sobota, 21 lutego 2015

1.13. Agora

   Nathaniel wypadł z gabinetu profesora Cromwella i skierował się wzdłuż korytarza z nadzieją, że gdzieś zza rogu wyłoni się Drake. Miał ochotę rozszarpać go na strzępy. Jak on mógł tak okłamać Jasira - jedyną osobę, którą Thore doceniał i której ufał przez te wszystkie lata? Nawet sam Nate czuł pewnego rodzaju szacunek do tego starca. Był to doświadczony Zaprzysiężony, zaprawiony w boju. Dzięki niemu wiele razy wojska Dahlii Wielkiej wygrywały starcia. Jedyne, co tego mężczyznę potrafiło zniszczyć to odebranie mu rodziny i kłamstwo osoby, z którą dzieli krew. Ciężko młodemu Blade'owi było okłamywać Cromwella bez zająknięcia się, patrząc prosto w jego lazurowe, dokładnie przeszywające spojrzeniem, oczy.
A ten młody zmiennokształtny bachor to perfidnie potrafił!  - pomyślał oburzony Nathaniel.
  Idąc głównym korytarzem, przeszukiwał spojrzeniem boczne przejścia, których było tak wiele, że Nate z trudem się w nich orientował nawet po tylu latach spędzonych na Agorze. Wszystkie korytarze wyglądały niemal identycznie; dębowa drewniana ściana i podłoga, na której wyłożony był długi dywan o bordowym kolorze, idealnie komponującym się z rozproszonym światłem lamp. Cały ten obraz dawał dziwne uczucie ciepła i miłości, niezmąconej żadną krwią, walką i śmiercią. Nathaniel jednak wiedział jaka Agora była naprawdę. Rządzona przez ludzi, dla których zarówno Zaprzysiężeni jak i Entyloni byli tylko pionkami w grze prowadzonej przez legendarne Siostry Stylionu. Jego zdaniem zarządcy tego miejsca oraz sama Święta Rada to nic innego jak tylko zło pod maską dobra, które potrafi zabić, gdy ktoś stwierdzi, że nie różni się niczym od klanu Entylonii.
   - Oczywiście - mruknął, kiedy rzucił okiem na kolejny korytarz.
  Ruszył szybkim krokiem w stronę trójki postaci, które blade światło lamp ledwie ich oświetlało. Z łatwością rozpoznał Drake'a, który obrócony był do niego plecami. Stał on  razem z dwójką ludzi, rozmawiając o czymś gorączkowo. Barczysty mężczyzna, znacznie wyższy od Thore'a, zacisnął usta w wąską kreskę, kiwając powoli głową. Spojrzał na niską, rudowłosą kobietę, która patrzyła gdzieś prosto przed siebie, nieobecnym wzrokiem.
  Karienna i  Rusell Trey.
  Kiedy rodzice Eleny zauważyli Nate'a, zamilkli, patrząc na niego wyzywająco. On jednak, nie zwracając uwagi na państwo Trey, chwycił jednym ruchem Thore'a za koszulkę i pchnął go na ścianę tak mocno, że wydawało się, iż cały korytarz zadrżał. W jednej sekundzie Blade znalazł się tuż przy nim, przyciskając go mocno do ściany.
  Drake zaczerpnął powietrza i spojrzał na chłopaka.
  - Miłe przywitanie - powiedział, uśmiechając się drwiąco.
  - Powiedziałeś Cromwell'owi, że posiadłość twoich rodziców należy do ciebie i chcesz oddać wszystko na rzecz Agory? - warknął Nate. - Ty idioto.
  Nagle coś szarpnęło Nathanielem tak mocno, że aż zatoczył się do tyłu, omal nie upadając. Tuż przed nim znalazł się pan Trey, a obok niego jego żona, która podeszła do Drake'a, sprawdzając czy wszystko z nim w
porządku.
  - Dobra, co tu się dzieje? - spytał Rusell, a jego doniosły głos rozbrzmiał  w pustym korytarzu.
  - To, że pozostawili rezydencję tobie nie oznacza, że będziesz nią rządził i rozkazywał mi jak mam żyć i co robić. - Drake przeszedł obok zdezorientowanej Karienny i, ignorując pytanie pana Trey'a, spojrzał gniewnym wzrokiem na blondyna. - Robiłeś to trzy miesiące i wyjechałeś. Dałem sobie sam rady. Nie chcę mieszkać w tym cholernym domu i wolę oddać go Agorze i Radzie, niż pozwolić żebyś ty go niszczył. Ciekawe czemu ci na nim tak zależy.
   Nate spiorunował go wzrokiem, a potem zerknął na państwo Trey, którzy patrzyli na nich obu, nie wiedząc co zrobić. Rusell podrapał się po swojej gęstej i czarnej jak smoła brodzie, spoglądając niepewnie na Kariennę, która odetchnęła głęboko. Jej włosy były niemal identyczne jak u córki, natomiast jej śniada cera sugerowała, że pochodzi z ciepłej, pełnej słońca Hiszpanii. Była ona nadwyraz spokojną kobietą, która nawet w najgorszych sytuacjach potrafiła zachować spokój. Jej piękne, morskie oczy nigdy nie patrzyły na nikogo z wyższością lub odrazą. Na nikogo, prócz Nathaniela.
  Natomiast Rusell, jej mąż, był człowiekiem o wybuchowej i nerwowej osobowości, która doskonale się sprawdzała podczas walk z Entylonami. Był cenionym Zaprzysiężonym, który swoją siłą i odwagą nie raz pokazywał siłę klanu Dahlii. On, jednak, w przeciwieństwie do Karienny żywił otwartą niechęć do Blade'a odkąd tego oskarżono o zdradę rasy.
     Nathaniel zamknął oczy, a gdy znów je otworzył spojrzał na Drake'a i powiedział jak najspokojniejszym głosem:
    - Bez mojej zgody nie kiwniesz nawet palcem w sprawie domu.
    Uśmiechnął się znów swoim lekceważącym uśmieszkiem i odszedł, zostawiając całą trójkę samą.



     Gdy drzwi za profesorem Cromwellem się zamknęły, Destiny zrzuciła z siebie  kołdrę. Postawiła delikatnie stopy na zimnej, drewnianej podłodze z obawą co do zranionej nogi. Wstała powoli, chwiejąc się lekko. Oparła się lampkę nocną, która lekko się przechyliła. Dopiero wtedy Destiny zorientowała się, co ma na sobie. Zbyt dziecinna różowa piżama w serduszka była na nią za krótka w rękawach, natomiast dół piżamy odsłaniał jej kostki i część łydek. Des skrzywiła się na ten widok i zaczęła się rozglądać po pokoju z nadzieją, że napotka wzrokiem swoje ubrania lub cokolwiek, co mogłoby się nadawać do zamiany ubrania.
     - Co ty robisz?
     Des zerknęła w stronę wejścia i zobaczyła Elenę, która z głową przechyloną lekko w bok przyglądała się poczynaniom dziewczyny.
     - Fajne ubranko tak przy okazji - dodała, uśmiechając się przy tym.
     - Mogę wiedzieć, kto mnie w to coś ubrał? I gdzie są moje ubrania?
     - Piżamę zawdzięczasz mnie. - Elena zatrzasnęła drzwi. - Należy do mojej młodszej siostry, która posturą jest niemalże taka sama jak ty. Rzeczy, które nosiłaś przed tym jak cię znaleźliśmy ciężko nazwać teraz ubraniami.
     Destiny westchnęła i  spojrzała zrezygnowanym wzrokiem na rudowłosą.
     - Masz jakieś ubrania?
     - Oczywiście. Pójdę do Laurie i może coś dla ciebie znajdzie - odpowiedziała Elena i wskazała na drzwi obok. - Och, tu jest łazienka. Możesz się odświeżyć. Przyjdę wkrótce i oprowadzę cię po Agorze.
     Uśmiechnęła się do Des, na to ca pokiwała głową i odwzajemniła nieśmiało uśmiech.
     

 
    Po dziesięciu minutach czekania przed pokoikiem Laurie - starszej kobiety, która zajmuje się utrzymywaniem czystości w domkach i zapewnieniu dostatku przybywającym Zaprzysiężonym, Elena weszła do głównego domu Agory i ruszyła nieśpiesznym krokiem w stronę pokoju Destiny. Doprawdy, nie wiedziała, co myśleć już o Drake'u. Według niej zmienił się on, odkąd jego rodzice odeszli. Niegdyś był szczęśliwszy i bardziej poukładany. Wiedział czego chce. A teraz? Teraz zmieniał zdanie co kilka minut i to właśnie doprowadzało Elenę do złości. Kilka miesięcy temu, tuż przed jego wyjazdem do Alabamy, dał jej jasno do zrozumienia, że nic do niej nie czuje.
   Że to była pomyłka.
   Dziewczyna z trudem przełknęła dziwną gulę w gardle. Czyli była pomyłką? Decyzją, która okazała się okropnym błędem?
   Zwalczyła łzy, które napłynęły jej do oczu i spojrzała prosto przed siebie. Zatrzymała się zdziwiona. Tuż przed drzwiami do pokoju Destiny stał Nate, który opierał się o ścianę, jak to miał już  zresztą w zwyczaju. Patrzył prosto w podłogę, marszcząc przy tym brwi. Wydawał się być zamyślony.
   - Nathaniel? - Głos Eleny wyrwał go z zadumy. - Co ty tu robisz?
   Uniósł wzrok, zaszczycając ją krótkim spojrzeniem, a potem zerknął na drzwi obok
   - Cromwell kazał mi oprowadzić tą nową - powiedział. - Nie wiem czy można wejść.
   - I dlatego nadwyrężasz te swoje głupiutkie szare komórki, bo nie jesteś pewien czy wejść? - Elena prychnęła. - Jak to Jasir ci kazał?
   - Tak po prostu. No więc? Można?
   - Spotkałeś się z nim? Kiedy? Myślałem, że byłeś u moich rodziców.
   - A tak, na nich też się natknąłem. - Nate wzruszył ramionami. - Najwyraźniej lubią mnie tak jak zawsze.
    Popatrzył na mały stosik, który trzymała Elena i uniósł brwi.
   - Po co ci te ubrania?
    - Ta nowa potrzebuje jakiś ubrań. Zaoferowałam, że jej jakieś przyniosę.
   - Dam jej to - powiedział Nate. - I tak muszę ją oprowadzić
    - Od kiedy jesteś tak posłuszny Jasir'owi?
    - Próbuję być miły - powiedział chłopak, a słysząc parsknięcie Eleny, dodał: - Do czasu.
    Elena, powstrzymując uśmiech, podawała mu ubrania.
    - Bądź choć trochę przyjazny - powiedziała.

    Po niecałych kilkunastu minutach spędzonych w łazience, Destiny czuła, że zmyła w końcu z siebie to dziwne napięcie i bezsilność. Czuła się lepiej. Na tyle lepiej, ile może się czuć osoba, którą goniły dziwaczne stwory, podczas gdy jej adoptowanych rodziców zabijano. Nie miała ochoty ubierać tej dziecięcej piżamy, więc, nie mając nic lepszego do ubrania, owinęła się ręcznikiem. Pchnęła wyjątkowo ciężkie drzwi i weszła do swojego pokoju. Przeszła przez pokój, czując pod stopami przyjemny chłód. Otwarła drewnianą szafę z bogato zdobionymi  drzwiczkami i westchnęła zrezygnowana.
   Pusto.
   Po co im takie szafy, skoro nie ma w nich ubrań? - pomyślała zirytowana.
   Ciche odkaszlnięcie z tyłu spowodowało, że zmroziło jej krew. Obróciła się powoli i cała zbladła.
    - O mój Boże - powiedziała po kilku minutach gapienia się na postać, stojącą tuż przed nią.
    - Gdybym był wierzący powiedziałbym to samo.
   Blondyn uśmiechnął się, lustrując ją wzrokiem od stóp aż do jej zdziwionego spojrzenia. Po chwili Destiny zorientowała się, że ma tylko na sobie ręcznik. Cofnęła się, poprawiając się. Miała ochotę stąd uciec.  Chłopak  natomiast uśmiechnął się pod nosem i odwrócił wzrok, zmuszając się do nie patrzenia na Des.
  - Czy my się przypadkiem nie znamy? - spytała Des, rumieniąc się.
  - Miałem... przyjemność podwieźć cię kilka dni temu - odpowiedział, po czym zacisnął usta w wąską kreskę, by nie roześmiać cię  z tej całej zaistniałej sytuacji.
  - Nathaniel? Co ty tu robisz?
  - Cóż, stoję tu, próbując wyjść całej tej żenującej sytuacji z jak największą gracją - powiedział Nate, patrząc wszędzie, byle nie na nią.  - Nie zrobię tego dopóki nie weźmiesz ode mnie tych cholernych ubrań, a ja wyjdę stąd i poczekam za drzwiami.
 - Możesz je po prostu zostawić na łóżku.
 Nate zamrugał i przeniósł zdziwione spojrzenie na łózko obok.
- No tak, rzeczywiście.



···························
Proszę, nie bijcie za tak marny rozdział!

Kilka ogłoszeń parafialnych dotyczących "Zaprzysiężonych" :
1. Raju... jestem tu i publikuję od początku listopada. Do tej pory pojawiło się już.... ponad 500 komentarzy i 157 obserwujących! Wow, to naprawdę sporo. Dziękuję Wam z całego serca za to, że czytacie i komentujecie.
2. Na pierwszą część "Zaprzysiężonych" mam zaplanowane około 40 rozdziałów, więc będzie co czytać. Planuję trylogię i mam już gotową całą historię. Pozostaje tylko przelać to na papier lub tutaj i publikować.
3. Fanpage: Zaprzysiężeni
Email: zaprzysiezeni498@interia.pl
4.Zawsze staram się przeczytać i odpowiedzieć na Wasze komentarze, więc możecie dawać propozycje utworów, które Waszym zdaniem świetnie pasowałyby do bloga. No wiecie, muzyki nigdy za dużo ! ;)

Pozdrawiam...
;)

O, JESZCZE JEDNO! <---- WAŻNE
Każdy, kto czyta bloga proszony jest o skomentowanie tego rozdziału. Chciałabym się zorientować ile jest czytelników ;) Nie musicie pisać nie wiadomo jak długich komentarzy, wystarczy napisać coś w stylu "Czytam" lub coś podobnego ;)

sobota, 7 lutego 2015

1.12. Pakt Krwi

   

Płomień pochodni, który wcześniej przerażał Mionów swoją wielkością, powoli przygasał. Cała jaskinia niemal opustoszała, a mrok zaczął opanowywać każdy jej milimetr. Jedynie kilka ostatnich świec broniło ołtarza przed pochłonięciem przez ciemność. Na środku jego stała Dahlia, która jako jedyna nie poszła żegnać Gedrona. Stała przed ścianą skalną i patrzyła na runy. Nawet one zdawały się być już jej posłuszne. Gdy miała zaledwie dziesięć lat, przychodziła do jaskini razem z siostrą i przyglądała się tym symbolom. Chciała odkryć ich tajemnicę, dowiedzieć, co kryją w sobie. Nawet bała się ich. A teraz? Teraz bała się tego, co nadejdzie. Wiedziała przed kim musi bronić swój lud. 
    Westchnęła, kiedy usłyszała ciche kroki za sobą. 
   - Oczekiwałam na twoje dzisiejsze przybycie - powiedziała, odwracając się. - Witaj, Entylonio. 
   Po chwili z mroku wyłoniła się młoda kobieta. Czarne jak smoła włosy odbijały blask świec i pochodni, a ostre rysy bladej twarzy nadawały jej jeszcze upiorniejszy wygląd.  Szara suknia, która kolorem była niemal taka sama jak oczy kobiety wyraźnie opinała jej zaokrąglony brzuch. 
   Entylonia uśmiechnęła się. 
  - Jakbym mogła zapomnieć o tak ważnej uroczystości dla ciebie? Dla nas?  - spytała.
  Dahlia zmierzyła ją wzrokiem, zatrzymując się dłużej na  brzuchu siostry. 
   - Widzę, iż twoje dziecko przywita nas wkrótce - powiedziała z odrazą w głosie. - Ciekawa jestem jego przeznaczenia. 
   - Czas jego nadejścia  zbliża się - odparła Entylonia spokojnie. - Przeznaczeniem dziecka jest natomiast rządzić z matką swoją. 
   - Życzę ci siostro, aby Duch przebaczył ci i dał czego zapragniesz. Jednak nie widzę tego, czym rządzić zamierzasz. 
   - Masz to u swoich stóp, Dahlio - warknęła Entylonia. - Pytasz mnie jeszcze, że tego nie widzisz? 
   - Mnie to jest dane, nie tobie. 
   Wzrok Entylonii pociemniał.
   - Mnie to odebrano - powiedziała. - Pozbawiono szansy. 
   - Ojciec nie wygnał cię dlatego, że zadałaś się z jakimś chłopstwem - rzekła Dahlia, domyślając się, co miała na myśli siostra. - Dobrze wiedziałaś, że nie mogłyśmy przejąć obie władzy, a Gedron musiał zdecydować, którą wybrać. Twoje  dziecko było tylko pretekstem, by wybrać mnie. Pogódź się z przegraną, tak jak Mionowie pogodzili się potrzebą zostawienia tych ziem. 
   - Szkoda, że obarczono ich kolejnym problemem i stratą. Wystarczająco się nacierpieli ze strony Celtów. Gedron źle postąpił. - Entylonia uśmiechnęła się. - Cóż, trochę to bezsensu, że skłamał o mnie. Czyż nie? 
   - Na tyle cię miłował, aby nie wydać ciebie na całkowite zhańbienie. Wszelkie kłamstwo jest już lepsze od tego co ty zrobiłaś. - Usta Dahli zadrżały z gniewu. - Proszę, abyś opuściła Inisheer, zanim spotka cię kara ze strony Mionów i mojej. 
   - Jeżeli się nie mylę cały nasz lud pali ciało naszego kłamliwego ojca. Żegnają go jako wielkiego przywódcę i wzorowego Miona. Te jego czary i  wielkie przemówienia, które potrafiły poruszyć do walki setki serc śmiertelników.... - Entylonia roześmiała się sucho i weszła po schodkach na wielki ołtarz. - Zawsze mnie bawiły. Zakończył swój długi żywot niezbyt wspaniale, a mógł żyć dłużej.Oddał całą swoją moc, swój najcenniejszy skarb, na rzecz Dziecka Stylionu, umierając w jakieś marnej jaskini. Poświęcił się dla dobra swojego ludu, rodu. Nie wiedział, jakim błędem będzie danie go tobie. 
   Zatrzymała się tuż przed Dahlią. 
   - Ja ten błąd częściowo naprawię - wyszeptała, patrząc w oczy siostrze.
   Zimne ostrze wbiło się w brzuch Dahlii, na co ta otwarła usta. Spojrzała na Entylonię zdziwionym wzrokiem, próbując coś wykrztusić. Czarnowłosa uśmiechnęła się na ten widok. 
  - Gedron, nasz kochany staruch, popełnił błąd tworząc drugi sztylet i pozostawiając go w swoim domostwie - powiedziała Entylonia, przytrzymując ciało siostry w pionie. 
   - Ty... - zaczęła władczyni Mionów, ale resztę zdania zalała fala krwi. 
   - Póki nie spłonie ostatnia cząsteczka naszego ojca nie umrzesz w tym obrządku - wyszeptała Entylonia do ucha siostry. - Jesteś bezsilna, Dahlio. Nie możesz mnie wygnać, ukarać czy zniszczyć. Jesteś  równie śmiertelna, co ja. Jeszcze. Już wkrótce ty i ja staniemy się najsilniejszymi ludźmi na świecie. W nowym świecie. Krąg dzięki twojej krwi znów się dopełni. 
  Entylonia pocałowała siostrę w policzek i wyciągnęła ostrze. Dahlia upadła na podłogę, dławiąc się krwią, a na jej białej sukni szkarłatna plama zaczęła się coraz bardziej rozrastać. Entylonia natomiast zadrasnęła się sztyletem w wnętrze prawej dłoni i ścisnęła ją w pięść tak mocno, że po chwili zaczęła skapywać na posadzkę ołtarza nowa, jasnoczerwona krew.  
   - Odbieram to co moje, siostro - powiedziała. - I choćbym miała toczyć z tobą wieczną wojnę, nie poddam się. Nie tylko ja byłam przeciwna ojcu i jego wiary w przyszłość Mionów. Stworzę własny ród. 
   Dahlia krzyknęła z bólu, a całą jaskinię znów zalało światło pochodni. Krąg zapłonął białym ogniem, a Entylonia upadła na kolana obok Dahlii. 
   - Beid an domhann aguso an chumh u bhain lain dom. 
  Głos  Entylonii zagłuszył jedynie krzyk Dahlii, która zaczęła zwijać się z bólu. Ból jaki odczuwała był nie do opisania. Czuła, jakby jej ciało płonęło żywcem, a rana po pchnięciu sztyletem sypana była solą. Ledwie słyszała ciche mówienie Entylonii, która powtarzała staro-irlandzkie  zaklęcie jak mantrę. 
   Nagle wszystko ustało. Ciało Dahlii znieruchomiało. Pochodnie zgasły, pogrążając Entylonię w ciemności,  która oczekiwała. 
   Jednak nie stało się nic. Nic, prócz tego, że dziecko w jej łonie zaczęło się poruszać, powodując otępiający ból. Czuła, jak odeszły jej wody. 
  Osunęła się na ziemię i ostatnie co zobaczyła to zamglony wzrok Dahlii, która leżała tuż obok niej. 



     - Usiądź, Nathanielu.
    Cromwell wskazał zachęcającym gestem na fotel przed swoim biurkiem. Znajdowali się w jego gabinecie, miejscu, gdzie on sprawował pełną władzę. Cały pokój był dokładnie tak samo urządzony jak wszystkie inne pomieszczenia na terenie Agory. Wszystko wyłożone było jasnym drewnem, przez co pokój wydawał się być większy. Kominek, w którym praktycznie cały czas płonął ogień, był przywalony stertą poniszczonych i zżółkłych ksiąg napisanych w wielu językach. Kilka półek i szaf także wypełnionych książkami były, według profesora,  na swój sposób ozdobą. Naprzeciwko biurka Cromwella znajdowały się kolejne drzwi, prowadzące do jego sypialni, równie mocno zatłoczonej drukiem jak miejsce, w którym teraz stał Nate. Zmarszczył on brwi i po chwili wahania usiadł. Spojrzał na Jasira oczekująco.
   - No więc? - spytał. - Po co kazałeś mi tyle czekać?
   - Chodzi o Drake'a.
   - Tak? Co znowu zrobił?
   - Nic nie zrobił - powiedział profesor. - Tylko raczej co powiedział i co zamierza zrobić.
   - Niech zgadnę - mruknął Nathaniel. - Chce być jak najdalej ode mnie i zamierza wykopać mnie ze swojego domu, tak?
   Cromwell zamilkł przyglądając się dokładniej chłopakowi. Nate też patrzył na niego spokojnym wzrokiem swoich niebieskich oczu, jakby był zupełnie niewzruszony.  Po chwili uśmiechnął się pogardliwie.
    - Jeśli nawet mnie wyrzuci to zawsze mogę zamieszkać tutaj, na Agorze - oświadczył Blade. - Stąd nie można mnie wyrzucić. Rada o to zadba, profesorze.
    - Nie interesują mnie umowy pomiędzy tobą a Radą, chłopcze - odrzekł spokojnym głosem Jasir. - Nie dałeś mi też dokończyć. To Drake będzie chciał wyprowadzić się z domu. Ma zamiar pozostawić cały spadek po rodzicach tobie.
    - Myśli, że da sobie sam radę? - prychnął blondyn. - Nie przeżyje tygodnia.
    - Chyba zapomniałeś, że dawał sobie radę sam przez ostatnie trzy miesiące, podczas gdy ty próbowałeś uniknąć śmierci za zdradę. Poza tym jest w całkiem podobnej sytuacji, co ty w jego wieku.
    - Ja dawałem sobie radę, bo byłem przyzwyczajony do tego - warknął Nate. - On natomiast przez całe życie miał poczucie bezpieczeństwa i tego, że rodzice mu wszystko zapewnią. Tym się różnimy.
   Nate wstał i skierował się w stronę brązowych drzwi.
   - Wiem, że spotkałeś Destiny tego samego dnia, kiedy ją znaleźliśmy.
   Chłopak znieruchomiał z dłonią położoną na drzwiach. Odwrócił powoli głowę w stronę profesora.
   - Skąd pan to może wiedzieć?
   - Znasz mnie, Nathanielu. Nie jestem byle kim.
   - Co... co z nią? - spytał cicho chłopak.
   - Wszystko w porządku. - Cromwell zmarszczył brwi. - Dlaczego nam o tym nie powiedziałeś?
   Nate parsknął i całkiem obrócił się w stronę profesora.
   - A skąd mogłem wiedzieć, że jeszcze tego samego dnia będzie atakowana przez kilku Entylonów? - powiedział, wzruszając ramionami. - Ma szczęście, że zdołała uciec.
   - Ona sama nie uciekła - powiedział Jasir.
   - To jak?
   - Dowiem się tego, Nathanielu. Wcześniej czy później - rzekł profesor. - A co do Drake'a... powinieneś z nim porozmawiać. Och, ktoś też powinien oprowadzić naszą Destiny po Agorze.
   - Mam się nią zająć? - Nate zamrugał.
   - Inaczej bym ci o tym nie mówił, prawda?





~~~~~~
Tak, tak... wiem. Znowu spóźniona....
Przepraszam...

Zapraszam na:  Fanpage