piątek, 30 stycznia 2015

1.11. Całe Moje Błogosławieństwo



  Wyspy Aran, rok 167. 
    
   Długie stalagmity, przylegające do stropu jaskini straszyły swoim ostrym zakończeniem przybywających do wnętrza ludzi. Całą grotę oświetlały setki pochodni, dzięki czemu była ona doskonale widoczna. Oczom przybyłego tłumu ukazał się olbrzymi ołtarz wykłuty dziesiątkami rąk ludzkich z masywnego bloku skalnego. U jego stóp mieszkańcy jednej z trzech wyspy Aranu, wyspy Inisheer, zauważyli mężczyznę, który klęczał, odrócony plecami do nich. Kiedy wszyscy się zebrali, mężczyzna wstał powoli i obrócił głowę. 
   Gedron - domyślili się wszyscy.
   Wyglądem przypominał mężczyznę  w wieku około czterdziestu lat. Spory zarost  okalał mu całą brodę i szyję, natomiast brązowe włosy sięgały mu do ramion.  Ubrany w ciemnozieloną, obszerną szatę, wydawał się być jeszcze chudszy niż w rzeczywistości. Każdy, kto nie znał go, pomyślałby, że to zwykły człowiek. Jednak każdy należący do jego ludu, wiedział jak było naprawdę. 
    Nie był zwykły, to było pewne. 
    Po chwili rozległ się jego chrypliwy głos.
   - My, lud Mionów - wielcy i objęci chwałą boską,  jesteśmy obdarowani kolejnym darem od Ducha - rzekł. -  Oto dziewiątego dnia dziewiątego miesiąca Stylion, podczas pełnej tarczy białego słońca,  narodziły się nam te, które zostały przekazane jako przyszłe matrony mające przewodzić naszemu światu. Słońce i księżyc zbiegły się ze sobą tejże nocy i dały nam dziecięta z gwiazdą stylionską naznaczone, niczym Piktowie swoimi malunkami na ciele.  Tak te siostry niebliźniacze zostały oddane wprost między nas, pokornych sług Ducha naszego. Niestety wielka na nas zeszła krzywda, która karą za nasze przewinienia była. Jedno z dziewcząt stylionskich, mając niecałe kilkanaście wiosen i zim ukończone, z zarazy okrutnej padło, opuszczając nas zasmuconych. Została nam jedna jedyna, którą tu oto widzicie.  
    Mężczyzna umilkł. Spojrzał na dziewczynę, która ubrana w białą szatę klęczała na wyłożonym zimnym kamieniem ołtarzu, znajdującym się pośrodku jaskini. Migotliwe światło wielu pochodni padało na  mlecznobiałą twarz dziewczyny. Kasztanowe włosy, które były zaplecione w dwa długie warkocze, sięgały jej aż do  posadzki, a duże, niezwykle żółte oczy skierowane były prosto przed siebie w spokojnym, a zarazem oczekującym spojrzeniu, zupełnie jakby nie zauważała tłumu, który przed nią stał. Nie miała na sobie żadnych drogocennych kamieni, które mogłyby nadać jej urodzie jeszcze więcej blasku. Zamiast tego na jej wyraźnie zarysowanych obojczykach widniało wielkie znamię w kształcie półgwiazdy o trzech rogach, z których najdłuższe sięgało jej aż do podbródka, przecinając szyję wzdłuż. Dwa natomiast wydawały się sięgać aż do pleców. 
    Mężczyzna  przeszedł przez ołtarz i zatrzymał się u stóp małego bloku skalnego,w którym wyryte były runy. Były one proste, bez żadnych upiększających ich zawijasów. Biła od nich moc tak wielka, że nawet dzieci, stojące w ostatnich rzędach tłumu, czuły w powietrzu magię, która nakazywała im zachować powagę.  Kiedy przywódca znów obrócił się twarzą w stronę Mionów, ich oczom ukazał się krótki sztylet. Połysk ostrza, sugerował doskonałość cięcia, a prosta rękojeść dawała mylne wrażenie o zwykłości narzędzia.
    - Dożyłem dwustu lat, oczekując chwili, kiedy w końcu nasza prośba zostanie wysłuchana - rzekł mężczyzna i popatrzył na zebranych.  -  Choć teraz musicie przyjąć przegraną i rozpierzchnąć się w świat, będziecie bezpieczni.  Dahlia, moja ukochana córka, a zarazem dziecko Stylionu, jest gotowa przejąć brzemię, jakim jest przetrwanie naszej tajemnicy. Bądźcie dumni, Mionowie. Bądźcie dumni, że staniecie się strażnikami nowego, nadchodzącego świata. Rządzić nim będziecie z Dahlią na czele. Wasza siła i zdolności równych mieć nie będą, a lud, który stworzycie czasu zagłady nie dosięgnie.  Tak samo wielka będzie dobroć wasza. Jedyne, co może zgubić was i pokolenie wasze, to grzechy zwykłych ludzi, które wchłonąć mogą każdego. Strzeżcie się więc i zaprzysięgnijcie wiarę i oddanie Dahli. Taka wola moja i Ducha.
     W tłumie zapanował spokój. Każdy z zebranych z zaciekawieniem patrzył, jak Gedron podszedł do Dahli, niosąc przed sobą sztylet z jak największym szacunkiem. Stanąwszy za nią, chwycił w lewą dłoń ostrze i naciął sobie prawy nadgarstek tak mocno, że po chwili pojawiła się ciemnoczerwona krew, której pozwolił swobodnie skapywać na posadzkę obok Dahli. Kiedy mężczyzna położył narzędzie na wyciągniętych dłoniach Dahli, ta zacisnęła na nim palce, zakrywając w ten sposób go prawie całego. Z ust mężczyzny zaczęła wypływać litania słów w staroirlandzkim języku. Po niecałej sekundzie pochodnie buchnęły niesamowitym ogniem, który dosięgał prawie stropu jaskini. Fala gorąca zalała Mionów, którzy stłoczyli się blisko siebie, przerażeni.
   Nikt nie zauważył, jak po chwili Dahlia zrobiła to samo co jej ojciec, domykając w ten sposób krąg. 
   Nikt, prócz drugiego dziecka Stylionu, Entylonii. 



             ~~****~~

   Elena zatrzasnęła za sobą drzwi do pokoju i westchnęła. Czuła się dziwnie, widząc Destiny na Agorze, w miejscu tylko i wyłącznie dla Zaprzysiężonych. Dotąd uważała Des za zwyczajną nastolatkę, która po prostu dostała złe karty od życia na samym początku. Jednak już podczas tego pierwszego dnia szkoły Elena wyczuła w dziewczynie coś niezwykłego. Upewniała się w tym coraz bardziej za każdym razem, gdy widziała Des. A tego zeszłego wieczoru, kiedy znaleziono nieprzytomne ciało Destiny tuż przed jednym z pierwszych domków na Agorze,  Trey nie miała żadnych wątpliwości.
    Ta dziewczyna musi być jedną z nas - pomyślała rudowłosa, wrzucając mokrą szmatkę do miski z wodą, która zdążyła przybrać już różową barwę od krwi.
    - Jak ona się czuje?
    Elena obróciła głowę i zobaczyła Drake'a, który stał kilka metrów od niej. Opierał się o ścianę wyłożoną jasnym drewnem i przypatrywał się Elenie. Uśmiechał się przy tym pod nosem.
    - Zagubiona, zła i przestraszona - mruknęła dziewczyna. - Zupełnie jak ty w towarzystwie dziewcząt.
    - Zabawne, Trey. - Drake podszedł kilka kroków bliżej. - To jest właśnie to, co lubię najbardziej w tobie. Twój sarkazm. Jest prawie tak wielki jak twoje ego.
    Elena spiorunowała go wzrokiem i prychnęła lekceważąco.
    - Nie będę się wdawać w tą idiotyczną pogawędkę.
    Już miała go minąć i odejść, gdy poczuła, że chłopak chwycił ją za ramię, powstrzymując w ten sposób.
    - Chciałem przeprosić - powiedział. - Za tę sytuację w lesie.
    - Przepraszasz mnie obrażając?
    - Sama zaczęłaś.
    Elena przewróciła oczami.
    - Nadal nie przeprosiłeś.
    - Więc przepraszam.
    - Mogłeś to zrobić wcześniej.
    - Robię to teraz.
    - To nie ma sensu - zauważyła Elena.
    - Doprawdy, brakuje mi tylko popcornu. Jesteście lepsi od tych całych hiszpańskich telenoweli.
    Drake puścił Elenę, zaciskając usta w wąską kreskę. Obrócił się w stronę Nathaniela, który stał za nimi, zupełnie w tej samej pozie, co Thore kilka minut wcześniej.  Jego blond włosy sterczały we wszystkie strony, ułożone w ten sposób zapewne przez wiatr, a na jego butach Drake zauważył ślady błota. Musiał gdzieś chodzić - pomyślał Drake.
    - Nie widziałem cię cały dzień i miałem nadzieję nie ujrzeć twojej barbie czupryny aż do przynajmniej jutra - powiedział Drake. - Wiedziałem jednak, że się stęsknisz.
    - Wybacz, że Cromwell chce się ze mną widzieć.
    Nate posłał mu wymowne spojrzenie, a kiedy napotkał wzrokiem Elenę dodał:
    - Wiesz, gdzie jest Jasir?
    - Jest zajęty - mruknęła Elena. - Może mógłbyś najpierw odwiedzić moich rodziców?
    - Zajęty? - zainteresował się Nate. - Czym? Od ostatnich dziesięciu lat przebywa na Agorze i zajmuje się archiwami i czymś tam jeszcze. Czym może być zajęty?
    - Cóż, myślę, że sam ci to powie, jeśli będzie chciał - ucięła Elena. - Moi rodzice są w swoim gabinecie. Sprawdź czy nie chcą czegoś od ciebie.
    Nate uśmiechnął się krzywo. Kiedy mijał Drake'a, a potem Elenę, zatrzymał się przy niej. Pochylił się ku niej i powiedział:
   - A ty nadal z Thorem. Myślałem, że masz lepszy gust.


~~~***~~~

     Gdy drzwi za Eleną się zamknęły, a Destiny została sama z profesorem, zapanowała niezręczna cisza. Pan Jasir nie odzywał się, tylko patrzył cały czas na nią. Des, przytłoczona jego wzrokiem poprawiła się na łóżku raz jeszcze i po chwili spytała niepewnie:
     - No więc?
     - Muszę być pewny, Destiny, że jesteś osobą, której mogę powiedzieć coś tak ważnego - powiedział w końcu profesor, wyciągając rękę. - Podaj mi dłoń.
     Des spojrzała z powątpiewaniem na dłoń, a potem na Cromwella.
    Co on chce zrobić? - pomyślała.
    On natomiast, jakby czytał jej w myślach, uśmiechnął się.
     - Jestem czymś w rodzaju wykrywacza. Tak jak istnieje wykrywacz kłamstw, który potrafi odróżnić prawdę od fałszu, tak samo ja potrafię odkryć kim jesteś - powiedział, ale po chwili zastanowienia dodał: - A przynajmniej po części.
    - Skąd mam wiedzieć, że pan nie kłamie? Dlaczego mam panu zaufać?
    - Gdybyś mi nie ufała choć trochę, to nie pozwoliłabyś zostawić cię samą ze mną. Wydaje mi się, że Elena jest jedyną osobą, którą nawet  znasz, prawda? Czemu więc nie miałaś nic przeciwko, aby wyszła?
    Des przełknęła ślinę i spojrzała raz jeszcze na lekko pomarszczoną dłoń profesora. Po chwili wahania w końcu chwyciła go za rękę. Poczuła, jakby przeszła przez nią jakaś nieznana jej dotąd fala prądu. Miała dziwne wrażenie zawieszenia pomiędzy jawą, a snem. Nie czuła niczego. Żadnego bólu, strachu, poczucia straty, winy.
   Czuła się... dobrze.
   Nie wiedziała, jak długo  trwało to zawieszenie, ale kiedy profesor puścił ej rękę, a jej życie zostało przywrócone do tego samego obiegu co wcześniej, poczuła się dziwnie smutna.
   Zamrugała kilkakrotnie, próbując pozbyć się zamazanego spojrzenia, a potem zerknęła na profesora, który wyglądał, jakby ktoś dał mu w twarz.
   - I? - spytała Des. - Więc kim jestem?
   - Osobą, która powinna nas poznać, to zapewne - mruknął profesor, patrząc nie na nią, tylko gdzieś prosto przez siebie nieobecnym wzrokiem.
    Kiedy znowu na nią spojrzał, zmarszczył brwi i wstał z krzesła. Podszedł do okna i rozsunął zasłony, a pokój zalało światło. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzył na krajobraz zza oknem z założonymi rękami z tyłu. Bujał się na piętach w te i z powrotem, wydawając się być lekko zdenerwowanym.
    - Pierwszy raz nie wiem co powiedzieć - mruknął profesor. - Od czego zacząć.
    - Najlepiej od początku - powiedziała  prosto Des. - Zawsze najlepiej zacząć od początku.
    - Słuszna uwaga, moja droga. Słuszna uwaga.
    Westchnął raz jeszcze i spojrzał na Des.
    - Mionowie były jednymi z niewielu ludów, które swoją ekspansję rozpoczęły wyjątkowo wcześnie. Pierwsze ich wzmianki o początku wędrówki sięgają aż do dziewiątego wieku przed narodzeniem Chrystusa. Zawędrowali oni od gór Silpius w Turcji aż na Wyspy Aran należące do Irlandii. Byli szczególnym ludem, który znacznie wyprzedzał swoją epokę. Ich odkrycia w astronomii czy w innych rzeczach  w dużej mierze przysłużyły się na przykład Celtom, dla których Mionowie byli głównym źródłem wiedzy. Żyli na terenach  dzisiejszej Irlandii, z pokolenia na pokolenie coraz bardziej utożsamiając się z tamtymi ziemiami, niż z ich prawdziwą ojczyzną. Aż w końcu można było ich nazwać prawdziwymi ludami z tamtych wysp.
    - Nigdy nie słyszałam o Mionach - powiedziała Des. - To brzmi niedorzecznie.
    - Postarali się o to, by o nich nie słyszeć. - Cromwell uśmiechnął się. - Mieli swój bardzo... niezwykły i tajemniczy rodzaj magii.
    - Magii?
     - Tak, magii. Wierzyli w przyrodę i w to, że coś więcej niż dwunastu parszywych bożków  stworzyło ziemię. Wierzyli w Ducha. Wierzyli, że potrafią zasłużyć na to, by stać się czymś więcej niż tych ludźmi. Chcieli być strażnikami tego, co człowiek powinien robić. Byli pewni, że to właśnie ich lud został wybrany.
    - I tak się stało, prawda?
    - Najpierw narodził się Gedron. Był jednym  z pierwszych zapowiadanym od wieków przewodników Mionów, który miał wprowadzić ich w potęgę i dać im wielką moc i siłę. Niestety okazało się, że to nie na niego czekali. Choć był nieśmiertelny i żył przeszło cztery wieki, jego jedynym sposobem na śmierć było oddanie swojej całej magii  kolejnemu zapowiadanemu przewodnikowi.  I tak po dwustu latach oczekiwania, poczuł, że zbliża się jego następstwo. Oczywiście musiał się trochę naczekać, ale jakież jego było zdziwienie, kiedy na świat przyszły jego córki o dwóch znakach Stylionu. Jedna miała na imię Dahlia, a druga Entylonia. Obie były bliźniaczkami, ale były zupełnie różne. Przynajmniej tak mówią zapiski Mionów zostawione dla nas, Zaprzysiężonych.
    - Więc Zaprzysiężeni powstali od Mionów - domyśliła się Des.
    - Po części. Mionowie w końcu zyskali obiecywanych im przewodników, którzy mieli wprowadzić ich właśnie w ten nowy świat. Nikt jednak nie myślał, że urodzą się  dwie siostry  ze znaku Stylionu.
    - Stylionu?
    - Po kolei, moja droga - rzekł profesor, uśmiechając się znowu. - Gedron postanowił więc przekazać moc obu siostrom, aby mogły rządzić razem. Niestety jedna z nich, Entylonia, zhańbiła ród Gedrona. Była przy nadziei. Oczekiwała dziecka jakiegoś prostaka, a przecież miała zostać przywódczynią. W tamtych czasach to było nie do wybaczenia.
    - Co więc zrobił Gedron?
    - Odsunął ją od Błogosławieństwa i postanowił ostatecznie przekazać wszystko Dahli. Wygnał Entylonię, pozbawiając ją wszystkiego. Mionom powiedział, że dziewczyna umarła.
    - Okrutne - skwitowała Destiny.
    - W tamtych czasach  były rzeczy ważniejsze niż więzy krwi czy rodzina - wyjaśnił profesor. - Ostatecznie to Dahlia została wybrana i naznaczona na przywódcę, który wprowadzi Mionów w nowy czas dla świata. Obietnica się spełniła. Każdy kto zaprzysiągł wierność Dahli stawał się silniejszym niż człowiek. Niepokonanym. Zgubą wielu złych. Stał się Zaprzysiężonym.
   - A co z Entylonią?
   - Gedron zmarł jeszcze tego samego dnia, co ceremonia. Tak więc pozostała tylko Dahlia. Entylonia natomiast, ciężarna czy nie, chciała zemsty i mocy.
 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jejku, myślałam, że się nie wyrobię! A tu zdążyłam i dodaję jeszcze w piątek :D
Mam nadzieję, że nie jest aż tak źle jak mi się wydaje ;)

Teraz notki będą się pojawiać w soboty! ;)



 
 
 


   
 
 
 

 
 



piątek, 23 stycznia 2015

1.10 Dzieje Naszej Dumy

    Wątłe promyki słońca wpadały przez okno niemalże w całości zasłonięte drewnianą żaluzją, na której zebrała się spora warstwa kurzu. Szare kolory ścian, gdzieniegdzie pobrudzone i poniszczone nadawały pokojowi Destiny taki sam nastrój, jaki ona odczuwała w głębi siebie. Siedziała na  wyświechtanym łóżku i patrzyła zamglonym wzrokiem wprost na małą kolorową szkatułkę, którą  owijały piękne, ręcznie malowane, złote kwiaty magnolii, nadając jej dziewczęcego wyglądu. Trzymając ją na kolanach, Des czuła niemiły ucisk w żołądku. Po chwili wahania nacisnęła srebrny guziczek. Szkatułka się otworzyła, a wraz z nią popłynęła delikatna dla ucha muzyka. Oczom Des ukazała się malutka baletnica, ubrana w białą sukienkę. Tańczyła, a raczej obracała się w rytm muzyki, raz po raz zatrzymując się z powodu starości całego mechanizmu. Na twarzy laleczki namalowane były wygięte w dół usta, a na szklanym policzku widniały łzy, przez co wydawało się, że baletnica płacze. Słodka muzyka połączona z twarzą laleczki dawała koszmarny rezultat.
   Jak można stworzyć coś tak pięknego a zarazem smutnego? - pomyślała Destiny.
   Przesunęła dłonią po drewnianym wieczku szkatułki, natykając opuszkami palców na wyżłobiony w mahoniowym drewnie napis.
   Sentia, 26 maj 1995.
  - Co tam masz, Destiny?
   Des wzdrygnęła się. Podniosła wzrok i zauważyła panią Lewis, która stała w drzwiach, opierając się o ich framugę. Biały warkocz oplatał jej głowę, nadając jej pomarszczonej twarzy jeszcze więcej lat. Drobne, poniszczone dłonie splotła razem w troskliwym geście.  Destiny zawsze bała się, że po śmierci kobiety, sierociniec upadnie, a ona i jej  siostra zostaną wysłane gdzieś indziej lub po prostu rozdzielone. A teraz? Teraz Destiny nie miała nikogo.
    -  Należała do Victorii - powiedziała cichym głosem czternastolatka, wskazując na szkatułkę.
    Pani Lewis zacisnęła usta w wąską kreskę i podeszła bliżej.
   - Miała ją ze sobą, gdy was znalazłyśmy.
   - Wiem. - Des zamknęła szkatułkę. - Ale dlaczego akurat to?
   - Cóż... - Pani Lewis uśmiechnęła się - czasem wydaje nam się, że to, co dajemy innym może mieć dla nich jakieś znaczenie albo kiedyś będzie im pomocne. Prawda jest taka, że dajemy to, co jest ważne dla nas, nie dla nich.  Tacy już jesteśmy, dziecko. Lubimy dawać cząstkę siebie nawet tym, których zostawiamy.
   - Dlaczego więc nas zostawiono?
   - Bo ludzie mają skłonność zostawiać tych, których kochają. Kochają nie kochać.
   Destiny westchnęła urywanym oddechem, starając się nie rozpłakać. Wzięła szkatułkę i delikatnie położyła ją na małym stoliku nocnym obok łóżka.
   - To już  rok i cztery miesiące - powiedziała dziewczyna, patrząc na panią Lewis. - Nie ma jej już ponad rok.
   - Chcesz dziś pójść na cmentarz? - Pani Lewis dotknęła jej dłoni, głaszcząc ją w pocieszającym geście.
    - Tak - powiedziała Destiny. - Victoria zawsze ze mną była w moje urodziny. Nie chciałaby opuścić i tych.

   

    Des znów otworzyła oczy i odetchnęła głęboko. Victoria. Tak bardzo brakowało jej siostry. Tak dawno nie widziała jej uśmiechu, oczu... jej twarzy. Bała się, że w końcu kiedyś zapomni jak  wygląda. Ostatnim razem była nad jej grobem trzy lata temu, w swoje czternaste urodziny. Trzymała się kurczowo ręki pani Lewis, tak jakby jedynie to miało ją utrzymać przed upadkiem. Położyła złoto-różową szkatułkę na grobie i odeszła. Po prostu uciekła i nigdy więcej nie wróciła. Ale w tej właśnie chwili  jedyne czego pragnęła to znaleźć się własnie na tamtym cmentarzu w Des Plaines, niż być w jakimś nieznanym miejscu o dziwnej nazwie, ze świadomością, że jej przybrani rodzice nie żyją.
   Miała ochotę krzyczeć. To nie było sprawiedliwe.
   - Daj mi spokój, Eleno - mruknęła, kiedy usłyszała ciche trzaśnięcie drzwiami i kroki zmierzające w jej stronę.
   - Nie wydaje mi się, abym wyglądał jak rudowłosa siedemnastolatka.
   Destiny, usłyszawszy ciepły męski głos, podniosła się na łokciach, zupełnie zdziwiona. Przed nią stał starszy mężczyzna, ubrany w szarą marynarkę. Uśmiechał się do niej radośnie.
   - Pan to?
    - Profesor Jasir Cromwell - odpowiedział. - A ty  musisz być Destiny, tak?
   Dziewczyna zamrugała szybko.
   - Skąd mnie pan zna?
   - Znałem twoich rodziców.
   - Rodziców?
   - Państwo Gray.
   Destiny westchnęła, zawiedziona. Mała, idiotyczna nadzieja zrodziła się gdzieś w niej, ale zaraz potem została zniszczona. Przez chwilę myślała, że ten dziwny mężczyzna mógłby znać jej prawdziwych rodziców.       Do oczu napłynęły jej łzy.
   Nie, pomyślała ze złością Des, nie zamierzam załamywać się przy jakimś nieznanym staruszku.
   - Och - powiedziała tylko i poprawiła się na łóżku.
   - Panna Trey powiedziała, że już wiesz - zaczął profesor, a jego mina zmarkotniała.
   Destiny pokiwała głową.
   -  Nie wiem jednak jak to się stało. Jedyne co pamiętam to jakieś trzy duże psy i ja....
   - Psy? - przerwał jej profesor. -  Goniły cię psy?
   - Tak, ale wtedy zaatakowało ich drugie zwierzę, podobne do nich i wtedy... wtedy chyba je zabił.
   -  Wiesz jak to zwierzę wyglądało?
   Des zaniemówiła, próbując sobie jak najwięcej przypomnieć. Mogłaby przysiąc, że jeszcze chwilę temu wiedziała jak ta bestia wyglądała. Teraz pamiętała tylko jak upadała w błoto.
   - Nie.
   Przez wzrok profesora Jasira przemknął cień gniewu. Usiadł na krześle obok łóżka i spojrzał przenikliwie na Des.
   - Wiesz jak się tutaj znalazłaś?
   - Sama chciałabym wiedzieć.
   Drzwi znów się otworzyły i do pokoju weszła Elena. Spojrzała na profesora, a potem na Des, do której się nieśmiało uśmiechnęła. Niosła ze sobą małą miskę i ścierkę.
   - Muszę zmienić opatrunek - ogłosiła.
   Podeszła bliżej i usiadła na łóżku. Odrzuciła kołdrę i zaczęła ściągać zakrwawiony bandaż z nogi Des, która jęknęła cicho, kiedy skrawek materiału oderwał się od jej rany.
   - Lepiej niż wczoraj? - spytał Cromwell.
   Elena, która była skupiona na swojej pracy zupełnie zignorowała to pytanie. Kiedy w końcu ściągnęła już cały bandaż i przemyła ranę wodą, popatrzyła na zdziwioną Destiny wesołym wzrokiem i powiedziała:
   - Najwidoczniej udało mi się wyleczyć całą nogę. Została mała rana, ale prawie całą skórę udało się zalepić. Cały ból jednak jest wciąż w środku. Dlatego musisz jeszcze poleżeć przez jakąś godzinę
   - Jak to zalepić? - Des zbladła.
   - Dobra robota, Eleno - powiedział profesor. - Co jednak z jadem?
   - Jadem? - powtórzyła Destiny.
   - Pozostał jeszcze w organizmie - odpowiedziała Elena. - Będę musiała coś sporządzić na tą entylońską truciznę.
    - Entylońską? - Des niemalże krzyknęła, żeby zwrócić na siebie uwagę. - Co to wszystko znaczy?
    - Jeżeli to, co mówisz jest prawdą to gonili cię wczoraj Entylonii, Destiny - powiedział Jasir.
    - Nie, to były jakieś dzikie...
    - Psy? - Elena prychnęła, maczając szmatkę w wodzie. - Myślisz, że dzikie psy mogłyby cię tak ugryźć, że omal nie umarłaś zeszłego wieczoru?
    - Więc kim wy jesteście?
    Elena uśmiechnęła się tajemniczo i zerknęła na profesora, który po chwili powiedział:
    - Zaprzysiężonymi.
    - Czyli? - Des uniosła brwi, mając nadzieję, że to wszystko okaże się jedynym z jej  wielu koszmarów lub po prostu kiepskim żartem ze strony mieszkańców miasteczka.
    - Eleno, mogłabyś nas zostawić samych? - spytał profesor, na co rudowłosa  podniosła się z łóżka i skierowała w stronę drzwi.
    - Tylko jej nie wystrasz, Jasirze - powiedziała.

   ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~``
Ja taka zła i nie wyjaśniłam znowu, kim są ci Zaprzysiężeni.
Nie dziwcie mi się, nie zostawiacie nawet śladu po sobie, więc nie wiem czy watro pisać :P
 Tak, przepraszam, że tak późno dodałam ostatnią notkę.
Ta jest prawie o czasie :)


Zapraszam do czytania i komentowania :)
Komentowanie nie boli, ale ja mogę sprawić, że Cię coś zaboli :)))

 


 
 
 

 
 

piątek, 16 stycznia 2015

1.9. Zapamiętam

- Agorze? - powtórzyła Des.
 Siedziała na łóżku, przykryta warstwą kilku koców, kompletnie nie rozumiejąc. Czuła jak każdy nerw w jej ciele niemile pulsował, a głowa przy każdym ruchu zdawała się  wybuchnąć. Spojrzała na kubek z żółto-brązową cieczą. Jak ona się tutaj znalazła? Jedyną rzeczą, jaką pamiętała było to dziwnie jej znajome spojrzenie zwierzęcia. Jego niebieskie oczy coś jej przypominały. Tylko co? Na dodatek ten dziwny sen. Des poczuła ukłucie w żołądku. Ta kobieta... Ona była w poprzednich jej snach. Zwłaszcza w tym jednym, powtarzającym się co noc przed przybyciem do Smallevil, do jej nowej rodziny. Do Gray'ów.
  Wzrok Destiny szybko skierował się na Elenę, która znudzona całą sytuacją siedziała na krześle obok i patrzyła prosto przed siebie, nieobecnym wzrokiem.
 - Co z Amy i Jamesem? - spytała szybko Des.
 Elena spojrzała na nią, otwierając usta jakby chciała coś powiedzieć. Zamknęła je jednak i westchnęła. Wstała i usiadła na skraju łóżka. Jej wzrok przepełnił się smutkiem, a Des już była pewna, co chce powiedzieć.
  - Nie, oni nie mogli....
  - Destiny, tak nam przykro - przerwała jej Elena, biorąc ją za rękę, w pocieszającym geście.
  - Wam? - Des wyrwała rękę. - Oni nie mogli... nie mogli umrzeć. .
  Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Czuła, jakby wszystkie emocje z niej wyparowały, zastępując je gniewem, ale i zarazem bezsilnością.
 To nie mogło się zdarzyć. Nie teraz, nie im.
  Po chwili poczuła, jak ktoś delikatnie zabiera jej kubek z rąk. Otwarła oczy i spojrzała załzawionym wzrokiem na Elenę, która starała się nie patrzeć na Des.
  - Wybacz, że ja ci to musiałam powiedzieć - powiedziała Elena.
  - To nie jest sprawiedliwe.
  Des poczuła się pusta w środku tak bardzo, że nawet ból, który wcześniej mocno dawał się jej we znaki, stał się niczym. Znowu jej coś odebrano. Znowu została sama.
  Znowu jest niczym.
  - Może powinnaś się przespać, aż nie przyjdzie profesor Jasir lub ktokolwiek, kto będzie mógł z tobą porozmawiać - powiedziała nieśmiało Elena, która stała obrócona tyłem do Des, udając, że coś układa. Nadal nie chciała spojrzeć na dziewczynę.
Nagle coś pękło w Des. Tama obojętności została rozbita i w jednej chwili ciało Destiny zalał gniew. Zrzuciła z siebie koce, a kiedy stanęła na zimnej drewnianej podłodze, jej ciało przeszył niesamowity ból. Dopiero teraz zauważyła, że cała jej prawa noga jest owinięta białym bandażem. Zakręciło się jej w głowie i  ledwie zauważyła sylwetkę Eleny, która szybko znalazła się przy niej, chroniąc ją przed upadkiem. Rudowłosa przeklnęła cicho i, najdelikatniej jak mogła, położyła Destiny z powrotem na łóżku.
 - Zwariowałaś? - syknęła. - Masz poszarpaną łydkę. Co ty sobie myślałaś?




Drake odkaszlnął, poprawiając się w fotelu. Spojrzał na mężczyznę stojącego tuż przed oknem, który po chwili odwrócił się i podszedł do swojego biurka.  Był to starszy człowiek z równo przystrzyżonymi siwymi włosami oraz pooraną zmarszczkami i bliznami twarzą. Jego jasnobrązowe oczy jarzyły się optymizmem, a usta ułożyły się przyjaznym uśmiechu. Poprawił swoją tweedową marynarkę i, siadając na fotelu, spojrzał na Drake'a znacząco.
- No więc? Co cię do mnie sprowadza?  - ponaglił go.
 - Chodzi o Nathaniela, profesorze Cromwell.
- Czyli to samo, co kilka dni temu?  - Roześmiał się profesor. - Myślałem, że się w końcu zgodziłeś na to, by  znowu zamieszkał w twojej posiadłości.
- Owszem, ale nie zgodziłem się na to, abym ja zamieszkał z nim. Wolę tutaj.
Uśmiech profesora znikł z twarzy.
- Chcesz zamieszkać na Agorze?
- Czemu nie? - Drake wzruszył ramionami.
- Masz swój dom, Drake.
 - To nie jest mój dom - zaoponował chłopak. - Nie roszczę sobie do niego żadnych praw, profesorze. Równie dobrze mogę  go wam przekazać.
 Drake spojrzał na profesora, który zamilkł, przypatrując się dokładnie chłopakowi. Nie chciał mieszkać z Nate'em. Wolał mieszkać tutaj lub podróżować po kraju, tak jak to robił w wakacje. Przebywanie w domu rodziców sprawiało, że wspomnienia sprzed pół roku wracały.
 A to była ostatnia rzecz, jakiej pragnął.
  Po chwili Cromwell westchnął głośno i powiedział:
  - Dobrze, jak chcesz. Możesz tutaj zamieszkać. Wiesz jednak, że nie rozwiąże to twojej sprawy z panem Blade?
  - Wiem. Nie rozumiem tylko, dlaczego z powrotem dano mi go jako opiekuna. Nie chciałem go, a poza tym wydawało mi się, że po tym, co zrobił, odebrano mu wszelkie  prawa i obowiązki Zaprzysiężonego. Nie powinien nawet przebywać teraz na Agorze.
 - Gdyby nie wysoka pozycja jego rodziny, nie zdołałby wywinąć się z tego tak łatwo - powiedział profesor. - Zdrada jest okrutnie traktowana.  Na twoich rodziców od razu wydano wyrok śmierci. Przykro  mi, że to słyszysz, ale taka jest prawda.
  - Oni mnie nie obchodzą - rzekł Drake. - Czyli Nathaniela nie skazano, bo przyznał się do zdrady i... nawrócił?
  Spojrzał na okno obok profesora Jasira, a jego umysł zalała fala wspomnień. Najbardziej pamiętał dzień zniknięcia rodziców. To wspomnienie odbiło się w jego pamięci tak bardzo, że zamazało inne - te, które były dobre i które dawały nadzieję, by zapamiętać rodziców jako kochających, ciepłych i ważnych dla swojego społeczeństwa.  
  - Tak mi się wydaje - powiedział profesor, marszcząc swoje krzaczaste brwi. - Bo co innego mogłoby go ochronić?
  - Nie wierzę w jego nawrócenie - prychnął Drake. - Coś knuje i trzeba na niego uważać.
  - Wiem, Drake - odrzekł profesor. - Trzeba to sprawdzić.
   Drake wstał  i kiwnął głową na pożegnanie. Skierował się w stronę drzwi i już miał wyjść, gdy dobiegł go głos profesora:
   - Wiesz coś może na temat tej Destiny? Jak się czuje?
   - Z tego co wiem, to cały czas zajmuje się nią Elena - mruknął Drake.  - Na pewno da nam znać, jak się obudzi.
   - Zastanawia mnie to, jak się tutaj znalazła - powiedział profesor.  - Wątpię, żeby dotarła tutaj o własnych siłach z tak zranioną nogą i w taką pogodę. Na dodatek spalono dom Gray'ów z ich ciałami w środku. To, że udało ci się ją znaleźć...
   - Entyloni - domyślił się Drake.
   - Najwyraźniej - skwitował profesor. - Możliwe, że ją zaatakowali.
   - Więc jak się wydostała?
   Nagle drzwi otworzyły się na oścież, uderzając Drake'a  w ramię. Do pokoju wparowała Elena, która szybko zerknęła na Drake, a potem na profesora.
   - Obudziła się - powiedziała.






piątek, 9 stycznia 2015

1.8. Skrawek Niebieskiego Nieba

      - Nie, Des - powiedziała Amy.
     Zdmuchnęła spadający na czoło kasztanowy kosmyk i spojrzała na Destiny stanowczo. Podała dziewczynie torby na zakupy i wyciągnęła kluczyki z torebki. Des westchnęła głośno i stanęła obok Amy, która mocowała się ze zamkiem w drzwiach.
     - Nie mówię, że nie chcę go wcale, ale nie w salonie - jęknęła Des, poprawiając zakupy, by nie wypadły jej z torby. - Nie powinno być w takim miejscu, a poza tym....
    - Destiny - przerwała Amy - koniec tematu.
    Przekręciła raz jeszcze kluczyk, a kiedy w zamku coś szczeknęło, pchnęła drzwi i obie weszły do środka.
  Był lipiec, słońce niemiłosiernie świeciło, a Des, która nie była przyzwyczajona do tak bardzo ciepłego klimatu Kalifornii, odetchnęła z ulgą, kiedy znalazła się w chłodnym, klimatyzowanym pomieszczeniu. Bez słowa skierowała się do kuchni, zła na Amy. Nie powinna tak bardzo się przejmować głupią fotografią powieszoną nad kominkiem. Co najgorsze James się z nią zgadzał. Destiny natomiast nie. Wręcz przeciwnie - uważała, że nie zasługuje na zdjęcie w tak ważnym miejscu w domu państwa Gray.
   Des położyła zakupy na masywnym, dębowym stole i mimowolnie spojrzała na kominek w salonie. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego chcą położyć zdjęcie właśnie jej, nowo adoptowanej córki, zaraz obok fotografii Will'a i ich innymi,  własnymi szczęśliwymi chwilami. Pomimo to w Des rozbudziło się ziarenko nadziei. Może oni już traktują ją jak córkę? Może jest szansa?
    - James wróci za jakąś godzinę - oznajmiła Amy, wchodząc do kuchni. - Pomożesz mi w obiedzie? Znaczy, no wiesz....
    Amy urwała i uśmiechnęła się do Des nieśmiało. Destiny odwzajemniła uśmiech i wzięła się za rozpakowywanie zakupów. Obydwie wiedziały, że pomoc Des w obiedzie będzie polegać na tym, że to ona będzie gotować, a Amy może jej jedynie podawać składniki. Pomimo to świetnie jej się spędzało czas ze swoją przybraną matką. Coraz bardziej się rozumiały, a Amy wtedy wpadała w dobry humor.
   Nagle rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Des zerknęła na Amy, która znieruchomiała, gapiąc się na coś za Des. Kiedy dziewczyna także spojrzała w tamtą stronę, jej oczom ukazało się puste miejsce na ścianach - właśnie tam, gdzie wcześniej wisiały zdjęcia. One natomiast leżały na podłodze, zupełnie zniszczone. Szkło chroniące zdjęcia roztrzaskało się w drobny mak, a same fotografie były... podarte. Des zamrugała szybko i spojrzała znów na Amy. Jej jednak nigdzie nie było. Zamiast niej, niecały metr od Destiny stała czarnowłosa kobieta. Jej długa, dziwnie czarna szata, która dosięgała podłogi, okrywała jej całe ciało, a jedynie dłonie i twarz były odsłonięte, ukazując swoją wręcz chorobliwą bladość. Kobieta świdrowała Des ciemnymi jak noc oczami, uśmiechając się pod nosem. Zupełnie jakby cieszyła się z ich spotkania.
   Destiny cofnęła się, przestraszona.
   - Kim... kim ty jesteś?
  Wzrok kobiety pociemniał niebezpiecznie. Nie wiadomo kiedy znalazła się tuż przed Des, wyciągając rękę i chwytając jej ramię, przez co dziewczyna omal nie upadła. Po chwili przez ciało Destiny przetoczyła się fala bólu, który wydawał się dotykać każdy jej nerw, parzył jej skórę, wyrywał oddech z płuc, powoli zatrzymując bicie serca. Dziewczyna krzyknęła i osunęła się na kolana przed kobietą, która wciąż trzymała ją za ramię. Czuła, jak płonie jej całe ciało. Nie mogła się poruszyć; wydawało się jej, że ta chwila trwa i trwa.
    - Duo animas uniret in proposito.
    Wzrok nieznajomej jeszcze bardziej pociemniał.  Za każdym razem, kiedy powtarzała to zdanie jak mantrę, ból  potęgował się jeszcze bardziej. Des czuła się jak żywa pochodnia. Ogień zajął każdą jej kość, każdy mięsień. Już przestała walczyć, zaczynała słabnąć i odpływać.
     Nie wiadomo kiedy wszystko ustało. Ból minął, a Destiny w końcu zaczerpnęła powietrza. Jednak dalej nie mogła się ruszyć. Klęczała, widząc jedynie przed sobą czarną szatę kobiety. Całą siłą woli podniosła głowę i spojrzała na nieznajomą, która wyglądała nie niezmiernie szczęśliwą. Patrzyła na Des jak na coś niezwykłego, a jej usta rozciągły się jeszcze bardziej w przerażającym uśmiechu. Zdjęła rękę z ramienia Des, kładąc ją na jej czole. Wzrok Destiny zakrył się mgłą, niemal ją oślepiając.
   Jedyne co jeszcze usłyszała to:
   - Exurgo.

 
   Destiny otworzyła oczy, zaczerpując powietrza. Z jej gardła wyrwał się kaszel, sprawiając, że  zaczęła się dusić. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że leży w jakimś nieznanym jej pomieszczeniu, wyłożonym dookoła drewnem.
   Gdzie ja jestem? - pomyślała.
   - W końcu się obudziłaś.
   Des zamrugała raz jeszcze, próbując zwalczyć swój rozmyty wzrok. Ból rozsadzał  głowę Des, przyprawiając ją o mdłości. Rozejrzała się po pokoju, a kiedy zauważyła rudowłosą, śliczną dziewczynę stojącą przed łóżkiem, omal z niego nie wyskoczyła.
   - Elena? - Des podparła się łokciach, lustrując wzrokiem dziewczynę.
   To rzeczywiście była Elena. Uśmiechała się do Des, a w  jej policzkach zrobiły się dołeczki. Jej oczy pobłyskiwały zielenią, a równo przystrzyżona prosta grzywka opadała jej na czoło.  W lewej ręce trzymała kubek, nad którym unosiła się para.
   - Co ty tu robisz? - spytała Des.
   - O samo mogłabym zapytać ciebie.
   Elena podeszła jeszcze bliżej, siadając na krześle obok łóżka. Wyciągnęła kubek w stronę Des.
   - Napar z miłorzębu i maruny - wyjaśniła, widząc podejrzliwą minę dziewczyny. -  Na ból głowy.
   Po chwili wahania Des wzięła kubek. Sam zapach napoju nie był zachęcający. Smak okazał się jeszcze gorszy - zupełnie gorzki.
   - To okropne.
   Elena prychnęła.
   - To zioła, a nie milkshake z McDonaldu. Wypij do dna.
   Des spojrzała na rudowłosą, a potem na pokój. Jak już wcześniej Des zauważyła, całe pomieszczenie było wyłożone drewnem. Jasna podłoga, ściany, sufit. Skromna szafa, w  kontrastującym ciemnym kolorze stała obok małego, pomalowanego na biało okna, przez który wpadały promienie słońca. Bordowy dywan leżał na środku podłogi, tuż przed wejściem do pokoju.
    - Gdzie ja jestem? - spytała Des.
     Elena uśmiechnęła się.
    - Witaj na Agorze.

 ~~~
Coś Wasza aktywność spadła. Jakieś powody?
Zapraszam także na facebooka ---- >  Stronka
Jeżeli chcecie być na bieżąco to zapraszam także do polubienia!
- Brave

 

piątek, 2 stycznia 2015

1.7. Entyloni

   Cisza panująca w domu  była dziwna. Wręcz namacalna. Jedynie odgłosy burzy i dźwięk uderzającego o okna deszczu były słyszalne. Korytarz był pogrążony w mroku, a światła błyskawicy co chwilę oświetlały ściany i podłogę.
  - Jestem! -  krzyknęła Destiny, wchodząc do środka. Nikt jednak nie odpowiedział.
  Nie ma ich w domu?
  Pewnie kartka z wytłumaczeniem leży na stole, pomyślała Des.
  Już to się zdarzało. James czasami zabierał gdzieś Amy lub po prostu sam jeszcze nie wrócił ze szpitala, a ona pewnie położyła się spać.  Destiny zamknęła drzwi i rzuciła przemokniętą bluzę na wieszak, przeczesując ręką mokre i skołtunione włosy. Już miała ruszyć w stronę kuchni, gdy nagle zatrzymała się, zdziwiona. Kilka metrów od niej stała Amy. Jej drobna sylwetka była pogrążona w mroku. Nie uśmiechała się; stała nieruchomo, patrząc prosto na Des.
   - Coś... coś się stało? - spytała dziewczyna.
   Amy uśmiechnęła się nerwowo i zaczęła się bawić rąbkiem swojej długiej, brązowej sukienki. Od pół miesiąca nie pracowała, zaczęła zajmować się domem. Często tłumaczyła się, że to wina przemęczenia i bólu głowy. Okazało się jednak, że od niedawna  zaczęła miewać koszmary. Nie mówiła co jej się śni. Jednak Des domyślała się, że to musiało być coś okropnego. Amy potrafiła nie spać całymi nocami, była w gorszym stanie niż w dniu czwartej rocznicy  śmierci Willa. James powiedział kiedyś Destiny, że ona przeżywa rocznicę jego śmierci tak samo mocno, jak wtedy, gdy dowiedziała się, że dla jej synka nie ma ratunku
  - Destiny - powiedziała Amy. - Kochanie, pomożesz mi w czymś?
  Des uniosła brwi, patrząc uważnie na kobietę. Wydawała się być dziwna. Wzrok miała jak spłoszone dzikie zwierze, cała zbladła, a ręce jej się trzęsły. Uśmiechnęła się do Destiny niezbyt zachęcająco i ruszyła w stronę kuchni.
   - Czy na pewno wszystko w porządku? - spytała Des, podążając za Amy. - James nie odbierał, ty też. Za oknem straszna burza, musiał mnie podwieźć nasz sąsiad.
   Pani Gray obróciła się do niej. W trzęsącej się ręce trzymała nóż, a jej usta drżały.  Pokręciła wolno głową.
   - Destiny... musisz zrozumieć, że ja... - zaczęła, ale głośny huk jej przerwał.
   -  Ktoś jest na górze - szepnęła Destiny, słysząc szybkie kroki, które zaczęły schodzić na dół. Obróciła się w stronę Amy i wrzasnęła. Pani Gray rzuciła się na nią i przyłożyła jej nóż do gardła. Pchnęła Des bardziej do tyłu, wpadając na wysepkę kuchenną.
   - Amy, proszę nie.
    Destiny otwarła oczy i zobaczyła Jamesa, stojącego w wejściu do kuchni. Krew lała mu się z rany na skroni, plamiąc pomiętą koszulę i podłogę.  Miał wyciągniętą delikatnie do przodu rękę i patrzył ostrożnym wzrokiem na swoją żonę.
   Amy zbladła jeszcze bardziej, a Des poczuła jej przyśpieszony oddech na karku.
   - Nie rozumiesz, że mamy szansę?
   James podszedł bliżej, na co Amy szarpnęła Destiny jeszcze bardziej do tyłu, przykładając jej boleśniej nóż do gardła.
   - To nie jest szansa. - James zatrzymał się. - To jest dla niej wyrok.
   - To jest szansa! -wrzasnęła Amy. - Mamy szansę na odzyskanie go, James. Ja... ja mogę to zrobić. Muszę, rozumiesz, muszę. Odzyskamy Willa. Będzie tak jak wcześniej. Będziemy szczęśliwi.
   - On już odszedł - wyszeptał Gray, robiąc kolejne kroki w ich stronę. - Pozwoliłaś mu odejść. Pamiętasz? Trzymałaś jego rączkę i powiedziałaś mu, że nie musi już cierpieć .... że jest wolny.
   Uścisk pani Gray zelżał, a ręka z nożem zaczęła jeszcze bardziej się trząść. Des poczuła spadające ciepłe krople na swoim karku. Domyśliła się, że Amy musi płakać.
   Widząc to James powiedział:
    - Teraz naszym dzieckiem jest Destiny.  - James doszedł do nich i delikatnie zabrał nóż. - Pamiętasz jak ją pierwszy raz zobaczyliśmy? Powiedziałaś mi kiedyś, że przypomina ci samą siebie. Pamiętasz naszą wspólną wyprawę na plażę w San Diego? Byłaś zachwycona, śmiałaś się po raz pierwszy od lat. Dzięki Des.
   Amy puściła Destiny, a ta szybko się od niej odsunęła i stanęła za Jamesem.
   - Nie pozwól, abyś zrobiła to, co skrzywdziłoby także cząstkę ciebie - kontynuował James. - Kochamy Des, bo pozwoliliśmy Willowi odejść. Bo tak musiało być. Pozwól mu odejść i tym razem.
   Pani Gray osunęła się na podłogę.
   - Ja tylko chciałam go odzyskać - powiedziała, dławiąc się łzami.
   James także ukląkł i przyciągnął do siebie szlochającą żonę. Spojrzał na Des, a jego źrenice rozszerzyły się.
    - Za kilka minut będą tu - powiedział. - Musisz uciekać, Des. Oni chcą ciebie, nie nas.
    Jakby na zawołanie, coś walnęło w ścianę w salonie, a po domu rozległ się ogromny hałas.
     - Des, uciekaj! - krzyknął pan Gray. - Musisz przed nimi uciec. Nie możesz pozwolić im sobą zawładnąć.
     Destiny cofnęła się, przerażona.
     - Co się dzieje?!
     - Pamiętaj o tym, że nie ma wyboru. - Wzrok Jamesa był przepełniony strachem, ale  także żalem. - A teraz proszę cię... uciekaj. Nie obracaj się za nami, nie wracaj tu. Musisz sobie dać radę.
     Coś zaczęło się dobijać do drzwi.
      - Biegnij! - krzynął James.
     Destiny spojrzała po raz ostatni na pana Gray'a, który trzymał mocno Amy. Posłał jej błagalne spojrzenie, a ona powiedziała tylko:
     - Dziękuję.
      Obróciła się i rzuciła w stronę tylnych drzwi. Otwarła je na oścież i już mała biec w stronę samochodu, gdy zatrzymała się raptownie. Obok czerwonego kabrioletu stały trzy wielkie psiska, nie znanej Des rasy. Z ich pysków ciekła ślina, a kiedy zauważyły Destiny, zaczęły groźnie warczeć, odsłaniając kły. Wciąż strasznie padało, a podwórko wokół domu zamieniło się w jedną, wielką kałużę błota.
     Destiny, nie wiele myśląc, rzuciła się w stronę lasu. Coś nakazywało jej tak właśnie zrobić. Biegła najszybciej jak mogła, słysząc, że gonią ją tamte bestie. Przedzierała się przez zarośla, raniąc sobie skórę i drąc ubranie. Nie wiele  widziała przez gęsto padający deszcz. Z każdym krokiem słabła, a w płucach czuła ogień. Nagle coś szarpnęło ją boleśnie za nogę. Wrzasnęła i upadła w błoto. Zaczęła mocno kopać nogami, aż uderzyła w coś mocno. Czarny pies wydał z siebie skowyt, a potem zawarczał.
    Trzy olbrzymie stwory otoczyły ją. Nie wyglądały jak psy. Były trzy razy większe, a ich paszcze zdecydowanie groźniejsze. Wielkie kły, ostre jak brzytwa, okryte były warstwą piany. Mokra czarna sierść uwalana była cała w błocie.
    Psy patrzyły na Des groźnie swoimi czarnymi ślepiami. Zaczęły się zbliżać, a Destiny czuła, że to jej koniec. Nagle zza ściany zarośli wyskoczyło coś, wpadając na jedno z czarnych bestii. Zwierzęta przeturlały się aż do pnia ogromnej sekwoi. Stwór o  srebrnej sierści był jeszcze większy. Z łatwością zatopił swój pysk w gardle czarnego stworzenia, które wydało swoje ostatnie wycie i padło nieżywe. Des przeraziła się jeszcze bardziej na widok jego umazanej we krwi na paszczy. Wydawało się, że spojrzał na nią swoimi niebieskimi  jak potłuczone szkło oczyma. Dwa pozostałe czarne psy także się cofnęły, najeżając sierść i warcząc groźnie. Po chwili ruszyły do ataku, ale stworzenie o jasnej sierści z łatwością odepchnęło jednego, który uderzył  całym swoim ciężarem o drzewo obok i padł w błoto, nie ruszając się.  Trzecią bestię wybawca Des potraktował tak samo jak pierwszego psa. Przygwoździł go do  ziemi i bez trudu zatopił swoje białe kły w głowie zwierzęcia.
   Des patrzyła na całą scenę oniemiała, nie wiedząc co robić. W głowie zaczęło jej się kręcić, a po chwili poczuła, że coś ciepłego zalewa jej dłoń.
   Jej krew.
   Prawa noga Des była w opłakanym stanie. Krew tryskała z dwóch miejsc, a Destiny wydawało się, że zobaczyła swoją kość. Nie czuła bólu. Czuła, że świat wiruje wokół niej. Po chwili odpłynęła w mrok.


                                                            ~~~*~~~

    Głośne tykanie zegara w kuchni, było niemal nie do zniesienia. James klęczał na drewnianej podłodze już od pół godziny, trzymając wciąż szlochającą Amy w ramionach. Pocałował ją delikatnie w czoło i spojrzał w górę. Dziesięciu Entylonów, rozpierzchniętych  po całej kuchni, stało przed nim. Niektórzy uśmiechali się do niego parszywie, doskonale wiedząc, co się z nim stanie. Cieszyło ich to. W ich czarnych oczach jarzyła się nienawiść i żądza mordu.
    Na środku całej gromady stała wysoka kobieta. Ubrana była w długą, sięgającą do ziemi czarną szatę, która doskonale komponowała się z jej czarnymi jak noc włosami i oczami. Jedynie cera była niezwykle blada. Uśmiechnęła się do Jamesa upiornie.
    Serena, domyślił się.
    Obok niej stała także ubrana na czarno, jak wszyscy Entylonii, niezwykle śliczna blondynka, która patrzyła przed siebie martwym wzrokiem. Oczy miała także czarne, co nie pasowało do jej wyglądu. James przetasował ją wzrokiem, na co Serena także na nią spojrzała.
    - Co cię martwi, Sabatho? - spytała.
    - Moja pani, czy nie uważasz, że Lysanisa i jego dwóch przyjaciół zbyt długo nie ma? - spytała blondynka.
    Serena westchnęła i zamknęła oczy. Wyglądała, jakby próbowała okiełznać emocje. James jednak wiedział, co ona robi.
   Szuka ich.
    Kiedy władczyni Entylonów znów otwarła powieki, wydawało się mu, że jej wzrok zakrył się jeszcze większym mrokiem. Jednak nie wyglądała na wściekłą. Jej złość ukryta była tylko w oczach.
    - Nie żyją - oparła spokojnie.
    Świdrowała wzrokiem Jamesa, nie zwracając uwagi na szept rozlegający się wśród Entylonów.
    - James Gray - powiedziała, uśmiechając się pod nosem. - Jesteś głupcem.
    - Jeżeli chęć ratowania niewinnych przed swoim bezsensownym przeznaczeniem nazywasz głupotą... - spojrzał na nią odważnym wzrokiem - to tak, jestem głupcem.
    Serena zmarszczyła brwi, a potem nieoczekiwanie się roześmiała, na co Entylonii  cofnęli się, przerażeni. Śmiała się głośno, jakby usłyszała jakiś świetny żart. Po chwili przestała i, wciąż uśmiechnięta, znów spojrzała na Jamesa.
    - Ona jest wszystkim i niczym w tej walce - powiedziała. - Popełniłeś wielki błąd, Jamesie. Mogłeś mi ją oddać wtedy, gdy cię o to prosiłam. To przykre, że musiałam się... zmusić to takiego czynu.
    Spojrzała znacząco na Amy, która schowała twarz w koszuli Jamesa, jakby chciała się przed nimi  wszystkimi schronić. W Gray'u zawrzał gniew.
    - To ty niszczyłaś psychikę Amy. To ty nawiedzałaś ją w snach i obiecałaś jej przywrócenie Willa.
    - Owszem - odparła wesoło Serena. - Nie jest trudno wejść do umysłu tak słabej kobiety. Niemożliwym było przekonać ciebie, więc przekonałam ją.
    - Ona.... Destiny jest kluczem, prawda?
    - Nie tylko - mruknęła czarnowłosa. - Ona jest zgubą, która nie powinna zostać oddana przez jej matkę.
    Obróciła się w stronę drzwi, na co kilku Entylonów rzuciło się przed siebie, gotowi jej służyć. Zatrzymała się jednak i spojrzała na dwóch mężczyzn, stojących obok Jamesa. Uśmiechnęła się raz jeszcze bez krzty wesołości.
    - A tak, zapomniałabym. Ich zabić, dom spalić. Dziewczyny szukać, dopóki nie padniecie z głodu.

~~~~~~~~~~
Ok... więc witam w nowym roku!
Chciałabym życzyć Ci wszystkiego najlepszego. Spełniaj swoje marzenia, bądź szczęśliwy :)
A sobie życzę, abym dotrwała z "Zaprzysiężonymi" do samego końca ;)

Zaczynanie nowego roku to jak zaczynanie pisania własnej książki. Na początku są tylko puste strony, więc od Ciebie zależy co w niej zapiszesz.

UWAGA!
Zostałam nominowana w Poland Tree: Blog Roku 2014 w kategorii opowiadania! Wszystkich, którzy czytają mojego bloga proszę o głosowanie na mnie :) Tylko dzięki Wam mam szansę! ;) Mój numer to 23 :)
Poland Blog Tree: Blog Roku 2014