brew w górę. - Nie przedstawiłem się. Jestem Drake Thore.
       - Destiny... Gray - powiedziała Des po chwili, czując niemiłe ukłucie w żołądku.
       Następnie Drake zrobił coś, czego dziewczyna w życiu się nie spodziewała. Posyłając jej spojrzenie spod swoich gęstych rzęs, pochylił się i podniósł jej dłoń. Pocałował ją, ledwie dotykając  skórę Des ustami.
      - Miło mi cię poznać, Destiny - szepnął chłopak, prostując się.
       Destiny zmroziło. Stała, patrząc na niego. Uczucie zagubienia i pustki zniknęło. Teraz jej serce biło jak oszalałe.
       - Tylko mój ojciec całował moją matkę w rękę - wypaliła bez namysłu.
       - Przypominam ci ojca? - Drake mrugnął. - Dzięki.
       - Ja... to znaczy....
       - Jesteś tą szarooką, o której wszyscy mówią? - Drake znów jej przerwał. Uśmiechnął się. - Wiesz, że to ja cię znalazłem? Leżałaś obok Agory, nie wiadomo skąd się wzięłaś.
       - Cóż... - Destiny uśmiechnęła się niemrawo - Więc uratowałeś mnie właśnie po raz drugi.
     
        ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
JEST KRÓTKI, ALE LEPSZE TO NIŻ NIC. 
CZYTASZ = KOMENTUJESZ!