sobota, 14 marca 2015

1.15. Uświęcone Grzechy

         

 Tereny Germanii, zima 168 roku

   - Alma. 
  Entylonia otwarła oczy i spojrzała na swojego sługę, który, zauważywszy jej ostre spojrzenie, spuścił głowę w dół i cofnął się ostentacyjnie. Dopiero teraz zorientowała się, że powóz, w którym się znajdowała stanął, a z drzwi otwartych przez jej famulusa*  zawiał zimny wiatr. Pani owinęła się szczelniej swoim wełnianym płaszczem i skinęła głową na młodą niańkę, która była obok niej. Ta zerwała się z siedzenia i przebiegła przez bennę do drobnego łóżeczka, na którym leżało małe zawiniątko. Po chwili rozległ się płacz dziecka, na co Entylonia przymknęła oczy i potarła ze zdenerwowania swoje skronie. 
   - Jakież wieści przynosisz, Klantonie? Dlaczego zatrzymaliśmy się w  podróży?
   - Pani - powiedział raz jeszcze sługa, kłaniając się czarnowłosej. - Dziewięć nocy dzieli nas jeszcze od opuszczenia kresów Germanii. Plemiona Fryzów, do których doszły pogłoski od podbitych przez nas Ubiów, pragną dołączyć do wielkiej chwały twojej, Najlitościwsza. Nie chcą krwawej walki.
   Entylonia odetchnęła głęboko i spojrzała na sługę, który patrzył wszędzie, byle nie prosto w oczy swojej władczyni. Po chwili uśmiechnęła się beznamiętnie i zaczęła podnosić się z siedzenia. 
     - A co z ludem Mionów? Gonią za naszym śladem?
     -  Z tego co zapowiedział twój inny sługa, a zarazem dowódca wojsk, Larton, plemiona dołączone do nas na obrzeżach wielkiej wody skutecznie odepchnęły ataki nieprzyjaciół.  Zaprzestali szukania naszej zguby od kilku miesięcy.
     - Nie zaprzestali. 
     Entylonia ruszyła wolnym krokiem przed siebie, prosto do młodej służki, która trzymała w rękach dziecko. Czarnooka na widok niemowlęcia skrzywiła się nieco i, obróciwszy się do nich plecami, spytała Klantona: 
    - Są jakieś wieści o tej całej wieszczce znad Dunaju? Dołączyła do nas?
   - Tak, pani. Dołączyłam.
    Na dziwnie skrzeczący kobiecy głos  Entylonia obróciła się w stronę drzwi. Jakieś kilka metrów od niej stała postać, którą ciężko było nazwać człowiekiem. Było to pokraczne stworzenie; przykurczone, ledwie dosięgające do pasa Entylonii. Na głowie miała coś na wzór gniazda dla ptaków. Mysie włosy poplecione w ogrom małych splotów potargane były przez liście i gałązki, które wydawały się jej wyrastać ze skóry. Twarz miała całą pomarszczoną, cudem odkrywającą brązowe oczy bez jakiejkolwiek bieli. W drobnej, powykrzywianej ręce dzierżyła większą od niej prostą laskę. Odziana w szatę  w kolorze zgniłej zieleni, która pobrudzona była błotem i czymś w kolorze czerwieni, uśmiechała się do władczyni przerażająco.  Odsłoniła swoje ostre zęby jak u rekina i spojrzała głodnym wzrokiem na młodego chłopca, który odsunął się od niej najdalej jak mógł. Na widok zachowania sługi władczyni, wieszczka prychnęła i zwróciła się z powrotem do Entylonii.
    - Jam jest Trantela znad Dunaju. Jedyna i ostatnia nieśmiertelna wieszczka z ludu Lanterańskiego, wymarłego setki lat temu. 
     - Witaj, Trantelo. - Entylonia wyprostowała się. - Szybko dotarłaś. 
     - Gdy zawiadomiono mnie, że nagroda będzie syta... - Trantela ukradkiem spojrzała na brązowowłosego chłopca - Ruszyłam najszybciej jak się dało.
     - Cóż za szkoda, że mój oddany goniec nie wrócił już z twojej krainy - powiedziała Entylonia wykrzywiając się mimowolnie. - Jednak to nie jest ważne. Musisz coś dla mnie zrobić.
      - Pochodzę z rejonów, w których obowiązywała zasada wybrania zapłaty w zamian za usługę. 
      Entylonia uśmiechnęła się.
      - Wybierz - powiedziała.
     Trantela mlasnęła swoim zielonym jęzorem, oglądając się po bennie. Zatrzymała się głodnym wzrokiem na dziewczynie, która w kącie powozu uspokajała cicho łkające dziecię. Na ten widok wieszczka potrząsnęła swoją małą główką, by następnie spojrzeć znów na chłopca kulącego się obok siedzenia swojej pani. 
     - Chcę jego - zaskrzeczała, oblizując usta. 
     Entylonia spojrzała na Klantona, który zbladł całkowicie i zaczął nerwowo kręcić głową.
     - Pani, błagam! - załkał, rzucając się u stóp Entylonii. - Uratuj mnie, pani!
     - Dobrze więc. - Entylonia cofnęła się spokojnie od Klantona, który jęknął żałośnie. - Oto twoja zapłata, Trantelo. 
     Wieszczka podeszła bliżej chłopaka i chwyciła go za szatę, ciągnąc  do siebie. Klanton krzyknął i zaczął drapać paznokciami drewnianą podłogę, przez co ogromny powóz zaczął się trząść. Niańka, siedząca na jego drugim końcu, zasłoniła ręką usta, by nie krzyknąć z przerażenia, natomiast Entylonia wyglądała, jakby oglądała jakieś świetne widowisko. 
     Kiedy jednak Klanton znalazł się wystarczająco blisko Trantelii, by poczuć jej niesamowity smród, Entylonia powiedziała:
     -Dosyć. On na końcu. Najpierw dziecko. 
     Trantela puściła go od niechcenia i bez słowa skierowała się w stronę niańki, która trzymała niemowlę. 
     - Co ty robisz, Trantelo? -  warknęła Entylonia.
     - Nie dowiem się kim ten bachor jest, dopóki go nie zobaczę. - Trantela podeszła bliżej dziewczyny z dzieckiem, która zamarła, przyciśnięta do ściany.
     Entylonia zacisnęła usta w wąską kreskę, patrząc uważnie na wieszczkę. 
     - Firen, pokaż jej moje dziecko - powiedziała.
     Niańka przełknęła głośno ślinę, a głośne bicie jej serca wydawało się być słyszalne w całej bennie. Po chwili wahania uklękła tuż przed Trantelą, na tyle blisko, by stworzenie mogło zobaczyć niemowlę. Ta natomiast, kiedy ledwie rzuciła okiem na córkę Entylonii, krzyknęła swoim skrzeczącym głosem i cofnęła się aż do drzwi, mówiąc w jakimś dziwacznym języku swoje modlitwy. 
     Entylonia zmarszczyła brwi. Zebrała w dłonie dół swojego płaszcza i przeszła obok kulącego się w sobie Klantona. Ukucnęła tuż przed przerażoną wieszczką, przyglądając się jej dokładnie. 
     - Cóż? - spytała, marszcząc brwi. 
     - Maledictus mali. Contritio! - krzyknęła Trantela, patrząc z przerażeniem na zawiniątko w rękach zdzwionej Firen. - Wcielenie zła, pani. Urodziłaś potwora. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

    Des po chwili parsknęła śmiechem, któremu zawtórowali inni zebrani. Słysząc śmiechy, brawa, a nawet gwizdy, Nate oderwał się od Heather, na co ta uśmiechnęła się szeroko, głaszcząc jego policzki obiema dłońmi.
     - Heather? - wykrztusił z siebie Nathaniel, marszcząc przy tym brwi. - Co ty do jasnej cholery robisz?
     - Tak dawno cię nie widziałam, Nate. - Brunetka przesunęła dłonie na jego barki, patrząc na niego z uwielbieniem. - Nie masz pojęcia jak bardzo te cztery miesiące były dla mnie piekłem.
     Nathaniel cofnął się od niej, omal nie zderzając się z Destiny.  Dopiero wtedy Heather na nią spojrzała, marszcząc przy tym brwi.
     - A ty to kto? - spytała, wciąż patrząc nienawistnym wzrokiem na Des.
     - Jestem.... - zaczęła dziewczyna, ale przerwał jej Nate.
     - Dlaczego mnie pocałowałaś? - warknął.
     Heather oniemiała, patrząc zdziwionym wzrokiem na blondyna. Podeszła bliżej niego i zaczęła coś mówić. Des natomiast cofnęła się od nich i rozejrzała się po sali.
     Była ogromna. Setki ludzi tłoczyło się w niej, rozmawiając lub trenując.Des dopiero teraz zauważyła, że cała jaskinia była podzielona na cztery segmenty.  Niektórzy trzymali w dłoniach różne bronie, począwszy od włóczni, a skończywszy na wielkich połyskujących mieczach. Atakowali nimi przeciwników, którzy bez żadnego uzbrojenia z łatwością uciekali przed ciosem. W tej, na którą patrzyła  trenowali praktycznie sami mężczyźni, z wyjątkiem kilku kobiet. Nikt tam nie rozmawiał - wszyscy wydawali się być poważni i skupieni na zadawaniu ciosów lub trenowaniu rzutów. Destiny przypominali oni Spartan, o których lubiała czytać lub słuchać na lekcjach historii prowadzonych w szkole niedaleko sierocińca. Jednak samo wyobrażenie nie mogło dorównać widokowi muskularnych postaci walczących ze sobą tak zaciekle.
       - To nasi żołnierze  - mruknęła Heather, zatrzymując się obok niej ze znudzoną miną. - Nie mają żadnych specjalnych zdolności, prócz samej przynależności do Zaprzysiężonych. Trenują więc jak prawdziwi wojownicy, ale jeżeli przyjdzie wojna stają oni w pierwszym rzędzie pewni swojej śmierci.
       Des zerknęła na nią ukradkiem. Niebieskie oczy odbijały światło wielkich pochodni,a  kręcone włosy idealnie układały się jej na ramionach, o czym Destiny mogła pomarzyć.  Śniada cera wydawała się być jeszcze ciemniejsza przez niezbyt jasne światło.
       - Gdzie Nathaniel? - spytała Des.
       - Przyszła Trey  i go zabrała. - Heather wydęła usta. - Cromwell chce z nim o czymś porozmawiać.
       Destiny pokiwała głową i znów spojrzała na salę. Tym razem patrzyła na drugi z lewej strony segment, w którym ludzie śmiali się i rozmawiali bardziej niż reszcie pozostałych stanowisk.
       - A to zielonoocy - wtrąciła się Heather. - To tacy jakby czarodzieje.
       - Nate powiedział, że nie ma magii.
       - Może źle się wyraziłam. - Brunetka przewróciła oczami.- Ale magia istnieje. Z niej powstaliśmy. Jednak nie ma już czarodziejów czy czarownic. Nigdy więcej. Zielonoocy są bardziej związani z magią niż inni Zaprzysiężeni. Potrafią przewidzieć przyszłość, wyczuć charakter ludzi, poczuć ich złość, gniew, strach czy szczęście. Osłabić ich i psychicznie skrzywdzić. Są potężni, ale nie niezniszczalni.
      Destiny przesunęła wzrokiem po śmiejących się Zaprzysiężonych. Wyglądali na miłych ludzi. Jak mogliby więc skrzywdzić kogoś?
      - A tam są brązowoocy. - Heather wskazała ręką na sąsiedni segment. - Zmiennokształtni.
   



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Miało być trochę więcej, ale rozdział wydawał mi się za długi (nie lubię takich) ;)
Mam nadzieję, że się podoba.
 Zapraszam do dołączenia: Grupa

    
     
    
   
  

sobota, 7 marca 2015

1.14. Bolesny Pocałunek


Nathaniel znów opierał się o drewniane ściany korytarza, tupiąc nogą z niecierpliwienia. Stał tuż obok drzwi do pokoju Destiny, na które zerkał co chwilę z nadzieją, że ta drobna szarooka istota w końcu wyjdzie. Chciał mieć już to za sobą. Pokazałby jej kilka sal treningowych i głównych pokoi,  a jeśli napatoczyłaby się gdzieś Elena oddałby jej dziewczynę i uciekł. Byłby  wolny i mógłby w końcu opuścić teren Agory i nie pokazywać się tam przez najbliższy miesiąc.
   Kiedy jednak przypomniał mu się obraz tej drobnej dziewczyny, która jeszcze zaledwie jakieś dziesięć minut temu patrzyła na niego ze zdziwieniem wymalowanym na jej delikatnej twarzy, uśmiechnął się.  Widok jej szarych jak hematyt oczu  zdawał się na trwale pozostać w pamięci. Jednak przez chwilę Nate'owi wydawało się, że całą jej szarość w spojrzeniu zalała ciemność, która zniknęła równie szybko co się pojawiła.
   Czyli po raz kolejny, pomyślał Nate, opierając się głową o zimną ścianę.
    Po chwili prychnął zdenerwowany. Wiedział, że nie może już nigdy więcej odejść. Został zobowiązany. Wydano na niego wyrok i nie może nic już z tym zrobić.
   A może jednak jest nadzieja? Nadzieja na..
    - W końcu - mruknął, kiedy zobaczył Destiny wychodzącą z pokoju.
    Spojrzała na niego spod lekko przymrużonych powiek i znów spuściła wzrok, gapiąc się prosto wpodłogę.  
    Bez wątpienia było jej głupio za poprzednią sytuacje - domyślił się blondyn.
    Z trudem ukrył swój uśmiech, starając się znowu nie przypomnieć sobie jej w samym ręczniku zaledwie kilka metrów od niego. Szczerze powiedziawszy dla niego też było to niezręczne. Mógł się przecież domyślić, że zastanie ją w takiej sytuacji! Przecież nie bez powodu Elena miała dla niej ubrania.  Tylko dlaczego mu o tym nie powiedziała?
    Nagle w umyśle Nathaniela mała żółta lampka zaczęła migać ostrzegawczym światłem.
    Ten mały magiczny rudzielec go oszukał!
    Nathaniel zacisnął dłonie w pięść, a kiedy Destiny odkaszlnęła znacząco zorientował się, że od kilku dobrych chwil muszą tu stać.
    - Ja...- zaczął i  znowu prychnął. - Po prostu chodźmy.
    Bez słowa więcej obrócił się na pięcie i ruszył korytarzem. Destiny - domyślając się, że ma za nim pójść - westchnęła zrezygnowana i pośpieszyła za nim.
    - Gdzie idziemy? - spytała, kiedy go dogoniła.
    - Pozwiedzać - mruknął.
    Był znacznie wyższy od niej. Choć wydawał się szczupły, to pod jego czarną koszulką wyraźnie zarysowane były mięśnie ramion i szeroka klatka piersiowa.  Niezbyt ostre rysy twarzy z połączeniem blond włosów, podobnych słonecznym kolorem do loków Des, nadawały mu zbytnio poważny wygląd. Niewątpliwie był przystojny, choć zdaniem Des wyglądałby on znacznie lepiej, gdyby tylko nie patrzył z wyższością  i odrazą na każdego, którego mijali. Szli korytarzem, który przypominał jej  raczej urocze, ale zarazem ogromne i rozległe mieszkanko hobbickie, o którym czytała w swojej ulubionej książce.
   Ciekawe czy mają tak ogromną spiżarnię jak u Bilba Bagginsa? - pomyślała i mimowolnie się uśmiechnęła.
   - O czym myślisz?
   Kiedy usłyszała chłodny i pełen rezerwy głos, podniosła głowę i napotkała wzrok Nathaniela. Patrzył na nią z uniesioną lewą brwią, oczekując aż ta mu w końcu odpowie.
   - O książkach. - Destiny wzruszyła ramionami. - Jeżeli nie wiem o czym mam myśleć, to myślę wtedy o książkach.
   - Interesujące - powiedział, a Des wydawało się, że jego głos przybrał nieco łagodniejszą barwę.
   Przyglądał się jej jeszcze chwilę, a  Destiny, czując się trochę nieswojo pod tym jego chabrowym spojrzeniem, założyła ręce na piersi i znów wbiła wzrok w podłogę. Chłopak, widząc to, odwrócił głowę lekko nią kręcąc.
    Korytarzy było tak wiele, że Des nie miała pojęcia jak to możliwe, że ci wszyscy ludzie, których mijała, a także sam Nathaniel się jeszcze nie zgubili. Chłopak natomiast z łatwością prowadził ją w coraz to kolejne przedsionki.
   - To iluzja - odpowiedział Nate na niewypowiedziane pytanie Destiny. - Tak naprawdę cały ten budynek jest wąski i strzelisty w górę.
   - Jak to możliwe? - Des zamrugała zdziwiona, omal się nie zatrzymując.
   - Z tego co wiem zostałaś podobno zaatakowana przez Entylonów i prawdopodobnie jesteś jedną z nas. - Blade spojrzał na nią. - Pytasz mnie więc jak to możliwe? Myślałem, że nic nie zdoła cię już zaskoczyć.
   - Wiesz, spotkałam w swoim życiu wiele dziwnych rzeczy, ale nadal mnie coś zaskakuje. Zwłaszcza jak spotykam dziwną rudowłosą dziewczynę, która mnie prześladuje, a za kilka dni budzi mnie w jakimś nieznanym  miejscu, próbując wcisnąć mi jakieś zioła.
   Destiny zatrzymała się i  spiorunowała go wzrokiem, zupełnie zapominając o jej wcześniejszym zażenowaniu w związku z ich wcześniejszym spotkaniem. Chłopak natomiast popatrzył na nią nieodgadniętym wzrokiem, a po chwili zaczął się śmiać.
   - Mówisz pewnie o tej rudej zołzie. - Nathaniel parsknął i uśmiechnął się szeroko. -  No tak ona na każdego tak działa. Nie chcesz wiedzieć, co się wydarzyło kiedy ja pierwszy raz ją spotkałem.
    - Ruda zołza? - powtórzyła Des, mrugając przy tym ze zdziwienia.
    - Nazywam ją tak, bo jest tak samo urocza jak wymiociny. - Nate znów ruszył wzdłuż korytarza, a za nim Des. - Mam jeszcze wiele innych dla niej przezwisk. Na przykład mała rudowłosa wiedźma, długonoga małpa, damska wersja Merlina... o, albo ,,kapitan  hokus-pokus"
     - Ona jest czarownicą?
     - Nie, skądże - powiedział Nate i zmarszczył brwi. - Nie ma takiego czegoś jak czarownica. Elena po prostu ma taki... charakter.
    - Nie wydaje mi się być jakoś szczególnie zła.
    - Bo jeszcze nie zalazłaś jej za skórę.
    Nate znów obdarował Destiny swoim prawie przyjaznym uśmiechem, na co ta nieśmiało także się uśmiechnęła.
     Później rozmowa przestała się kleić. Nathaniel zaczął jej opowiadać o historii Zaprzysiężonych, ale kiedy Des powiedziała mu, że profesor Cromwell raczył jej już o tym powiedzieć, wykrzywił usta i zamilkł. Mijali to coraz więcej osób, którzy patrzyli na Destiny z zainteresowaniem w oczach. Najwidoczniej informacja o niej już się rozeszła. Des przełknęła narastającą gulę w gardle i starała się nie zwracać na nich uwagi. Czuła się pomimo tego jak w pierwszym dniu szkoły w każdym miasteczku w jakim miała okazję przebywać. Doskonale pamiętała, jaką furorę zrobiła, kiedy państwo Mickney, którzy zajmowali się nią przez niecałe dwa miesiące, podstawili ją pod liceum w Toronto. Zainteresowanie jej osobą nie byłoby takie wielkie, gdyby nie fakt, że przy samym wejściu zaliczyła glebę, potykając się o niewidzialną przeszkodę. Pech chciał, że gdy chciała zamortyzować upadek chwyciła się pierwszej rzeczy jaką napotkały w swoim zasięgu jej ręce. W ten oto sposób zawiniła Mandy, miejscowej gwiazdeczce, na którą wylała przypadkiem milkshake. Kolejne tygodnie w tamtej szkole były udręką.
    Na wspomnienie tamtych czasów Des aż się wzdrygnęła. Zerknęła na przechodniów, którzy na szczęście przestali w końcu się na nią gapić. Patrzyli oni jednak na Nathaniela, który jak gdyby nic szedł prosto przed siebie.  Wzrok tychże ludzi był, delikatnie mówiąc, nieprzyjazny. Kilka osób szeptało coś między sobą, a Des doskonale słyszała jak często wypowiadają imię blondyna. Dopiero teraz  Destiny zorientowała się jak bardzo oczy Zaprzysiężonych były wyraziste - pełne głębokich barw, czyste i nienaturalne, a zarazem przyciągające.
      Destiny nie mogła oderwać od nich wzroku. Była pewna, że żaden zwykły człowiek nie mógłby mieć takich. Po chwili zdążyła już zauważyć, że ich kolory oczu powtarzają się. Niektórzy mieli spojrzenie jak Nathaniel; przesiąknięte błękitem niczym kwiat niezapominajki. Jeszcze inni oczarowywali ją głębią onieśmielającej, jednakże żywej zieleni. Jednak to brązowe oczy robiły na niej największe wrażenie. Wydawały się być najbardziej tajemnicze, a zarazem smutne. Pełne siły i powagi.
     - Jeżeli będziesz nadal się na nich tak gapić to pomyślą, że chcesz coś im zrobić - mruknął cicho Nate.
     Nagle skręcił w lewo. Znaleźli się w pustym korytarzu,  a  Des zauważyła, że na przeciwko ich stały wielkie mosiężne wrota.
    Do ich otwarcia potrzeba chyba kilkuset osób - pomyślała Destiny, patrząc na piękne ornamenty, które zdobiły drzwi. Nate bez słowa przeszedł korytarz i stanął przed nimi. Odwrócił głowę i spojrzał na Des, kiwając głową, aby do niego podeszła. Po chwili wahania znalazła się przy nim.
     - Tutaj trenujemy - powiedział, wskazując na pomieszczenie kryjące się za wrotami.
     Chwycił za duże koła po obu skrzydłach i szarpnął je mocno. Po chwili cofnął się, a drzwi zaczęły otwierać się same. Ich oczom ukazała się ogromna sala, która z powodzeniem mogłaby pomieścić tuzin boisk do koszykówki. Wszystko wydawało się być jakby wydrążone w skale, co było niezwykłym kontrastem w porównaniu z drewnianymi pokojami i korytarzami, w których wcześniej Des się znajdowała.      Kilkaset pochodni przymocowanych do ścian jaskini płonęło okazałym ogniem, który doskonale oświetlał całą salę i rzeszę ludzi znajdujących się w niej.  Des trudno było to wszystko ogarnąć wzrokiem. Nate natomiast, widząc oniemiałą minę Destiny uśmiechnął się.
    - Imponujące, prawda?
    Destiny przeniosła zdziwione spojrzenie na chłopaka. Jej zaskoczenie zmieniło się w grymas dezaprobaty.
    - Musisz się tak ciągle szczerzyć?
    - Po prostu lubię się uśmiechać. - Nathaniel uśmiechnął się jeszcze bardziej.
   - Gdyby to było przyjazne uśmiechanie się to bym to zrozumiała - powiedziała Des. - Jednak ty uśmiechasz się, żeby pokazać swoją sarkastyczną naturę i  pogardę do wszystkich, którzy cię otaczają.
     Nate przestał się uśmiechać. Zacisnął szczękę, a jego niebieskie oczy pociemniały.
     Destiny cofnęła się i przełknęła głośno  ślinę.
     - Nie wiesz o mnie nic co.... - zaczął.
      Nagle głośny pisk przeciął powietrze, sprawiając, że gwar tysiąca osób ucichł. Nathaniel obrócił się, a Des przeszedł dreszcz wywołany tym dziwnym dźwiękiem. Stanęła obok blondyna, a po chwili oczom jej i Nate'a ukazała brunetka, przepychająca się przez tłum.
      - Nate! - krzyknęła.
    Wpadła na chłopaka, przytulając go mocno. On natomiast, mocno zdezorientowany całą sytuacją, zdołał jedynie wykrztusić:
    - Heather?
    Des uniosła brwi. Patrzyła na Nathaniela, który stał jak sparaliżowany, podczas gdy brązowowłosa Heather coraz mocniej przytulała go do siebie, nie zwracając nawet uwagi na cały tłum, który z rozbawieniem na nich patrzył. Zamiast tego, ku zdziwieniu Destiny i wszystkich zebranych, po chwili namiętnie całowała Nate'a.
 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Rozdział, który z powodu pewnej grupki osób został przełożony, czeka teraz na Waszą opinię w komentarzach ;)
Pamiętajcie: Na wszelkie pytania w komentarzach lub na chacie zawsze odpowiadam, więc możecie śmiało pytać ;)
PS. Coś się stało? Zmalała liczba czytających...