niedziela, 27 grudnia 2015

1.19. Notrum Pełne Mroku


 Heather wspięła się po schodach wraz z tłumem, który kierował się w stronę głównych drzwi wejściowych.Przedarła się przez Bezrasowców, którzy na jej widok zatrzymali się nagle, robiąc w ten sposób dla niej przejście. Brunetka, widząc to, uśmiechnęła się do jednego z Bezrasowców z pogardą. Elena za to nie zwróciła uwagi na kogokolwiek prócz Heather. Patrzyła na Niebieską z koncentracją w oczach, próbując wykryć, co Heather zamierza. Ta jednak spokojnym ruchem kołyszących bioder podeszła do Zielonej. Wciąż się uśmiechała. Wyglądała jak dzikie, niebezpieczne zwierze - pełne pogardy i dumy.
     - No więc? - powiedziała głośno brunetka. - Czemu przerywasz mi zabawę?
     Elena nagle poczuła się nieswojo.  Skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała wyzywająco na Niebieską, próbując ukryć swoją niepewność.
   - Trzymaj się od Destiny z daleka, to po pierwsze. - Elena podniosła głowę i zacisnęła szczękę. - Jest tutaj nowa, nie wiadomo kim jest i skąd się wzięła. Nie potrzeba do tego ciebie i tych twoich idiotycznych pomysłów.
    Niebieska, słysząc to zatrzymała się tuż przy poręczy. Popatrzyła dokładnie na Zieloną, mierząc ją od stóp do głów.
     Zaśmiała się.
     - A niby czemu mam cię posłuchać? Bo tak mówisz i już? Nie podoba mi się jak ta mała blondyneczka panosi się tutaj w obecności Nate'a. Nie jest jedną z nas i nigdy nią nie będzie. Twoi rodzice i Jasir powinni ją stąd natychmiast wyrzucić, najlepiej żeby zdechła gdzieś w lesie. - Heather przewróciła oczami. - I tak jej egzystencja jest marna i wierz mi, wiem, co mówię. Widziałam trochę jej wspomnień. Można z niej czytać jak z otwartej księgi, tak bardzo jest słaba i przerażona. Pięcioletni Niebieski czy jakikolwiek inny Zaprzysiężony może zrobić jej krzywdę. Nie da sobie tutaj rady. A skoro najwidoczniej Entyloni coś od niej chcieli to my nie powinniśmy im w tym przeszkadzać.
    - Jesteśmy Zaprzysiężonymi - warknęła Elena, podchodząc bliżej Heather. Jej oczy zrobiły się nienaturalnie zielone. - Naszym zadaniem jest walczyć z Entylonami, nawet jeśli ta walka nie ma sensu.  Tacy zostaliśmy stworzeni. Tu jednak w grę wchodzi życie zwykłego człowieka i  nawet jeśli Destiny jest właśnie zwykłym człowiekiem to nie masz prawa traktować ją jak swoją zabawkę.
     Heather  uśmiechnęła się kpiąco.
     - Zamierzasz cytować mi jakiś podręcznik w stylu ,,Jak być Zaprzysiężonym przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku"?
     - Wbij sobie do głowy w końcu, że ten twój parszywy Blade nikogo nie interesuje. Nikogo, tym bardziej kogoś takiego jak Des. Jest zdrajcą w sumie tak jak ty, ale jakimś cudem o tobie nikt nie pamięta. Jesteście siebie warci, ty i on. - Elena zadrżała. - Entylońskie pomioty!
     Niebieska przestała się uśmiechać. Cała się napięła, zaciskając usta. Podeszła bliżej Eleny - na tyle blisko, że Zielona mogła poczuć jak wielki gniew emanował od Heather.  Nie bała się jednak jej spojrzenia. Patrzyła na nią spokojnie, gotując się na prawdopodobny atak ze strony Niebieskiej.  Wypuściła tlen ze swoich płuc, zdając sobie sprawę, że wstrzymywała oddech zdecydowanie za długo. Miała dość chowania się. Nie obchodziło ją to, że zrobią awanturę na oczach wszystkich. Miała gdzieś, co powiedzą jej rodzice, Cromwell czy nawet Drake. Patrzyła prosto w wściekle niebieskie oczy brunetki.
     Niebieska po chwili wyprostowała się. Z jej oczu wyparowały nagle wszystkie ogniki gniewu. Patrzyła z wyższością na Elenę, nad którą zresztą  górowała wzrostem.
     - No, no.... - cmoknęła brunetka, a na jej ustach znów zagościł ten cyniczny uśmieszek. - Myślałam, że spanikujesz, jednak nie jesteś taką ofermą jak się spodziewałam. Ciekawe co się tak zdenerwowało?
     Zielona wiedziała, że Heather już nie zaatakuje. Wiedziała, że nie byłoby to dla niej korzystne.
     - Ja za to myślałam, że stać cię na więcej niż tylko na żałosne mierzenie wzrokiem - powiedziała Elena.
      Głowę trzymała prosto, z dumą wymalowaną mlecznej cerze. Heather, widząc to, uniosła brew i powoli, ocierając się o ramię Zielonej, odwróciła się w stronę wyjścia. Po chwili zatrzymała się jednak i pochyliła się do ucha Eleny, szepcząc:
       - Życzę ci, abyś kiedyś musiała wybrać pomiędzy osobą, którą kochasz, a tym, co powinnaś zrobić. Ja już musiałam kiedyś tak wybrać i wiedz, że obydwie decyzje obrócą twoje serce w proch.
       - Ty nigdy nie kochałaś. Nigdy nie potrafiłaś i nigdy nie będziesz potrafić.
       Elena poczuła drwiący śmiech Heather przy swoim uchu. Wzdrygnęła się.
       - Nie przyszłaś tutaj, by besztać mnie o to, że bawię się nowymi zabawkami. - Niebieska nachyliła się jeszcze bliżej do ucha Eleny. - Szukałaś Nate'a i miałaś nadzieję, że ci pomogę. Niestety nie, nie wiem gdzie on jest. Wiem za to, gdzie jest twój chłopczyk, niejaki Thore. Aktualnie zabawia zwykłego człowieka, pannę Destiny.
       Zielona poczuła nagłe szarpnięcie. Straciła oddech, gdy  na jej szyi zacisnęły się palce Heather. Gdy Elena zaczęła się szamotać, próbując wyrwać się z uścisku Niebieskiej, ta bez problemu mocniej zacisnęła szczupłą dłoń na gardle rudowłosej, odbierając jej ostatni oddech.
       - Nie igraj ze mną ani z Nate'em- warknęła do ucha Eleny. - Jesteś przy nas nikim. Jesteśmy starsi, mocniejsi, szybsi i mamy większe zdolności niż wy wszyscy razem wzięci. Czekaj... jak to określiłaś? - Heather uniosła lekko głowę, udając, że się zastanawia. Szarpanie Eleny nie robiło na niej wrażenia. - Ach, tak! Stać nas na więcej niż tylko na żałosne mierzenie wzrokiem.  Jeżeli jeszcze raz nazwiesz nas Entylonami,  wyrwę ci z szyi krtań, a potem powieszę cię na niej na ścianie przy  gabinecie twoich starych, rozumiesz?
        Elena szybko rozejrzała się po innych Zaprzysiężonych, którzy spokojnie przechodzili obok nich. Szybko zdała sobie sprawę, że była to sprawka Niebieskiej. Nie widzieli je.
        Serce Zielonej przyśpieszyło.
        - Rozumiesz? - Heather wysyczała jeszcze raz, mocniej ją przytrzymując.
        Elenie zaczęło brakować tlenu. Próbowała dosięgnąć Niebieską rękami, jednak ta nie pozostawała w jej zasięgu. Nagle zabrakło jej mocy. Jakimś cudem nie potrafiła nawet odtrącić ręki zaciśniętej wokół jej szyi. Stała się bezbronna i jedyne, co pozostało jej powiedzieć to:
        - Rozumiem.



     Destiny wraz z Drakiem lawirowali pomiędzy chmarą Zaprzysiężonych. On pokazywał jej frakcje, a ona próbowała go słuchać. Jednak za każdym razem obracała się w stronę środkowych schodów, mając nadzieję, że zobaczy tam Elenę. Niestety jej, anie nawet Heather nie było. Miała złe przeczucie.
      - Słuchasz mnie? - Drake trącił ją lekko w ramię, na co Destiny szybko się obróciła.
      - Jasne, że tak. - Uśmiechnęła się szybko.
      - Dobrze wiem, że nie. - Chłopak się roześmiał. Nie wyglądał na obrażonego. - Pamiętaj, nigdy nie okłamuj Zaprzysiężonego. Zwłaszcza Niebieskich. Oni są szczególnie na to uczuleni.
      - Ty jesteś Brązowym - zauważyła Des.
      - Tak.- Drake kiwnął głową.- Ale ta uwaga o Niebieskich to taka rada.
        Kiwnął głową na środkową część Notrum.
       - To mój sektor.
       - Słyszałam już trochę o was - powiedziała Des, patrząc na kilku Brązowych, którzy w dłoniach trzymali oszczepy. Kiedy ci na nią spojrzeli, ta szybko  obróciła wzrok.
       - Co takiego słyszałaś? - spytał Drake.
        - Na przykład to, że jesteście najrzadszą rasą wśród Zaprzysiężonych, macie swoją tajemnicę, a ty jesteś najmłodszy ze wszystkich Brązowych.
       W oczach Drake'a pojawił się błysk.
        - Kto ci to powiedział?
        - Heather.
        Drake mrugnął. Zacisnął usta w wąską kreskę i popatrzył gdzieś ponad Destiny. Odetchnął głęboko.
        - Uważaj na nią - mruknął po chwili i znów na nią popatrzył. Uśmiechnął się. - Wiesz coś może jeszcze?
         Destiny, trochę zbita z tropu, zerknęła na chłopaka, a potem na sektor Brązowych. Wszystko zaczęło wydawać się jeszcze dziwniejsze niż poprzednio. Nie rozumiała dlaczego się tutaj znajduje, co się stało z państwem Gray i kim, a właściwie czym są Zaprzysiężeni.
         Des odkaszlnęła cicho.
         - No cóż... z tego co słyszałam twoja rasa jest zmiennokształtna.
         - Trafiłaś w sedno. - Drake się roześmiał, a jego orzechowe oczy pojaśniały. Des zauważyła, że gdy się uśmiechał, w jego policzkach pojawiały się dołeczki. - Owszem, jesteśmy zmiennokształtnymi. Tak właściwie możemy zmienić się w każde zwierze jakie chcemy, o ile oczywiście mamy taką moc. Nie każdy ją posiada. Dopiero najstarsi Zaprzysiężeni z naszej rasy mają taką zdolność. Jednak, jak już pewnie wiesz, mało kto dożywa sędziwego wieku. Trzeba mieć szczęście... albo być tchórzem.
         - Tchórzem? - powtórzyła Des.
         - Tak.
          Drake pokiwał głową i zbliżył się do olbrzymiej frakcji Brązowych. Destiny dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak sala jest wielka. Przejście od pierwszej frakcji do ostatniej musi zajmować wieczność.
          - Jak się ta sala nazywa? - spytała Destiny, rozglądając się dookoła.
          - Notrum.
           - Ciekawa nazwa - mruknęła blondynka, zerkając ku górze. Mrok zakrywał sklepienie jaskini.
           - To po miońsku znaczy Ojczyzna - wyjaśnił Drake. - Nazwano ją tak na cześć legendarnego miejsca, w którym nasza Matka, Dahlia, przyjęła od Gedrona moc Stylionu.
          - Profesor Cromwell mi coś o tym opowiadał.
          Destiny przetasowała wzrokiem górną część Notrum, wciąż porażona niezwykłością tego miejsca. Gdy jednak obróciła się w stronę Drake'a, by spytać go, dlaczego jest tak wiele wejść do Notrum, dziewczyna zbladła.
         - Zrobiłam coś głupiego?
         - Nie, czemu pytasz?
         - Bo wwiercasz we mnie tak mocno wzrok, że aż dziwnie się czuję.
         Drake szybko obrócił wzrok, odchrząkając cicho. Nie wiedział, gdzie popatrzeć, aby nie wyglądać na speszonego. Destiny natomiast  uśmiechnęła się lekko, czując ciepło na policzkach.
         Tak, jego oczy zdecydowanie za bardzo są piękne - pomyślała.
         - Na czym to ja... a, tak - Drake przeczesał ręką włosy. - Masz rację, jestem najmłodszym z Brązowych.  W sumie to do końca nie wiadomo, dlaczego od osiemnastu lat nie urodził się żaden Zaprzysiężony z mojej rasy. Póki co nie zanosi się na żadną zmianę.
         - Masz jakieś rodzeństwo? - spytała Des, ruszając tuż obok Drake'a, który skierował się w stronę sekcji Zielonych. Przez chwilę szli bez słowa, patrząc wszędzie, byle nie na siebie nawzajem. Zapanowała niezręczna cisza, a Des zaczęła żałować, że spytała o to. Jednak, ku jej uldze, Drake odpowiedział:
         - Jestem jedynakiem. A ty?
         Destiny zbladła i odetchnęła głęboko.
         - Przepraszam, nie potrzebnie pytałem - powiedział szybko Drake. - Słyszałem, że miałaś.
         - Miała na imię Victoria - odpowiedziała mu Des, patrząc na swoje splecione palce. - Zmarła kilka lat temu. Teraz miałaby około dwudziestu lat.
         - Wychowałyście się same?
         - Tak. W sierocińcu. - Destiny uśmiechnęła się smutno. - Nie wspominam tego czasu najlepiej, ale czegoś mnie nauczył.
          - Pamiętasz swoich prawdziwych rodziców?
          - Nie, nie pamiętam. - Des przygryzła wargę. - W sumie to i lepiej.
         - Też nie mam rodziców. Umarli. Kilka lat temu.
         - Pamiętasz ich, więc pewnie musiałeś ich kochać.
         - W sumie to byłoby lepiej, gdybym ich nie znał.
         Drake zatrzymał się. Nie patrzył na Destiny, która sama złapała siebie na tym, że  studiowała jego lewy profil już od dobrych kilku chwil.
          Nie był już uśmiechnięty. Był zamyślony. Wyglądał nagle o wiele bardziej poważniej.        
           Doroślej.
          - Rozumiem cię - powiedziała po chwili i spróbowała się uśmiechnąć.
          - Mało kto to potrafi. - Drake zmrużył oczy i w końcu na nią spojrzał.
         Tym razem w jego oczach dostrzegła coś więcej niż tylko przyjazne nastawienie. Zauważyła coś, co tak bardzo widziała sama w sobie. Coś, co było oznaką smutku i samotności. To był ten błysk w oku, który różnił się tak bardzo od innych rzeczy, jakie można było znaleźć w oczach człowieka. Destiny zawsze uważała, że w spojrzeniu można znaleźć całą duszę. Teraz, gdy znalazła się w miejscu, gdzie oznaką przynależności były oczy, zdała sobie sprawę, że miała całkowitą rację.
         - Słyszałaś coś o Zielonych, czy jesteś zainteresowana tylko moją rasą? - spytał Drake po chwili.
          Odciągając od niej wzrok, zerknął na frakcję, przy której się zatrzymali.
           Wyglądała mniej więcej tak samo jak poprzednia. Była tak samo ogromna, oddzielona od sąsiadujących grubymi, kamiennymi ścianami, które były gdzieniegdzie wyszczerbione.
          - Słyszałam coś, ale nie jestem pewna czy to prawda. - Des przyjrzała się dokładnie grupce Zielonych. -  Zastanawia mnie jedno. Wszyscy wokół trenują czy co tam jeszcze robią, a ci stoją i się śmieją.
          - Oni nie potrzebują treningu - wyjaśnił Drake, zakładając ramiona na klatce piersiowej. - Przynajmniej nie takiego. Nie ćwiczą fizycznie, bo nie do tego potrzebni są w walce. Ich intelekt jest zdecydowanie ważniejszy. Schodzą do Notrum dla zasady.
          - Podobno potrafią przewidzieć przyszłość.
          - Niektórzy tylko to potrafią. Większość z nich ma zdolność zapamiętywania osób. - Widząc zdziwioną minę Des od razu sprostował: - Nie, nie w taki sposób jak myślisz. Zapamiętują ich charakter, emocje, które u danej osoby dominują. Potrafią odróżnić zwykłego człowieka od osoby ze zdolnościami. Potrafią też dobrać się do twoich uczuć, namieszać ci w nich. Ale to potrafią już tylko ci, którzy mają wyjątkowy talent.
          - Potrafią grzebać w głowie? Widzieć wspomnienia? - Destiny przełknęła ślinę.
          - Nie ich działka. To potrafią Niebiescy.
          - Heather jest Niebieską.
          Drake popatrzył na nią.
          - Co zrobiła ci Heather?
          - Nie chodzi tutaj o nią - skłamała Destiny. - Po prostu pytam czego można się po nich spodziewać.
          - No cóż... Heather w każdym razie jest wariatką. - Drake wydął usta. - To tak ogółem o niej. Natomiast Zieloni są całkiem przyjaźni, a ci od Heather nie.
          - Wszyscy Niebiescy tacy są?
          Chłopak nie odpowiedział. Kiwną głową w stronę kolejnego segmentu, dając jej w ten sposób znak, aby poszła za nim. Droga wydawała się być dość długa, a ilość Zaprzysiężonych, którzy roili się w Notrum jak w mrowisku aż ją przerażała.
          - Znasz już Elenę, mnie, Jasira i Heather - zagadnął ją brunet. - Kogoś jeszcze?
           - Nathaniela Blade - powiedziała Destiny, patrząc na kolejne schody, które znajdowały się po lewej stronie od głównego wejścia. Ilość stopni musiała byś trudna do zliczenia.
            - Blade'a? - powtórzył tępo Drake.
            - Tak. - Destiny kiwnęła głową. - Podwiózł mnie kiedyś ze szkoły, był moim sąsiadem. Oprowadził mnie nawet dziś po Agorze. A potem się gdzieś zmył.
             Drake znów się zatrzymał. Patrzył na Destiny, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Jedyne co przychodziło mu do głowy to:
             - Radzę ci się trzymać od niego z daleka. Od niego i od Heather.
             Destiny także przystanęła, mrużąc oczy. Drake wydawał się poruszony. Najwidoczniej bardzo dobrze znał Nathaniela. Dodatkowo Des miała przeczucie, że chłopak go nie lubi. Ciekawe czy wzajemnie.
             - Czy mi się wydaje czy Nathaniel też jest Niebieskim? - Destiny wsunęła za ucho niesforny kosmyk włosów. - Masz do nich jakiś uraz czy co?
             - Po prostu wiem, jacy Niebiescy są - powiedział i wskazał palcem na sektor znajdujący się tuż przed nimi. - To nasi nieoficjalni przywódcy. Rzekomo najsilniejsi i o największej mocy. Wiesz co robią? Atakują umysł. Nie, nie tak jak Zieloni. Oni wkradają ci się w wspomnienia, a ty nie jesteś nawet w stanie zauważyć, kiedy to zrobią. Przeglądają twoje życie jak album ze zdjęciami. Potrafią nawet je zmienić. Jakby tego było mało są niesamowicie silni. Tak jak i Bezrasowcy. Silni i niebezpieczni. Jeżeli nie jesteś Zaprzysiężoną lub nie wiesz jak się przed nimi uchronić, to radzę ci jedno: unikaj ich jak ognia. Mało kto z nich jest tak przyjazny jak Cromwell.
           Destiny nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Drake wydawał się być zdenerwowany. Otwarcie mówił o nich jak o wrogach jego Klanu. Nawet jej wydawało się, że stąpał po cienkiej granicy pomiędzy czczym mówieniem, a zdradliwą obrazą.
           - Byli jedyną rasą, o której do tej pory nie słyszałam  - powiedziała po chwili Des. - Dziękuję za wyjaśnienie.
           Drake przyglądał się jej, próbując odkryć, co Destiny ma na myśli.
           - Nie ma za co. - Uśmiechnął się nieśmiało. - Przepraszam za mój... wybuch.
           - Rozumiem, masz swoje powody, a poza tym jesteś tu o wiele bardziej dłużej ode mnie.
           - Zadziwiające jest to, jak świetnie się rozumiemy.
           Destiny także się uśmiechnęła.
           - Nie chcesz może zobaczyć jak trenują Bezrasowcy? Uprzedzam, to na drugim końcu Notrum, ale według mnie można wiele o nich opowiedzieć niż na przykład o mojej rasie.
           - O nich już coś wiem - odpowiedziała mu blondynka. - Jeżeli jeszcze coś usłyszę o was, to wybuchnie mi głowa, serio. Jedyne o czym marzę, to o śnie bez koszmarów. Zbyt wiele mnie dziś spotkało.
           - Odprowadzę cię - zaoferował się Drake. - Wiem gdzie masz pokój, bo spotkałem się raz z Eleną, a ona... jak to ona. Jeżeli nie masz oczywiście nic przeciwko.
           - Sama bym nie trafiła, więc cieszę się, że na ciebie wpadłam.
       
          Po kilkunastu minutach drogi w końcu dotarli do właściwych drzwi. Temat do rozmów się skończył, a jej pozostało jedynie zerkanie na niego od czasu do czasu.  Przez cały czas zdawało się, że pamięta skądś Drake'a. Teraz, miała już prawie pewność. Nie zapomniałaby ot tak kogoś takiego.
          - My się nie poznaliśmy już wcześniej? - zagadnęła Drake'a Destiny.
          - Pod szkołą, pierwszego dnia - sprostował chłopak, uśmiechając się promiennie. - Miałem nadzieję, że pamiętasz.
          - Nie byłam pewna - wyjaśniła Des. - Nawet nie wiem co ze szkołą... czy ktoś mnie szuka.
          - Jeżeli coś będę wiedzieć, powiem ci. - Drake zatrzymał się przy drzwiach do jej pokoju. Podał jej rękę. - Obiecuję.
          Destiny uśmiechnęła się do niego i podała mu swoją dłoń. Ten znów uniósł ją do swoich ust i pocałował lekko. To było dla niej coś niezwykłego.
           - Do zobaczenia, Des - powiedział i otworzył jej drzwi. - Na pewno się jeszcze spotkamy. Agora nie jest tak wielka jak ci się może wydawać.
          - Do zobaczenia.
           Destiny po raz ostatni uśmiechnęła się do niego i wśliznęła do drewnianego pokoiku, w którym świeciło już  kilka dużych świec. Pokój pozornie wyglądał tak samo jak poprzednio. Jednak coś było nie tak.
       Czuła to.
       Drzwi za nią się zamknęły, pozostawiając ją samą. Przetasowała wzrokiem pomieszczenie, nie do końca wiedząc, co jest nie tak. Czuła czyjąś obecność.
           Zanim zobaczyła, usłyszała to.
           Mała kolorowa szkatułka, którą  owijały piękne, ręcznie malowane, złote kwiaty magnolii, wydobywała z siebie cichą muzyczkę. Malutka baletnica obracała się dookoła swojej osi, zacinając się raz po raz.
           Destiny  osunęła się na kolana. Jedyne, co potrafiła zrobić to wydać  z siebie niemy krzyk.
         
           ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jaki dłuuugachny rozdział!
Ale nie było mnie prawie dwa miesiące, trzeba nadrobić! Przyjemnego czytania!

środa, 4 listopada 2015

1.18. Thore

        Wracam!
        Kto się cieszy? :)
        Wiecie, że zbliża się rocznica bloga? Dokładnie 9 listopada!
        Przepraszam za taką długą nieobecność. To cud, że tutaj wracam i jeszcze coś piszę :)
        PS. Czytasz = komentujesz!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

        - Wiem, że tu jesteś!
        Des skuliła się jeszcze bardziej w sobie, ledwie powstrzymując kolejną falę szlochu. Pociągnęła delikatnie nosem i wytarła swoją drobną dłonią zabłąkaną łzę, która powoli spływała jej po policzku. Popchnęła delikatnie ciężkie drzwi. Do wnętrza zabytkowej szafy wpadł strumyk światła, a Destiny aż zamrugała, przyzwyczajona do mroku, w którym siedziała od dobrych kilku godzin.
      - Dziwolągu!
      Dziewięciolatka szynko zatrzasnęła drzwi, kiedy do eleganckiego salonu wpadł chłopak niewiele starszy od niej. Miał pociągłą, szczupłą twarz, a jego tłuste, przydługie włosy w kolorze brudnej wody opadały mu na czoło. Rozglądał się po całym pokoju, po kolei przetrząsając wszelkie komody w sali. Des jęknęła cicho.
   Był to biologiczny syn państwa Wood. Odkąd wprowadziła się tutaj razem z Victorią, chłopak prześladował je z dnia na dzień coraz bardziej,  zaczynając zmieniać ich życie w piekło. Wymyślał różne historie na temat sierot do swoich rodziców, wrzucał im pod łóżko robactwo lub błoto, a kiedy Victoria mówiła o tym pani i panu Wood, Michael stwierdzał, iż są to oszczerstwa. Des nie domyślała się, co mogło być powodem jego zachowania. Nie robiły mu krzywdy i choć na początku próbowały się z nim zaprzyjaźnić to teraz trzymały się od niego z daleka.
     Czego on mógłby jeszcze chcieć?
     Bezgłośnie zatrzasnęła drzwi i oparła się o tył szafy, omal nie zanurzając się w starych płaszczach, które zniszczyły mole.
     Gdyby tylko mogła zniknęłaby. Prysnęłaby  jak bańka mydlana i dopiero wtedy mogłaby uciec przed tym okropnym chłopcem.
     Nie znalazłby jej.
     On, ani nikt inny.
     Po chwili usłyszała jak chłopiec przetrząsał małą komodę obok szafy, w której siedziała.  Des z trudem powstrzymała atak szlochu, który wychodził z jej płuc. Przycisnęła rękę do ust, próbując przestać się trząść. Gdzieś w tle było słychać nawoływania Victorii.
     Gdyby tylko Destiny mogła ją zawołać i jeszcze uciec z łapsk Michaela....
     - Tu jesteś, ty wstrętny bachorze.
     Drzwi szafy otwarły się na oścież, omal nie wypadając z zawiasów. Światło żyrandoli zasłonił Michael, który patrzył na Destiny z chęcią mordu w oczach. Chwycił Des za koszulkę i  siłą wyrzucił ją z szafy. Dziewczynka upadła całym ciałem na wyświechtały dywan, kurcząc się w sobie.
     - Ty mała złodziejko - warknął chłopak, kucając przy nieruchomej blondynce. - Oddawaj!
     -  Niczego twojego ci nie wzięłam - wybełkotała Des ze łzami w oczach.
     - Widziałem! Byłaś w moim pokoju, dziwolągu! Brałaś coś z niego!
    Destiny nie wiele myśląc zerwała się z podłogi, rzucając w ucieczkę. Michael był jednak szybszy. Skoczył na dziewczynkę, przez co zwalił ją z nóg. Przygwoździł ją całym ciałem do podłogi i uderzył ją wierzchem dłoni w twarz.
     - Co wzięłaś? - wysyczał.
     - Szkatułkę - wyjęczała Destiny, zalewając się jeszcze bardziej łzami. Miejsce na policzku, w którym uderzył ją chłopak zaczęło boleć. Traciła oddech pod ciężarem chłopaka. - Ukradłeś ją Vicky!
    - Powiesz mojej mamie, a zrobię ci krzywdę. - Michael wykrzywił swoje usta w okropnym uśmiechu. - I nie rób tych dziwacznych sztuczek ze swoimi oczami, bo...
      - Zostaw moją siostrę!
      Victoria popchnęła Michaela, który wpadł wprost na szafę. Destiny cofnęła się szybko, czołgając po ziemi. Wzrok zaszedł jej mgłą i wciąż nie mogła opanować oddechu. Przez chwilę słyszała jedynie krzyki chłopaka i Vicky. Jednak kiedy Des przetarła oczy rękawem, niemal znowu nie jęknęła. Victoria, z furią ukazaną na twarzy, stała przed skulonym Michaelem i kopała go jak najmocniej mogła. W prawej ręce trzymała swoją ukochaną szkatułkę, która podrygiwała wraz z uderzeniami.
     - Vicky! - krzyknęła Destiny, wstając. - Vicky, zostaw go!
     Odepchnęła ją od nieruszającego się chłopca. Victoria jednak ani myślała go zostawiać; znów ruszyła w jego kierunku, by zadać mu kolejne ciosy. Roztrzęsiona Des jednak stanęła przed chłopakiem, zatrzymując w ten sposób dwunastolatkę.
      - Victoria - powiedziała Des zachrypniętym głosem. - Zostaw go, proszę.
      - Co? - Starsza siostra aż zamrugała.. - On cię omal nie pobił!
      - Powiem mamie i tatusiowi - zajęczał chłopak, trzymając się za żebra. - Możecie się już pakować, przybłędy. Wracacie tam, gdzie wasze miejsce.

       Destiny szybko wyrwała ramię z uścisku Heather i zatoczyła się do tyłu, omal nie spadając ze schodów. Popatrzyła na brunetkę, której oczy przybrały ciemnoniebieską barwę lapis lazuli.
      - Co ty zrobiłaś? - warknęła.
      - Nie myśl sobie, że jesteś lepsza ode mnie.
      Heather zeszła jeden stopień w dół, przybliżając się do drżącej Des. Jej oczy na nowo przybrały delikatnie błękitną barwę.
     - Nie jestem byle kim, przybłędo - powiedziała po chwili, a jej wargi wykrzywiły się w drwiącym uśmieszku. - Mała, zabłąkana Destiny, ratująca rzecz swojej... siostry, tak?
     Przesunęła szczupłą dłonią po policzku Destiny, zupełnie jakby była  małym dzieckiem. Dotknęła to samo miejsce, gdzie została spoliczkowana przez Michaela, przez co Des zadrżała. Na ten widok  Niebieska przechyliła głowę w bok i wydęła usta. Już miała coś powiedzieć, kiedy nagle uśmiechnęła się szerzej i popatrzyła gdzieś prosto przed siebie - w nicość.
      - Witaj, Eleno.
      Heather przesunęła się powoli  w bok, odsłaniając Elenę, która wyglądała na lekko zdenerwowaną. Włosy miała w nieładzie, a jej brązowa koszulka była cała zmięta i pokryta kurzem. Przesunęła wzrokiem po Destiny i popatrzyła zawistnie na Niebieską, a jej oczy pokrywały się coraz to mocniejszą zielenią.
     - Gdzie Blade? - powiedziała, wciąż patrząc na Heather.
     - Nie mam pojęcia, niestety - cmoknęła dziewczyna.
    Tłum Zaprzysiężonych przedzierał się obok nich, popychając je lekko. Jednak Heather wydawała się tym nie przejmować. Stała na środku schodów, torując po części przejście. Piorunowała wzrokiem Zieloną, a ta nie pozostawała jej dłużna. Des patrzyła na nie, czując się jeszcze bardziej zagubiona. Prawe ramię, które wcześniej trzymała w uścisku Heather, było dziwnie niemrawe. Miała wrażenie, jakby straciła w nim częściowo czucie. Na dodatek znajome pieczenie policzka powróciło.
     Ale to nie było w tym wszystkim najdziwniejsze. Gdy popatrzyła w spokojne oczy Niebieskiej poczuła, że straciła władzę nad ciałem. Nie mogła odtrącić ręki Heather, kiedy ta jawnie z niej kpiła. Po prostu wciąż patrzyła w te niezwykle niebieskie oczy, powoli topiąc się w tęczówkach.
    Co to tak właściwie było? Jakim cudem Heather wkradła się do jej wspomnień?
    Des to coś przypominało. Tak postąpił pan Cromwell, kiedy chciał dowiedzieć się kim ona jest. Tylko wtedy tak nie bolało. Wręcz przeciwnie - to było uczucie, którego nie chciało się stracić. A to, co zrobiła Heather, sprawiało, że Destiny czuła się wykorzystana. Pozostawiona po części pusta i zagubiona.
     - Musimy porozmawiać - mruknęła Elena, na co Heather prychnęła.
     - O czym niby?
     Elena zacisnęła swoje dłonie w pięści. Zmrużyła oczy i popatrzyła na Heather wyzywająco. Po chwili nagle spojrzała na Destiny, która stała przed nimi, ledwie trzymając się na nogach. Wzrok Zielonej złagodniał.
     - Des, możesz nas zostawić samych?
     Destiny wzdrygnęła się i popatrzyła w górę. Elena patrzyła na nią z wyczekiwaniem. Kiwnęła delikatnie głową na znak, że będzie lepiej, jeżeli po prostu pójdzie.
    - T-tak... - wyjąkała Destiny. - Oczywiście.
    Obróciła się chwiejnie i postawiła stopę na kolejnym stopniu. Potem na kolejnych i kolejnych.Kiedy zeszła z ostatniego schodka, tłum pchnął ją jeszcze dalej.
       Rozejrzała się po sali. Z tej perspektywy wydawała się ona jeszcze większa. Des zadarła głowę wysoko w górę, próbując dostrzec sklepienie, które niestety ginęło w mroku. Kilkadziesiąt metrów niżej znajdował się rząd wydrążonych w skale ogromnych mosiężnych drzwi, które stały w równej od siebie odległości. Było ich przynajmniej dwadzieścia, jednak tylko część nich była otworzona na oścież. Niżej ich i obszernego balkonu znajdowały się schody. Były w niektórych miejscach zniszczone. Skała, z których wykuto stopnie była  gdzieniegdzie wyszczerbiona, tak samo jak ściany pomiędzy drzwiami. Jednak to w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało Des, która, pomimo lekkiego oszołomienia, była zachwycona tym miejscem. Lawirowała pomiędzy Zaprzysiężonymi, raz po raz wpadając na kilku. Kiedy wcześniej wydawało się jej, że ci patrzą na nią, teraz miała wrażenie, iż jest duchem. Nikt nawet nie patrzył na nią, idąc prosto  przed siebie. Większość Zaprzysiężonych górowała nad nią wzrostem i posturą. Niektórzy byli nawet wyżsi niż Nathaniel.     Nathaniel.
    Gdyby gdzieś tu był. To praktycznie jedyna osoba, prócz Eleny i profesora Cromwella, którą ona tutaj znała.
     Nagle coś ciężkiego wpadło na plecy Destiny, przytłaczając ją. Krzyk uwiązł jej w gardle, a Destiny wydawało się, że czas zwolnił. Spadała coraz niżej. Wyciągnęła mimowolnie ręce przed siebie i zamknęła oczy, oczekując na nieprzyjemne spotkanie z ziemią. Jednak upadek nie nastąpił. Po chwili na nowo otworzyła oczy, z niedowierzaniem patrząc na skałę, od której dzieliło ją kilkadziesiąt centymetrów. Kiedy natomiast zdała sobie sprawę, że ktoś mocno przyciska swoje dłonie do jej brzucha i klatki piersiowej straciła oddech.
    - Wszystko dobrze? - Usłyszała.
    Dłoń nieznajomego chwyciła ją za ramię niczym szmacianą lalkę, przekręcając Destiny na drugą stronę.
    Światło pochodni oślepiło Des, która zmrużyła oczy, ledwie widząc ciemny zarys postaci.  Kiedy jednak postać ta zakryła światło, dziewczyna oniemiała. Był to chłopak, najwidoczniej niewiele starszy od niej. Prawdopodobnie o rok lub o dwa lata. Jego oczy były piękne. Brązowe niczym liście drzew zmieniające barwę na brunatną. Nie były one może tak mocne jak u innych Zaprzysiężonych, ale wiedziała kim on jest. Wiedziała, że jest on Brązowym. Patrzył na nią z lekkim uśmiechem. Twarz miał posągową z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Śniada, opalona cera świetnie komponowała się z burzą czarnych jak atrament włosów. Lekko krzaczaste brwi niezwykle trafnie oprawiały jego oczy,  które Des mogła określić jednym słowem: orzechowe.
      Było w nich coś tajemniczego. Tak jakby skrywały jakąś tajemnicę.
      - Zapytam jeszcze raz. - Chłopak uśmiechnął się szerzej. Miał przyjazny uśmiech. - Wszystko dobrze?
      - T-tak - wyjąkała Des, mrugając szybko.
      - Świetnie - powiedział brunet. - A teraz, jeżeli można, muszę cię niestety postawić do pionu. Nie miałbym nic przeciwko trzymać cię tak dłużej, ale robimy widowisku na środku Notrum.
       W geście jakim wykonał było coś szarmanckiego. Trzymając jedną rękę na jej plecach, podał jej drugą. Kiedy pochwyciła jego dłoń, on zacisnął swoje palce delikatnie,  po czym wyprostował się i lekko dźwignął Destiny w górę. Uśmiechał się cały czas. Jednak nie robił tego tak jak Nathaniel, który wręcz emanował swoją sarkastyczną naturą. Brązowy wydawał się być najzwyczajniej w świecie przyjazny i miły.
       Coś nowego tutaj - pomyślała Des, patrząc uważnie na chłopaka.
       - Jesteś strasznie lekka - powiedział chłopak. - Przez chwilę miałem wrażenie, że wcale cię nie złapałem.
        Destiny poczuła, że robi się czerwona. Rozejrzała się dookoła, widząc, że niektórzy Zaprzysiężeni patrzą na nich.
       - Dziękuję za...
        - Za nie rozkwaszenie nosa o zimną skałę? Nie ma za co.- Dokończył za nią Brązowy i uniósł jedną brew w górę. - Nie przedstawiłem się. Jestem Drake Thore.
       - Destiny... Gray - powiedziała Des po chwili, czując niemiłe ukłucie w żołądku.
       Następnie Drake zrobił coś, czego dziewczyna w życiu się nie spodziewała. Posyłając jej spojrzenie spod swoich gęstych rzęs, pochylił się i podniósł jej dłoń. Pocałował ją, ledwie dotykając  skórę Des ustami.
      - Miło mi cię poznać, Destiny - szepnął chłopak, prostując się.
       Destiny zmroziło. Stała, patrząc na niego. Uczucie zagubienia i pustki zniknęło. Teraz jej serce biło jak oszalałe.
       - Tylko mój ojciec całował moją matkę w rękę - wypaliła bez namysłu.
       - Przypominam ci ojca? - Drake mrugnął. - Dzięki.
       - Ja... to znaczy....
       - Jesteś tą szarooką, o której wszyscy mówią? - Drake znów jej przerwał. Uśmiechnął się. - Wiesz, że to ja cię znalazłem? Leżałaś obok Agory, nie wiadomo skąd się wzięłaś.
       - Cóż... - Destiny uśmiechnęła się niemrawo - Więc uratowałeś mnie właśnie po raz drugi.
     
        ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
JEST KRÓTKI, ALE LEPSZE TO NIŻ NIC. 
CZYTASZ = KOMENTUJESZ!


sobota, 4 lipca 2015

1.17. Strach Uczy

 
     - A co może zrobić taka  drobna rudowłosa dziewczynka? - warknął, nachylając się ku niej. - Co ty mi możesz zrobić, ty mała czarownico?
    Elena jęknęła żałośnie, zaciskając jeszcze mocniej powieki, na co Nate zmarszczył brwi. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, z jaką siłą zaciska palce na jej drobnym ramieniu, z pewnością przynosząc jej ból. 
    Po chwili puścił ją i cofnął się kilka kroków. Zamrugał zdziwiony i, próbując się wyrwać z jakiegoś dziwnego oszołomienia, odwrócił się do niej plecami, odchodząc w głąb  najciemniejszego korytarza.
      Elena skuliła się w sobie i chwyciła za ramię.
   Strach - przemknęło jej przez myśl.
   Ze strachu przed Niebieskim przestała oddychać.
    Pochyliła się głową w dół, czując, że  jej płuca zaraz nie wytrzymają tak długiego braku tlenu.  Z trudem więc  zachłysnęła  powietrza,  kaszląc chrypliwie. Oparła się plecami o zadziwiająco zimną ścianę i zwalczyła kolejny nadchodzący kaszel. Zamknęła oczy i przełknęła ślinę. Podwinęła swoją szarą koszulkę i syknęła cicho. Na jej lewym ramieniu widniały sine plamy odciśnięte przez Nathaniela. Ból  ręki narastał, tak samo jak jej gniew skierowany w stronę chłopaka.
    Strach - uświadomiła sobie.
    Zaczęła się cicho śmiać.
   - Blade, ty cholerny dupku - wyrzuciła z siebie, po czym kaszel zdusił jej nierówny śmiech.
   Nathaniel zatrzymał się w cieniu długiego korytarza.
    Gniew, który wcześniej zaognił każdą komórkę w jego organizmie, zgasł równie szybko, co się pojawił. Nie panował nad sobą i nie wiedział co robi. Nie potrafił przejść obojętnie obok wzroku pełnego obrzydzenia i pogardy, a w oczach Eleny było tego aż nadto.  Gdyby nie pohamował swojej złości ...
    Zacisnął ręce w pięści, nie pozwalając im już na drobne drżenie.
    Nie raz przecież widział nienawiść skierowaną w jego stronę. Pełno ludzi tak na niego reagowali. Drake, czasem Jasir, Rada, większość klanu...
   Elena także.
    Więc dlaczego tym razem tego nie wytrzymał?
     Nienawiść - powtórzył Nate w myślach.
     - Cholerny, zadufany w sobie dupek. - Elena chwiejnym krokiem wstała z podłogi. - Bezrasowy Entylon.
     Nathaniel obrócił głowę i popatrzył na dziewczynę.  Stała ona na środku korytarza, a żółto-pomarańczowe światło lamp podkreślało czerwień jej włosów. Chwiała się lekko, najwidoczniej bardzo wyprowadzona z równowagi, bo gdy dostrzegł wyraz jej oczu zobaczył wielkie, niezwykle zielone tęczówki, które w pełni pochłonęły resztkę czerni w jej spojrzeniu. Przypominały błyskawice.                                                   Zupełnie takie same błyskawice jak w dzień kiedy po raz pierwszy dane mu było widzieć Destiny.
    Nate wiedział, że stał w miejscu w pełni pochłoniętym mrokiem, położonym daleko od Zielonej - tak, że nie powinna go widzieć. Jednak wydawało mu się, iż Elena patrzy prosto na niego.
      Nienawiść - powtórzył w myślach.
      - Walcz. - Usłyszał.
      Znów spojrzał na Elenę. Piorunowała go wzrokiem, a cała jej delikatność wyparowała, ustępując miejsca sile i nieposkromionej zawiści. Była gotowa do walki, widział to. I choć oboje wiedzieli, że w tym pojedynku to Nathaniel był silniejszy, to jednak zawziętość i gniew Zielonej dawała jej spore szanse.
       - Walcz - powtórzyła Elena, zaciskając zęby w oznace coraz większego szału.
       Nathaniel uniósł brew, przyglądając się Elenie niczym małemu zwierzakowi w zoo.
       Nie doceniał jej, czuła to.
       Zrobił kilka powolnych kroków w jej stronę, uśmiechając się do niej krzywo. Chwilowa wątpliwość ukazana na jego bladej twarzy zniknęła, zupełnie jakby po raz kolejny założył maskę obojętności.  Pochylił się, gotowy do biegu w stronę Zielonej, a jego oczy pochłonęła zdumiewająca głębia błękitu, która przypominała potłuczone szkło - piękne, ale boleśnie ostre.
      - Walcz - warknęła Elena, także pochylając się napiętym w oczekiwaniu ciałem lekko w przód. - Walcz!
       Nathaniel uśmiechnął się jeszcze szerzej.
       - Zdmuchnąłbym ciebie jak piórko, chochliku.
       Elena wyprostowała się i zmrużyła oczy. Nigdzie nie widziała już Nathaniela.
        Znikł. Rozpłynął się w powietrzu.
       Jedynie jego cichy, lekceważący szept obijał się jej o uszy.
       - Strach - powiedziała Elena, delikatnie dysząc.



        - Dlaczego akurat ja? - powiedział w końcu Drake. - To o wiele więcej niż nam pan wcześniej pokazał.
        Przetasował wzrokiem po raz ostatni kartkę i podszedł do biurka profesora. Położył druk na zimnym blacie, patrząc oczekującym wzrokiem na Jasira
         - A dlaczego by nie? - odpowiedział profesor, obserwując uważnie reakcję chłopaka.
        Po chwili ciszy Cromwell westchnął znudzonym głosem  i wstał z fotela. Przeszedł przez pokój i stanął przed wielką szafą wypełnioną po brzegi książkami. Drake,  natomiast zaczerpnął powietrza, obracając się głową w stronę dużych okien wychodzących na zewnątrz. Widok drzew coraz bardziej kryjących się w zachodzącym słońcu, działał o dziwo na niego kojąco. Miał on wielką ochotę po prostu wyjść z terenu Agory i odejść; ukryć się w gęstwinie zarośli i zapomnieć.
       Jednak tego nie mógł.
        Nie powinien, ani nie chciał tego wiedzieć. To było o wiele za dużo, niż podejrzewał z Eleną. Pomimo tego wiedział, że nie może odmówić. Cokolwiek to oznaczało, kimkolwiek była Destiny, to był obowiązek, który miał do spełnienia. Rozkaz Cromwella. To nie była sprawa do negocjacji, tu nie chodziło o konflikt z Nathanielem, czy problem z Eleną.
        Drake na myśl o tej dwójce  zmarszczył brwi i przyjrzał się profesorowi, który był pogrążony w odczytywaniu tytułów.
        - Czemu nie pokazał pan tego Elenie lub Blade'owi? Oni ją znają, ja nie.
         - Właśnie dlatego, mój drogi - odrzekł Jasir. - Potrzebuję kogoś, kogo ona nie zna, o kim nigdy nie słyszała... O, tutaj jest!
        Po chwili oczom Drake'a ukazała się olbrzymia księga pokryta kurzem. Profesor przetarł ją dłonią i uśmiechnął się z dumą. Podszedł do bruneta, kładąc egzemplarz
        - ,,De Eantylonus et Stealions iens in terram" - przeczytał Cromwell. - O Entylonskich i Stylionskich dziejach świata.
       
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

No i jest rozdział. Myślałam, że znowu zrezygnuję, ale jeszcze zaglądacie na bloga :) Cieszę się, naprawdę.
KTO CZYTA TEN KOMENTUJE :)

niedziela, 24 maja 2015

Jaką rasą Zaprzysiężonego jesteś? - quiz

Hej, hey, hello...czy jakoś tak.
Notka... coś tam jest, ale lepiej nie mówić, bo nie ma o czym :)
Zapraszam za to na quiz!
Jaką rasą Zaprzysiężonego właśnie ty będziesz?
Sprawdź:
Quiz
Pochwal się w komentarzu! :)
Pozdrawiam,
Brave

piątek, 1 maja 2015

1.16. Siła Prawdziwą Linią Krwi


   Profesor Jasir przechylił swój kryształowy kieliszek i jednym chaustem wypił całą zawartość swojego bursztynowego płynu.
   - Trzydziestoletnia szkocka - mruknął z aprobatą. - Wyborna.
   Odstawił kieliszek na biurko i odwrócił się twarzą w stronę swoich podopiecznych.
   - Czy naprawdę musimy słuchać tego wycia? - odezwał się Nathaniel, który opierał się o biały gzyms kominka, pocierając swoje skronie w oznace zirytowania.
    Siedząca niedaleko niego Elena, przewróciła oczami i westchnęła cicho. Zerknęła ukradkiem na Drake'a, który stał zaraz obok drzwi, w jak największej odległości od blondyna. Patrzył na Nate'a nienawistnym wzrokiem, ani razu nie zwracając uwagi na Elenę. 
     - A co ci przeszkadza słuchanie opery włoskiej, mój drogi? - spytał profesor, wkładając ręce do kieszeni. 
     - No nie wiem, może nie lubię jak ktoś śpiewa niczym kot obdzierany ze skóry. - Nate wydął usta.
     Minął Cromwella i podszedł do zabytkowego gramofonu. Chwycił za jego ramię i uniósł je, odkładając na bok. Dobitny sopran kobiety w finałowym takcie ucichł od razu , pozostawiając zebranych w ciszy. 
     - Od razu lepiej. - Nathaniel wyprostował się, a kiedy zauważył mały barek, należący do Jasira, uśmiechnął się i spojrzał w stronę profesora. - Można? 
    - Oczywiście, częstuj się. Masz w końcu dwadzieścia lat - powiedział  Cromwell, obserwując poczynania chłopaka, który, chwyciwszy pierwszą lepszą butelkę, nalał sobie trochę trunku.
    Profesor uniósł brwi.
    - Myślałem, że jesteś wrogiem picia - powiedział.
    - Byłem - odpowiedział chłopak, popijając trochę ze swojej szklanki.
   Po chwili usłyszeli ciche prychnięcie. Profesor obrócił się w stronę Drake'a, który założył ręce na piersi i patrzył wymownie na nadal niewzruszonego Nathaniela.
     - Jaki ojciec taki syn - powiedział brunet. - Bycie alkoholikiem ma widocznie we krwi. Ciekawe tylko, czy skończy tak samo.
     - Panie Thore - syknął profesor. 
     - Pochlebiasz mi, chłopczyku. - Nathaniel zaśmiał się wesoło. 
     Elena jednak zauważyła gniew blondyna. Na słowa Drake'a zacisnął on mocno swoje palce na szklance, omal jej nie roztrzaskując, a jego oczy przepełniły się gniewem. Wiedziała, że nawet profesor nie powstrzymałby złości tak silnego człowieka.
    - Profesorze Cromwell - powiedziała, wstając szybko. 
    Trzy pary zdenerwowanych oczu skierowały się na nią, a ona przełknęła ślinę, nie wiedząc co powiedzieć, by ominąć nadciągającą awanturę. 
    - Ja... chciałabym się w końcu dowiedzieć, dlaczego pan nas zechciał widzieć, profesorze.
    Jasir zmarszczył swoje krzaczaste brwi, przypominając sobie powód ich wizyty.
    - Ach, tak - mruknął.
    Wyminął Nathaniela i usiadł przed swoim biurkiem, otwierając przy okazji jedną z wielu szuflad. Przywołał delikatnym gestem ręki młodych Zaprzysiężonych, którzy podeszli do jego stolika zupełnie zdezorientowani. 
    - Po znalezieniu Destiny poprosiłem mojego przyjaciela, Marcela Hopkinsa, o parę informacji o tej młodej damie  - zaczął profesor. - Do tej pory wiadome nam było, że pochodziła ze stanu Illinois i wychowywała się w sierocińcu. Prawda, Eleno?
    - Tak. - Elena pokiwała głową.
   - Otóż, Destiny miała rodzinę. - Jasir wyciągnął przed trójką Zaprzysiężonych kartkę, w którą stuknął palcem. - Destiny Gray. Znaleziona w wieku około czterech miesięcy razem ze swoją siostrą, wówczas trzyletnią Victorią, w wieczór osiemnastego listopada tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku na schodach sierocińca w Des Plaines. Kandydatka u rodzin adopcyjnych około dwadzieścia razy, w tym dwanaście ze swoją siostrą, która zaginęła cztery lata temu. Uznano ją za zmarłą. Destiny dopiero kilka lat później adoptowało państwo Gray
    - Czyli ona i jej zaginiona siostra są Zaprzysiężonymi, tak? - spytał Drake, przyglądając się dokładnie życiorysowi spisanemu na kartce. 
    - Nie byłabym tego taka pewna - powiedziała Elena, która stała pomiędzy Nathanielem, a Thorem. - Nie wyczułam w niej naszej krwi.
    - Też byłbym skłonny stwierdzić, że jest Zaprzysiężoną, Drake. Aż do dzisiejszego ranka, kiedy z nią rozmawiałem. - Profesor westchnął i ściągnął z nosa okulary, które rzucił na stół. - Widzieliście jej oczy?
    - Są szare - mruknął Nathaniel, wzruszając ramionami. - Może jej rodzice należeli to czwartej rasy? 
     - Albo jest w połowie Entylonką - powiedział Drake, a jego słowa zawisły nad zebranymi niczym ciemne chmury. 
    - Nie - powiedział profesor, po chwili milczenia. - Sprawdzałem ją.
     - Jak to sprawdzałeś? - Elena zbladła. - Miałeś tego nie robić. Wiesz jak to ci szkodzi.
     - Nie robię tego przecież często, panno Trey. Nic mi nie jest.
     Nathaniel pokręcił głową i odszedł od stolika. 
     - Skoro nie wiesz, Jasirze, kim ona tak właściwie jest... - zaczął Nate i dopił resztkę alkoholu - W takim razie dlaczego nas wzywasz?
     - Miałem nadzieję, że i wy macie jakieś spostrzeżenia na jej temat. 
     Cromwell wstał od swojego biurka, podchodząc do olbrzymiego obrazu. 
     Był to jedyny malunek w całym jego gabinecie. Przedstawiał kobietę trzymającą w obydwóch dłoniach skromny sztylet skierowany ostrzem w dół. Blada cera kontrastowała z ciemnymi włosami, które okalały jej twarz, pomimo że były zaplecione w dwa warkocze, opadające do tyłu. Drobna twarz niczego nie wyrażała; wydawałoby się, że patrzy prosto przed siebie, tak jakby nikt nie zasługiwał na spojrzenie jej żółtych jak słońce oczu. Jednak profesor zawsze patrzył na znamię w kształcie półgwiazdy, które zajmowało jej całe ramiona i szyję.
    Dla niego to właśnie to było zagadką, która mogła zmienić przeznaczenie.
    - Ja jej nawet nie znam, profesorze - odezwał się Drake, wyrywając Jasira z zamyślenia. - Widziałem ją raz. Elena zna ją chyba najbardziej.
    - Cóż, a ja ją podwiozłem, jeśli to się liczy - powiedział kwaśno Nathaniel. 
    Wylał resztę trunku w ogień, który głośno zasyczał. Przeszedł spokojnym krokiem przez pokój i, zabrawszy Elenie i Drake'owi kartkę, przeglądnął ją pobieżnie.
    - Nic w tym specjalnego nie ma, Cromwell - podsumował Nathaniel. - Biedna dziewczyna, która  ma przyjemność obrywać od życia.  Świetny materiał na powieść dla nastolatek, doprawdy.
    - Nie wmówisz nam, że jest zwykłym człowiekiem - odezwała się Elena.
    - Tego jeszcze nie wiadomo - powiedział blondyn. - Powinniśmy poczekać na rozwój wydarzeń. 



       
     - Zmiennokształtni? - powtórzyła Destiny.
     Popatrzyła na Heather, a potem na Zaprzysiężonych w środkowej części jaskini.
     W wyglądzie nie różnili się niczym od pozostałych, jednak ich ilość była zaskakująco mała. Nie było wśród nich dzieci, tylko sami dorośli mężczyźni i kobiety. Stali w dwóch małych grupkach po przeciwnych końcach swojej sali, nie rozmawiając ze sobą. Wyglądali na skłóconych, przez co Des wydawało się, że atmosfera w tamtym sektorze jest jeszcze gorsza niż w pierwszym segmencie.
    - To najrzadsza rasa Zaprzysiężonych - powiedziała Heather, nagle ożywionym głosem. - Podobno ważniejsza nawet od Zielonych. Są prawie na wymarciu.
     - Na wymarciu? - Destiny zamrugała.
     - Umierają młodo, a na dodatek od jakiś osiemnastu lat żadna Brązowa nie doniosła ciąży - wyjaśniła brunetka. - Na przykład w mojej rasie co roku rodzi się kilkanaście dzieci. Nie żeby coś, ale to naprawdę robi się męczące, kiedy co chwilę jest świętowanie w domku ....                                        Des zignorowała jej dalsze opowieści i podeszła bliżej barierki, która dzieliła ją od zejścia w głąb jaskini. Położyła dłonie na chłodnym metalu poręczy, opierając się o nią. Cały czas patrzyła na centralną część miejsca, omal nie otwierając usta ze zdziwienia.
Jeden z mężczyzn należący do rasy Brązowych wyszedł na sam środek, ściągając z siebie koszulkę, którą rzucił daleko od siebie. Oczom Des i zebranych ukazało się kilka wielkich szram na plecach czarnowłosego, zupełnie jakby jakieś ogromne zwierze przecięło jego skórę pazurami. Jednak oglądanie jego blizn nie trwało długo. Nagle zamiast mężczyzny w centrum wielkiej hali stało wielkie zwierze, podobne do niedźwiedzia.
     Destiny omal nie krzyknęła z oniemienia.
    - Jak on to zrobił? - spytała zdziwiona, odwracając się w stronę Heather.
    Brunetka zmrużyła oczy i podeszła do barierki obok Des, stając prawie przy schodach prowadzących w dół.
    - Co takiego? - spytała.
     - To. - Des wskazała ręką na wielkiego niedźwiedzia, krążącego  po środku segmentu Brązowych. - On po prostu się przeistoczył! Był tam zwykły mężczyzna, a potem,w tej samej sekundzie,było już to zwierzę!
     - Tym są właśnie Zmiennokształtni.  Im większe mają doświadczenie, tym w więcej zwierząt mogą się zmienić-wyjaśniła Heather. - Czy coś takiego.
     - Ale jak? Jak to ....
     - Ich przemiana jest nie zauważalna dla ludzi i nawet Zaprzysiężonych - przerwała jej Heather, znów przewracając oczami. - Trwa ona zaledwie kilka setnych sekundy, choć podobno dla Brązowego to bardzo długi czas.  Nie wiem czy boli, nikt z nich nigdy tego nie powiedział. To ich tajemnica. Każda rasa ma swoją tajemnicę i tego się trzyma. Totalne nudy w każdym razie
     - Więc ich rasa jest już na wymarciu - powiedziała cicho Des, przyglądając się paradującemu po prawej części bloku Brązowych.
     - Znasz Drake'a Thore? - spytała Heather.
      - Nie.
      - To jest właśnie najmłodszy Brązowy - wyjaśniła brunetka, po czym nachyliła się bliżej Des. - Straszny pechowiec. Stracił rodziców, a potem związał się z Eleną Trey, Zieloną. To straszna wariatka! Pogubiła się w swoich zdolnościach. Nie zdziwię się, jeśli w końcu wyląduje u Bezrasowców.
      - Znam Elenę. - Des zacisnęła wargi. - Nie wydaje się być większą wariatką niż ty, czy inni Zaprzysiężeni.
     - Cóż, już wiem dlaczego jesteś taka dziwna - skwitowała Heather i cmoknęła. - Biedna. Gdybyś nie znała tej całej Trey to może byłabyś lepsza.... Ale wiesz co? Mam do ciebie prośbę!
    Destiny prychnęła zdenerwowana i przeszła obok brunetki. Popatrzyła na grupkę Zaprzysiężonych, stojących przy wejściu w nadziei, że gdzieś znajdzie Elenę lub chociaż Nathaniela. Jednakże nie było tam nikogo, kogo mogłaby znać. Skierowała się jednak w stronę schodów, ignorując wołanie Heather.
     - Poczekaj!  - zapiszczała brunetka, stając tuż przed Destiny.
      - Czego chcesz? - burknęła Des, zatrzymując się na trzecim stopniu.
     - Boję się, że ta wariatka Elena chce odbić mojego Nate'a - wyszeptała gorączkowo Heather. - Więc skoro ją znasz i w ogóle to czy mogłabyś jej powiedzieć, żeby go zostawiła?
      Destiny popatrzyła na brunetkę tak, jakby usłyszała największy bezsens świata. Skąd miała wiedzieć czy Elena nawet zna Nathaniela?
      - Ta...jasne - mruknęła blondynka, mając nadzieję, że Heather da jej w końcu  spokój. - Jak tylko spotkam Elenę to jej to powiem.
      - Świetnie!
      Destiny zmusiła się do uśmiechu i już miała odejść,gdy nagle długi palec Niebieskiej wbił się jej w ramie.
      - Ty też masz go zostawić - powiedziała wyjątkowo groźnym  głosem. - On jest mój.
      - Rozumiem - powiedziała Des,  zabierając jej palec ze swojego ramienia.
      Heather klasnęła w dłonie, cała rozpromieniona, natomiast Destiny na usta cisnęło się jedno jedyne słowo opisujące dziewczynę.
    Nagle, ku zdziwieniu blondynki, Niebieska chwyciła ją za ramię.
     Wtedy nastąpił mrok.
 


    - Nie uważasz, że przez cały dzisiejszy dzień musimy się widzieć zdecydowanie częściej niż przez ostatni rok? - spytał Nathaniel.
     Jego cień odbił się o drewnianą ścianę, kiedy wszedł do słabo oświetlonego korytarza.
    - Uwierz mi, nie czerpię przyjemności z oglądania twojej wrednej buźki - odpowiedziała Elena, skręcając w kolejne przejście.
     Uśmiechnęła się do przechodzącego Zaprzysiężonego, który na widok Blade'a wziął głęboki oddech, wykręcając głowę w tył, by przyjrzeć się dokładniej blondynowi. Nathaniel natomiast, udając, że tego nie widział, splótł ręce za plecami i przybliżył się do Eleny, na co ta wykrzywiła się lekko, przyśpieszając kroku. 
   - Jestem ciekaw co... a może kto sprawił, że jesteś tak niewybaczalnie okropna. - Nate uśmiechnął się złośliwie. - Biedna Elena. Co ta miłość robi z człowiekiem.
     - Co ty możesz wiedzieć o miłości? - Rudowłosa prychnęła.
    - Nie urodziłem się potworem - powiedział Nathaniel i roześmiał się cicho. - Nie jestem też zagubionym dzieckiem tak jak ty. 
     Elena spiorunowała go wzrokiem.
    - Nie prowokuj mnie, Entylonie - powiedziała. - Należę do Zielonych. A ty jesteś tylko zwykłym zdrajcą, którego łatwo zniszczyć.
    Złośliwy uśmieszek znikł z twarzy Nate'a. Zatrzymał się nagle i złapł Elenę za ramię, przypierając ją mocno do ściany. 
   Oddech dziewczyny zrobił się płytki; patrzyła na niego z coraz większym strachem, zaczynając powoli żałować swojej groźby. Wzrok Nate'a zaczął mętnieć, przybierając ciemnej barwy granatu. Kiedy zbliżył się do Eleny jeszcze bardziej, ta zachłysnęła się powietrzem i zamknęła oczy. 
    - A co może zrobić taka  drobna rudowłosa dziewczynka? - warknął, nachylając się ku niej. - Co ty mi możesz zrobić, ty mała czarownico?
    Elena jęknęła żałośnie, zaciskając jeszcze mocniej powieki, na co Nate zmarszczył brwi. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, z jaką siłą zaciska palce na jej drobnym ramieniu, z pewnością przynosząc jej ból. 
    Po chwili puścił ją i cofnął się kilka kroków. Zamrugał zdziwiony i, próbując się wyrwać z jakiegoś dziwnego oszołomienia, odwrócił się do niej plecami, odchodząc w głąb  najciemniejszego korytarza.
     

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak, tak...wiem. Nie było mnie tu ponad miesiąc i raczej wątpliwe, że ktoś czeka. Miałam okropny zastój w pisaniu. Nie potrafiłam skleić żadnego sensownego zdania i szczerze powiedziawszy nie jestem zadowolona z tego rozdziału. Czytając wszystkie rozdziały opublikowane do tej pory, też nie jestem zadowolona. Nie dziwię się, że liczba czytelników spadła. 
No cóż.... trzymajcie za mnie kciuki i oczekujcie nowego rozdziału już za tydzień ;)


    
    
    
   
   
    

sobota, 14 marca 2015

1.15. Uświęcone Grzechy

         

 Tereny Germanii, zima 168 roku

   - Alma. 
  Entylonia otwarła oczy i spojrzała na swojego sługę, który, zauważywszy jej ostre spojrzenie, spuścił głowę w dół i cofnął się ostentacyjnie. Dopiero teraz zorientowała się, że powóz, w którym się znajdowała stanął, a z drzwi otwartych przez jej famulusa*  zawiał zimny wiatr. Pani owinęła się szczelniej swoim wełnianym płaszczem i skinęła głową na młodą niańkę, która była obok niej. Ta zerwała się z siedzenia i przebiegła przez bennę do drobnego łóżeczka, na którym leżało małe zawiniątko. Po chwili rozległ się płacz dziecka, na co Entylonia przymknęła oczy i potarła ze zdenerwowania swoje skronie. 
   - Jakież wieści przynosisz, Klantonie? Dlaczego zatrzymaliśmy się w  podróży?
   - Pani - powiedział raz jeszcze sługa, kłaniając się czarnowłosej. - Dziewięć nocy dzieli nas jeszcze od opuszczenia kresów Germanii. Plemiona Fryzów, do których doszły pogłoski od podbitych przez nas Ubiów, pragną dołączyć do wielkiej chwały twojej, Najlitościwsza. Nie chcą krwawej walki.
   Entylonia odetchnęła głęboko i spojrzała na sługę, który patrzył wszędzie, byle nie prosto w oczy swojej władczyni. Po chwili uśmiechnęła się beznamiętnie i zaczęła podnosić się z siedzenia. 
     - A co z ludem Mionów? Gonią za naszym śladem?
     -  Z tego co zapowiedział twój inny sługa, a zarazem dowódca wojsk, Larton, plemiona dołączone do nas na obrzeżach wielkiej wody skutecznie odepchnęły ataki nieprzyjaciół.  Zaprzestali szukania naszej zguby od kilku miesięcy.
     - Nie zaprzestali. 
     Entylonia ruszyła wolnym krokiem przed siebie, prosto do młodej służki, która trzymała w rękach dziecko. Czarnooka na widok niemowlęcia skrzywiła się nieco i, obróciwszy się do nich plecami, spytała Klantona: 
    - Są jakieś wieści o tej całej wieszczce znad Dunaju? Dołączyła do nas?
   - Tak, pani. Dołączyłam.
    Na dziwnie skrzeczący kobiecy głos  Entylonia obróciła się w stronę drzwi. Jakieś kilka metrów od niej stała postać, którą ciężko było nazwać człowiekiem. Było to pokraczne stworzenie; przykurczone, ledwie dosięgające do pasa Entylonii. Na głowie miała coś na wzór gniazda dla ptaków. Mysie włosy poplecione w ogrom małych splotów potargane były przez liście i gałązki, które wydawały się jej wyrastać ze skóry. Twarz miała całą pomarszczoną, cudem odkrywającą brązowe oczy bez jakiejkolwiek bieli. W drobnej, powykrzywianej ręce dzierżyła większą od niej prostą laskę. Odziana w szatę  w kolorze zgniłej zieleni, która pobrudzona była błotem i czymś w kolorze czerwieni, uśmiechała się do władczyni przerażająco.  Odsłoniła swoje ostre zęby jak u rekina i spojrzała głodnym wzrokiem na młodego chłopca, który odsunął się od niej najdalej jak mógł. Na widok zachowania sługi władczyni, wieszczka prychnęła i zwróciła się z powrotem do Entylonii.
    - Jam jest Trantela znad Dunaju. Jedyna i ostatnia nieśmiertelna wieszczka z ludu Lanterańskiego, wymarłego setki lat temu. 
     - Witaj, Trantelo. - Entylonia wyprostowała się. - Szybko dotarłaś. 
     - Gdy zawiadomiono mnie, że nagroda będzie syta... - Trantela ukradkiem spojrzała na brązowowłosego chłopca - Ruszyłam najszybciej jak się dało.
     - Cóż za szkoda, że mój oddany goniec nie wrócił już z twojej krainy - powiedziała Entylonia wykrzywiając się mimowolnie. - Jednak to nie jest ważne. Musisz coś dla mnie zrobić.
      - Pochodzę z rejonów, w których obowiązywała zasada wybrania zapłaty w zamian za usługę. 
      Entylonia uśmiechnęła się.
      - Wybierz - powiedziała.
     Trantela mlasnęła swoim zielonym jęzorem, oglądając się po bennie. Zatrzymała się głodnym wzrokiem na dziewczynie, która w kącie powozu uspokajała cicho łkające dziecię. Na ten widok wieszczka potrząsnęła swoją małą główką, by następnie spojrzeć znów na chłopca kulącego się obok siedzenia swojej pani. 
     - Chcę jego - zaskrzeczała, oblizując usta. 
     Entylonia spojrzała na Klantona, który zbladł całkowicie i zaczął nerwowo kręcić głową.
     - Pani, błagam! - załkał, rzucając się u stóp Entylonii. - Uratuj mnie, pani!
     - Dobrze więc. - Entylonia cofnęła się spokojnie od Klantona, który jęknął żałośnie. - Oto twoja zapłata, Trantelo. 
     Wieszczka podeszła bliżej chłopaka i chwyciła go za szatę, ciągnąc  do siebie. Klanton krzyknął i zaczął drapać paznokciami drewnianą podłogę, przez co ogromny powóz zaczął się trząść. Niańka, siedząca na jego drugim końcu, zasłoniła ręką usta, by nie krzyknąć z przerażenia, natomiast Entylonia wyglądała, jakby oglądała jakieś świetne widowisko. 
     Kiedy jednak Klanton znalazł się wystarczająco blisko Trantelii, by poczuć jej niesamowity smród, Entylonia powiedziała:
     -Dosyć. On na końcu. Najpierw dziecko. 
     Trantela puściła go od niechcenia i bez słowa skierowała się w stronę niańki, która trzymała niemowlę. 
     - Co ty robisz, Trantelo? -  warknęła Entylonia.
     - Nie dowiem się kim ten bachor jest, dopóki go nie zobaczę. - Trantela podeszła bliżej dziewczyny z dzieckiem, która zamarła, przyciśnięta do ściany.
     Entylonia zacisnęła usta w wąską kreskę, patrząc uważnie na wieszczkę. 
     - Firen, pokaż jej moje dziecko - powiedziała.
     Niańka przełknęła głośno ślinę, a głośne bicie jej serca wydawało się być słyszalne w całej bennie. Po chwili wahania uklękła tuż przed Trantelą, na tyle blisko, by stworzenie mogło zobaczyć niemowlę. Ta natomiast, kiedy ledwie rzuciła okiem na córkę Entylonii, krzyknęła swoim skrzeczącym głosem i cofnęła się aż do drzwi, mówiąc w jakimś dziwacznym języku swoje modlitwy. 
     Entylonia zmarszczyła brwi. Zebrała w dłonie dół swojego płaszcza i przeszła obok kulącego się w sobie Klantona. Ukucnęła tuż przed przerażoną wieszczką, przyglądając się jej dokładnie. 
     - Cóż? - spytała, marszcząc brwi. 
     - Maledictus mali. Contritio! - krzyknęła Trantela, patrząc z przerażeniem na zawiniątko w rękach zdzwionej Firen. - Wcielenie zła, pani. Urodziłaś potwora. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

    Des po chwili parsknęła śmiechem, któremu zawtórowali inni zebrani. Słysząc śmiechy, brawa, a nawet gwizdy, Nate oderwał się od Heather, na co ta uśmiechnęła się szeroko, głaszcząc jego policzki obiema dłońmi.
     - Heather? - wykrztusił z siebie Nathaniel, marszcząc przy tym brwi. - Co ty do jasnej cholery robisz?
     - Tak dawno cię nie widziałam, Nate. - Brunetka przesunęła dłonie na jego barki, patrząc na niego z uwielbieniem. - Nie masz pojęcia jak bardzo te cztery miesiące były dla mnie piekłem.
     Nathaniel cofnął się od niej, omal nie zderzając się z Destiny.  Dopiero wtedy Heather na nią spojrzała, marszcząc przy tym brwi.
     - A ty to kto? - spytała, wciąż patrząc nienawistnym wzrokiem na Des.
     - Jestem.... - zaczęła dziewczyna, ale przerwał jej Nate.
     - Dlaczego mnie pocałowałaś? - warknął.
     Heather oniemiała, patrząc zdziwionym wzrokiem na blondyna. Podeszła bliżej niego i zaczęła coś mówić. Des natomiast cofnęła się od nich i rozejrzała się po sali.
     Była ogromna. Setki ludzi tłoczyło się w niej, rozmawiając lub trenując.Des dopiero teraz zauważyła, że cała jaskinia była podzielona na cztery segmenty.  Niektórzy trzymali w dłoniach różne bronie, począwszy od włóczni, a skończywszy na wielkich połyskujących mieczach. Atakowali nimi przeciwników, którzy bez żadnego uzbrojenia z łatwością uciekali przed ciosem. W tej, na którą patrzyła  trenowali praktycznie sami mężczyźni, z wyjątkiem kilku kobiet. Nikt tam nie rozmawiał - wszyscy wydawali się być poważni i skupieni na zadawaniu ciosów lub trenowaniu rzutów. Destiny przypominali oni Spartan, o których lubiała czytać lub słuchać na lekcjach historii prowadzonych w szkole niedaleko sierocińca. Jednak samo wyobrażenie nie mogło dorównać widokowi muskularnych postaci walczących ze sobą tak zaciekle.
       - To nasi żołnierze  - mruknęła Heather, zatrzymując się obok niej ze znudzoną miną. - Nie mają żadnych specjalnych zdolności, prócz samej przynależności do Zaprzysiężonych. Trenują więc jak prawdziwi wojownicy, ale jeżeli przyjdzie wojna stają oni w pierwszym rzędzie pewni swojej śmierci.
       Des zerknęła na nią ukradkiem. Niebieskie oczy odbijały światło wielkich pochodni,a  kręcone włosy idealnie układały się jej na ramionach, o czym Destiny mogła pomarzyć.  Śniada cera wydawała się być jeszcze ciemniejsza przez niezbyt jasne światło.
       - Gdzie Nathaniel? - spytała Des.
       - Przyszła Trey  i go zabrała. - Heather wydęła usta. - Cromwell chce z nim o czymś porozmawiać.
       Destiny pokiwała głową i znów spojrzała na salę. Tym razem patrzyła na drugi z lewej strony segment, w którym ludzie śmiali się i rozmawiali bardziej niż reszcie pozostałych stanowisk.
       - A to zielonoocy - wtrąciła się Heather. - To tacy jakby czarodzieje.
       - Nate powiedział, że nie ma magii.
       - Może źle się wyraziłam. - Brunetka przewróciła oczami.- Ale magia istnieje. Z niej powstaliśmy. Jednak nie ma już czarodziejów czy czarownic. Nigdy więcej. Zielonoocy są bardziej związani z magią niż inni Zaprzysiężeni. Potrafią przewidzieć przyszłość, wyczuć charakter ludzi, poczuć ich złość, gniew, strach czy szczęście. Osłabić ich i psychicznie skrzywdzić. Są potężni, ale nie niezniszczalni.
      Destiny przesunęła wzrokiem po śmiejących się Zaprzysiężonych. Wyglądali na miłych ludzi. Jak mogliby więc skrzywdzić kogoś?
      - A tam są brązowoocy. - Heather wskazała ręką na sąsiedni segment. - Zmiennokształtni.
   



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Miało być trochę więcej, ale rozdział wydawał mi się za długi (nie lubię takich) ;)
Mam nadzieję, że się podoba.
 Zapraszam do dołączenia: Grupa

    
     
    
   
  

sobota, 7 marca 2015

1.14. Bolesny Pocałunek


Nathaniel znów opierał się o drewniane ściany korytarza, tupiąc nogą z niecierpliwienia. Stał tuż obok drzwi do pokoju Destiny, na które zerkał co chwilę z nadzieją, że ta drobna szarooka istota w końcu wyjdzie. Chciał mieć już to za sobą. Pokazałby jej kilka sal treningowych i głównych pokoi,  a jeśli napatoczyłaby się gdzieś Elena oddałby jej dziewczynę i uciekł. Byłby  wolny i mógłby w końcu opuścić teren Agory i nie pokazywać się tam przez najbliższy miesiąc.
   Kiedy jednak przypomniał mu się obraz tej drobnej dziewczyny, która jeszcze zaledwie jakieś dziesięć minut temu patrzyła na niego ze zdziwieniem wymalowanym na jej delikatnej twarzy, uśmiechnął się.  Widok jej szarych jak hematyt oczu  zdawał się na trwale pozostać w pamięci. Jednak przez chwilę Nate'owi wydawało się, że całą jej szarość w spojrzeniu zalała ciemność, która zniknęła równie szybko co się pojawiła.
   Czyli po raz kolejny, pomyślał Nate, opierając się głową o zimną ścianę.
    Po chwili prychnął zdenerwowany. Wiedział, że nie może już nigdy więcej odejść. Został zobowiązany. Wydano na niego wyrok i nie może nic już z tym zrobić.
   A może jednak jest nadzieja? Nadzieja na..
    - W końcu - mruknął, kiedy zobaczył Destiny wychodzącą z pokoju.
    Spojrzała na niego spod lekko przymrużonych powiek i znów spuściła wzrok, gapiąc się prosto wpodłogę.  
    Bez wątpienia było jej głupio za poprzednią sytuacje - domyślił się blondyn.
    Z trudem ukrył swój uśmiech, starając się znowu nie przypomnieć sobie jej w samym ręczniku zaledwie kilka metrów od niego. Szczerze powiedziawszy dla niego też było to niezręczne. Mógł się przecież domyślić, że zastanie ją w takiej sytuacji! Przecież nie bez powodu Elena miała dla niej ubrania.  Tylko dlaczego mu o tym nie powiedziała?
    Nagle w umyśle Nathaniela mała żółta lampka zaczęła migać ostrzegawczym światłem.
    Ten mały magiczny rudzielec go oszukał!
    Nathaniel zacisnął dłonie w pięść, a kiedy Destiny odkaszlnęła znacząco zorientował się, że od kilku dobrych chwil muszą tu stać.
    - Ja...- zaczął i  znowu prychnął. - Po prostu chodźmy.
    Bez słowa więcej obrócił się na pięcie i ruszył korytarzem. Destiny - domyślając się, że ma za nim pójść - westchnęła zrezygnowana i pośpieszyła za nim.
    - Gdzie idziemy? - spytała, kiedy go dogoniła.
    - Pozwiedzać - mruknął.
    Był znacznie wyższy od niej. Choć wydawał się szczupły, to pod jego czarną koszulką wyraźnie zarysowane były mięśnie ramion i szeroka klatka piersiowa.  Niezbyt ostre rysy twarzy z połączeniem blond włosów, podobnych słonecznym kolorem do loków Des, nadawały mu zbytnio poważny wygląd. Niewątpliwie był przystojny, choć zdaniem Des wyglądałby on znacznie lepiej, gdyby tylko nie patrzył z wyższością  i odrazą na każdego, którego mijali. Szli korytarzem, który przypominał jej  raczej urocze, ale zarazem ogromne i rozległe mieszkanko hobbickie, o którym czytała w swojej ulubionej książce.
   Ciekawe czy mają tak ogromną spiżarnię jak u Bilba Bagginsa? - pomyślała i mimowolnie się uśmiechnęła.
   - O czym myślisz?
   Kiedy usłyszała chłodny i pełen rezerwy głos, podniosła głowę i napotkała wzrok Nathaniela. Patrzył na nią z uniesioną lewą brwią, oczekując aż ta mu w końcu odpowie.
   - O książkach. - Destiny wzruszyła ramionami. - Jeżeli nie wiem o czym mam myśleć, to myślę wtedy o książkach.
   - Interesujące - powiedział, a Des wydawało się, że jego głos przybrał nieco łagodniejszą barwę.
   Przyglądał się jej jeszcze chwilę, a  Destiny, czując się trochę nieswojo pod tym jego chabrowym spojrzeniem, założyła ręce na piersi i znów wbiła wzrok w podłogę. Chłopak, widząc to, odwrócił głowę lekko nią kręcąc.
    Korytarzy było tak wiele, że Des nie miała pojęcia jak to możliwe, że ci wszyscy ludzie, których mijała, a także sam Nathaniel się jeszcze nie zgubili. Chłopak natomiast z łatwością prowadził ją w coraz to kolejne przedsionki.
   - To iluzja - odpowiedział Nate na niewypowiedziane pytanie Destiny. - Tak naprawdę cały ten budynek jest wąski i strzelisty w górę.
   - Jak to możliwe? - Des zamrugała zdziwiona, omal się nie zatrzymując.
   - Z tego co wiem zostałaś podobno zaatakowana przez Entylonów i prawdopodobnie jesteś jedną z nas. - Blade spojrzał na nią. - Pytasz mnie więc jak to możliwe? Myślałem, że nic nie zdoła cię już zaskoczyć.
   - Wiesz, spotkałam w swoim życiu wiele dziwnych rzeczy, ale nadal mnie coś zaskakuje. Zwłaszcza jak spotykam dziwną rudowłosą dziewczynę, która mnie prześladuje, a za kilka dni budzi mnie w jakimś nieznanym  miejscu, próbując wcisnąć mi jakieś zioła.
   Destiny zatrzymała się i  spiorunowała go wzrokiem, zupełnie zapominając o jej wcześniejszym zażenowaniu w związku z ich wcześniejszym spotkaniem. Chłopak natomiast popatrzył na nią nieodgadniętym wzrokiem, a po chwili zaczął się śmiać.
   - Mówisz pewnie o tej rudej zołzie. - Nathaniel parsknął i uśmiechnął się szeroko. -  No tak ona na każdego tak działa. Nie chcesz wiedzieć, co się wydarzyło kiedy ja pierwszy raz ją spotkałem.
    - Ruda zołza? - powtórzyła Des, mrugając przy tym ze zdziwienia.
    - Nazywam ją tak, bo jest tak samo urocza jak wymiociny. - Nate znów ruszył wzdłuż korytarza, a za nim Des. - Mam jeszcze wiele innych dla niej przezwisk. Na przykład mała rudowłosa wiedźma, długonoga małpa, damska wersja Merlina... o, albo ,,kapitan  hokus-pokus"
     - Ona jest czarownicą?
     - Nie, skądże - powiedział Nate i zmarszczył brwi. - Nie ma takiego czegoś jak czarownica. Elena po prostu ma taki... charakter.
    - Nie wydaje mi się być jakoś szczególnie zła.
    - Bo jeszcze nie zalazłaś jej za skórę.
    Nate znów obdarował Destiny swoim prawie przyjaznym uśmiechem, na co ta nieśmiało także się uśmiechnęła.
     Później rozmowa przestała się kleić. Nathaniel zaczął jej opowiadać o historii Zaprzysiężonych, ale kiedy Des powiedziała mu, że profesor Cromwell raczył jej już o tym powiedzieć, wykrzywił usta i zamilkł. Mijali to coraz więcej osób, którzy patrzyli na Destiny z zainteresowaniem w oczach. Najwidoczniej informacja o niej już się rozeszła. Des przełknęła narastającą gulę w gardle i starała się nie zwracać na nich uwagi. Czuła się pomimo tego jak w pierwszym dniu szkoły w każdym miasteczku w jakim miała okazję przebywać. Doskonale pamiętała, jaką furorę zrobiła, kiedy państwo Mickney, którzy zajmowali się nią przez niecałe dwa miesiące, podstawili ją pod liceum w Toronto. Zainteresowanie jej osobą nie byłoby takie wielkie, gdyby nie fakt, że przy samym wejściu zaliczyła glebę, potykając się o niewidzialną przeszkodę. Pech chciał, że gdy chciała zamortyzować upadek chwyciła się pierwszej rzeczy jaką napotkały w swoim zasięgu jej ręce. W ten oto sposób zawiniła Mandy, miejscowej gwiazdeczce, na którą wylała przypadkiem milkshake. Kolejne tygodnie w tamtej szkole były udręką.
    Na wspomnienie tamtych czasów Des aż się wzdrygnęła. Zerknęła na przechodniów, którzy na szczęście przestali w końcu się na nią gapić. Patrzyli oni jednak na Nathaniela, który jak gdyby nic szedł prosto przed siebie.  Wzrok tychże ludzi był, delikatnie mówiąc, nieprzyjazny. Kilka osób szeptało coś między sobą, a Des doskonale słyszała jak często wypowiadają imię blondyna. Dopiero teraz  Destiny zorientowała się jak bardzo oczy Zaprzysiężonych były wyraziste - pełne głębokich barw, czyste i nienaturalne, a zarazem przyciągające.
      Destiny nie mogła oderwać od nich wzroku. Była pewna, że żaden zwykły człowiek nie mógłby mieć takich. Po chwili zdążyła już zauważyć, że ich kolory oczu powtarzają się. Niektórzy mieli spojrzenie jak Nathaniel; przesiąknięte błękitem niczym kwiat niezapominajki. Jeszcze inni oczarowywali ją głębią onieśmielającej, jednakże żywej zieleni. Jednak to brązowe oczy robiły na niej największe wrażenie. Wydawały się być najbardziej tajemnicze, a zarazem smutne. Pełne siły i powagi.
     - Jeżeli będziesz nadal się na nich tak gapić to pomyślą, że chcesz coś im zrobić - mruknął cicho Nate.
     Nagle skręcił w lewo. Znaleźli się w pustym korytarzu,  a  Des zauważyła, że na przeciwko ich stały wielkie mosiężne wrota.
    Do ich otwarcia potrzeba chyba kilkuset osób - pomyślała Destiny, patrząc na piękne ornamenty, które zdobiły drzwi. Nate bez słowa przeszedł korytarz i stanął przed nimi. Odwrócił głowę i spojrzał na Des, kiwając głową, aby do niego podeszła. Po chwili wahania znalazła się przy nim.
     - Tutaj trenujemy - powiedział, wskazując na pomieszczenie kryjące się za wrotami.
     Chwycił za duże koła po obu skrzydłach i szarpnął je mocno. Po chwili cofnął się, a drzwi zaczęły otwierać się same. Ich oczom ukazała się ogromna sala, która z powodzeniem mogłaby pomieścić tuzin boisk do koszykówki. Wszystko wydawało się być jakby wydrążone w skale, co było niezwykłym kontrastem w porównaniu z drewnianymi pokojami i korytarzami, w których wcześniej Des się znajdowała.      Kilkaset pochodni przymocowanych do ścian jaskini płonęło okazałym ogniem, który doskonale oświetlał całą salę i rzeszę ludzi znajdujących się w niej.  Des trudno było to wszystko ogarnąć wzrokiem. Nate natomiast, widząc oniemiałą minę Destiny uśmiechnął się.
    - Imponujące, prawda?
    Destiny przeniosła zdziwione spojrzenie na chłopaka. Jej zaskoczenie zmieniło się w grymas dezaprobaty.
    - Musisz się tak ciągle szczerzyć?
    - Po prostu lubię się uśmiechać. - Nathaniel uśmiechnął się jeszcze bardziej.
   - Gdyby to było przyjazne uśmiechanie się to bym to zrozumiała - powiedziała Des. - Jednak ty uśmiechasz się, żeby pokazać swoją sarkastyczną naturę i  pogardę do wszystkich, którzy cię otaczają.
     Nate przestał się uśmiechać. Zacisnął szczękę, a jego niebieskie oczy pociemniały.
     Destiny cofnęła się i przełknęła głośno  ślinę.
     - Nie wiesz o mnie nic co.... - zaczął.
      Nagle głośny pisk przeciął powietrze, sprawiając, że gwar tysiąca osób ucichł. Nathaniel obrócił się, a Des przeszedł dreszcz wywołany tym dziwnym dźwiękiem. Stanęła obok blondyna, a po chwili oczom jej i Nate'a ukazała brunetka, przepychająca się przez tłum.
      - Nate! - krzyknęła.
    Wpadła na chłopaka, przytulając go mocno. On natomiast, mocno zdezorientowany całą sytuacją, zdołał jedynie wykrztusić:
    - Heather?
    Des uniosła brwi. Patrzyła na Nathaniela, który stał jak sparaliżowany, podczas gdy brązowowłosa Heather coraz mocniej przytulała go do siebie, nie zwracając nawet uwagi na cały tłum, który z rozbawieniem na nich patrzył. Zamiast tego, ku zdziwieniu Destiny i wszystkich zebranych, po chwili namiętnie całowała Nate'a.
 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Rozdział, który z powodu pewnej grupki osób został przełożony, czeka teraz na Waszą opinię w komentarzach ;)
Pamiętajcie: Na wszelkie pytania w komentarzach lub na chacie zawsze odpowiadam, więc możecie śmiało pytać ;)
PS. Coś się stało? Zmalała liczba czytających...
   
   

   
 
   

sobota, 21 lutego 2015

1.13. Agora

   Nathaniel wypadł z gabinetu profesora Cromwella i skierował się wzdłuż korytarza z nadzieją, że gdzieś zza rogu wyłoni się Drake. Miał ochotę rozszarpać go na strzępy. Jak on mógł tak okłamać Jasira - jedyną osobę, którą Thore doceniał i której ufał przez te wszystkie lata? Nawet sam Nate czuł pewnego rodzaju szacunek do tego starca. Był to doświadczony Zaprzysiężony, zaprawiony w boju. Dzięki niemu wiele razy wojska Dahlii Wielkiej wygrywały starcia. Jedyne, co tego mężczyznę potrafiło zniszczyć to odebranie mu rodziny i kłamstwo osoby, z którą dzieli krew. Ciężko młodemu Blade'owi było okłamywać Cromwella bez zająknięcia się, patrząc prosto w jego lazurowe, dokładnie przeszywające spojrzeniem, oczy.
A ten młody zmiennokształtny bachor to perfidnie potrafił!  - pomyślał oburzony Nathaniel.
  Idąc głównym korytarzem, przeszukiwał spojrzeniem boczne przejścia, których było tak wiele, że Nate z trudem się w nich orientował nawet po tylu latach spędzonych na Agorze. Wszystkie korytarze wyglądały niemal identycznie; dębowa drewniana ściana i podłoga, na której wyłożony był długi dywan o bordowym kolorze, idealnie komponującym się z rozproszonym światłem lamp. Cały ten obraz dawał dziwne uczucie ciepła i miłości, niezmąconej żadną krwią, walką i śmiercią. Nathaniel jednak wiedział jaka Agora była naprawdę. Rządzona przez ludzi, dla których zarówno Zaprzysiężeni jak i Entyloni byli tylko pionkami w grze prowadzonej przez legendarne Siostry Stylionu. Jego zdaniem zarządcy tego miejsca oraz sama Święta Rada to nic innego jak tylko zło pod maską dobra, które potrafi zabić, gdy ktoś stwierdzi, że nie różni się niczym od klanu Entylonii.
   - Oczywiście - mruknął, kiedy rzucił okiem na kolejny korytarz.
  Ruszył szybkim krokiem w stronę trójki postaci, które blade światło lamp ledwie ich oświetlało. Z łatwością rozpoznał Drake'a, który obrócony był do niego plecami. Stał on  razem z dwójką ludzi, rozmawiając o czymś gorączkowo. Barczysty mężczyzna, znacznie wyższy od Thore'a, zacisnął usta w wąską kreskę, kiwając powoli głową. Spojrzał na niską, rudowłosą kobietę, która patrzyła gdzieś prosto przed siebie, nieobecnym wzrokiem.
  Karienna i  Rusell Trey.
  Kiedy rodzice Eleny zauważyli Nate'a, zamilkli, patrząc na niego wyzywająco. On jednak, nie zwracając uwagi na państwo Trey, chwycił jednym ruchem Thore'a za koszulkę i pchnął go na ścianę tak mocno, że wydawało się, iż cały korytarz zadrżał. W jednej sekundzie Blade znalazł się tuż przy nim, przyciskając go mocno do ściany.
  Drake zaczerpnął powietrza i spojrzał na chłopaka.
  - Miłe przywitanie - powiedział, uśmiechając się drwiąco.
  - Powiedziałeś Cromwell'owi, że posiadłość twoich rodziców należy do ciebie i chcesz oddać wszystko na rzecz Agory? - warknął Nate. - Ty idioto.
  Nagle coś szarpnęło Nathanielem tak mocno, że aż zatoczył się do tyłu, omal nie upadając. Tuż przed nim znalazł się pan Trey, a obok niego jego żona, która podeszła do Drake'a, sprawdzając czy wszystko z nim w
porządku.
  - Dobra, co tu się dzieje? - spytał Rusell, a jego doniosły głos rozbrzmiał  w pustym korytarzu.
  - To, że pozostawili rezydencję tobie nie oznacza, że będziesz nią rządził i rozkazywał mi jak mam żyć i co robić. - Drake przeszedł obok zdezorientowanej Karienny i, ignorując pytanie pana Trey'a, spojrzał gniewnym wzrokiem na blondyna. - Robiłeś to trzy miesiące i wyjechałeś. Dałem sobie sam rady. Nie chcę mieszkać w tym cholernym domu i wolę oddać go Agorze i Radzie, niż pozwolić żebyś ty go niszczył. Ciekawe czemu ci na nim tak zależy.
   Nate spiorunował go wzrokiem, a potem zerknął na państwo Trey, którzy patrzyli na nich obu, nie wiedząc co zrobić. Rusell podrapał się po swojej gęstej i czarnej jak smoła brodzie, spoglądając niepewnie na Kariennę, która odetchnęła głęboko. Jej włosy były niemal identyczne jak u córki, natomiast jej śniada cera sugerowała, że pochodzi z ciepłej, pełnej słońca Hiszpanii. Była ona nadwyraz spokojną kobietą, która nawet w najgorszych sytuacjach potrafiła zachować spokój. Jej piękne, morskie oczy nigdy nie patrzyły na nikogo z wyższością lub odrazą. Na nikogo, prócz Nathaniela.
  Natomiast Rusell, jej mąż, był człowiekiem o wybuchowej i nerwowej osobowości, która doskonale się sprawdzała podczas walk z Entylonami. Był cenionym Zaprzysiężonym, który swoją siłą i odwagą nie raz pokazywał siłę klanu Dahlii. On, jednak, w przeciwieństwie do Karienny żywił otwartą niechęć do Blade'a odkąd tego oskarżono o zdradę rasy.
     Nathaniel zamknął oczy, a gdy znów je otworzył spojrzał na Drake'a i powiedział jak najspokojniejszym głosem:
    - Bez mojej zgody nie kiwniesz nawet palcem w sprawie domu.
    Uśmiechnął się znów swoim lekceważącym uśmieszkiem i odszedł, zostawiając całą trójkę samą.



     Gdy drzwi za profesorem Cromwellem się zamknęły, Destiny zrzuciła z siebie  kołdrę. Postawiła delikatnie stopy na zimnej, drewnianej podłodze z obawą co do zranionej nogi. Wstała powoli, chwiejąc się lekko. Oparła się lampkę nocną, która lekko się przechyliła. Dopiero wtedy Destiny zorientowała się, co ma na sobie. Zbyt dziecinna różowa piżama w serduszka była na nią za krótka w rękawach, natomiast dół piżamy odsłaniał jej kostki i część łydek. Des skrzywiła się na ten widok i zaczęła się rozglądać po pokoju z nadzieją, że napotka wzrokiem swoje ubrania lub cokolwiek, co mogłoby się nadawać do zamiany ubrania.
     - Co ty robisz?
     Des zerknęła w stronę wejścia i zobaczyła Elenę, która z głową przechyloną lekko w bok przyglądała się poczynaniom dziewczyny.
     - Fajne ubranko tak przy okazji - dodała, uśmiechając się przy tym.
     - Mogę wiedzieć, kto mnie w to coś ubrał? I gdzie są moje ubrania?
     - Piżamę zawdzięczasz mnie. - Elena zatrzasnęła drzwi. - Należy do mojej młodszej siostry, która posturą jest niemalże taka sama jak ty. Rzeczy, które nosiłaś przed tym jak cię znaleźliśmy ciężko nazwać teraz ubraniami.
     Destiny westchnęła i  spojrzała zrezygnowanym wzrokiem na rudowłosą.
     - Masz jakieś ubrania?
     - Oczywiście. Pójdę do Laurie i może coś dla ciebie znajdzie - odpowiedziała Elena i wskazała na drzwi obok. - Och, tu jest łazienka. Możesz się odświeżyć. Przyjdę wkrótce i oprowadzę cię po Agorze.
     Uśmiechnęła się do Des, na to ca pokiwała głową i odwzajemniła nieśmiało uśmiech.
     

 
    Po dziesięciu minutach czekania przed pokoikiem Laurie - starszej kobiety, która zajmuje się utrzymywaniem czystości w domkach i zapewnieniu dostatku przybywającym Zaprzysiężonym, Elena weszła do głównego domu Agory i ruszyła nieśpiesznym krokiem w stronę pokoju Destiny. Doprawdy, nie wiedziała, co myśleć już o Drake'u. Według niej zmienił się on, odkąd jego rodzice odeszli. Niegdyś był szczęśliwszy i bardziej poukładany. Wiedział czego chce. A teraz? Teraz zmieniał zdanie co kilka minut i to właśnie doprowadzało Elenę do złości. Kilka miesięcy temu, tuż przed jego wyjazdem do Alabamy, dał jej jasno do zrozumienia, że nic do niej nie czuje.
   Że to była pomyłka.
   Dziewczyna z trudem przełknęła dziwną gulę w gardle. Czyli była pomyłką? Decyzją, która okazała się okropnym błędem?
   Zwalczyła łzy, które napłynęły jej do oczu i spojrzała prosto przed siebie. Zatrzymała się zdziwiona. Tuż przed drzwiami do pokoju Destiny stał Nate, który opierał się o ścianę, jak to miał już  zresztą w zwyczaju. Patrzył prosto w podłogę, marszcząc przy tym brwi. Wydawał się być zamyślony.
   - Nathaniel? - Głos Eleny wyrwał go z zadumy. - Co ty tu robisz?
   Uniósł wzrok, zaszczycając ją krótkim spojrzeniem, a potem zerknął na drzwi obok
   - Cromwell kazał mi oprowadzić tą nową - powiedział. - Nie wiem czy można wejść.
   - I dlatego nadwyrężasz te swoje głupiutkie szare komórki, bo nie jesteś pewien czy wejść? - Elena prychnęła. - Jak to Jasir ci kazał?
   - Tak po prostu. No więc? Można?
   - Spotkałeś się z nim? Kiedy? Myślałem, że byłeś u moich rodziców.
   - A tak, na nich też się natknąłem. - Nate wzruszył ramionami. - Najwyraźniej lubią mnie tak jak zawsze.
    Popatrzył na mały stosik, który trzymała Elena i uniósł brwi.
   - Po co ci te ubrania?
    - Ta nowa potrzebuje jakiś ubrań. Zaoferowałam, że jej jakieś przyniosę.
   - Dam jej to - powiedział Nate. - I tak muszę ją oprowadzić
    - Od kiedy jesteś tak posłuszny Jasir'owi?
    - Próbuję być miły - powiedział chłopak, a słysząc parsknięcie Eleny, dodał: - Do czasu.
    Elena, powstrzymując uśmiech, podawała mu ubrania.
    - Bądź choć trochę przyjazny - powiedziała.

    Po niecałych kilkunastu minutach spędzonych w łazience, Destiny czuła, że zmyła w końcu z siebie to dziwne napięcie i bezsilność. Czuła się lepiej. Na tyle lepiej, ile może się czuć osoba, którą goniły dziwaczne stwory, podczas gdy jej adoptowanych rodziców zabijano. Nie miała ochoty ubierać tej dziecięcej piżamy, więc, nie mając nic lepszego do ubrania, owinęła się ręcznikiem. Pchnęła wyjątkowo ciężkie drzwi i weszła do swojego pokoju. Przeszła przez pokój, czując pod stopami przyjemny chłód. Otwarła drewnianą szafę z bogato zdobionymi  drzwiczkami i westchnęła zrezygnowana.
   Pusto.
   Po co im takie szafy, skoro nie ma w nich ubrań? - pomyślała zirytowana.
   Ciche odkaszlnięcie z tyłu spowodowało, że zmroziło jej krew. Obróciła się powoli i cała zbladła.
    - O mój Boże - powiedziała po kilku minutach gapienia się na postać, stojącą tuż przed nią.
    - Gdybym był wierzący powiedziałbym to samo.
   Blondyn uśmiechnął się, lustrując ją wzrokiem od stóp aż do jej zdziwionego spojrzenia. Po chwili Destiny zorientowała się, że ma tylko na sobie ręcznik. Cofnęła się, poprawiając się. Miała ochotę stąd uciec.  Chłopak  natomiast uśmiechnął się pod nosem i odwrócił wzrok, zmuszając się do nie patrzenia na Des.
  - Czy my się przypadkiem nie znamy? - spytała Des, rumieniąc się.
  - Miałem... przyjemność podwieźć cię kilka dni temu - odpowiedział, po czym zacisnął usta w wąską kreskę, by nie roześmiać cię  z tej całej zaistniałej sytuacji.
  - Nathaniel? Co ty tu robisz?
  - Cóż, stoję tu, próbując wyjść całej tej żenującej sytuacji z jak największą gracją - powiedział Nate, patrząc wszędzie, byle nie na nią.  - Nie zrobię tego dopóki nie weźmiesz ode mnie tych cholernych ubrań, a ja wyjdę stąd i poczekam za drzwiami.
 - Możesz je po prostu zostawić na łóżku.
 Nate zamrugał i przeniósł zdziwione spojrzenie na łózko obok.
- No tak, rzeczywiście.



···························
Proszę, nie bijcie za tak marny rozdział!

Kilka ogłoszeń parafialnych dotyczących "Zaprzysiężonych" :
1. Raju... jestem tu i publikuję od początku listopada. Do tej pory pojawiło się już.... ponad 500 komentarzy i 157 obserwujących! Wow, to naprawdę sporo. Dziękuję Wam z całego serca za to, że czytacie i komentujecie.
2. Na pierwszą część "Zaprzysiężonych" mam zaplanowane około 40 rozdziałów, więc będzie co czytać. Planuję trylogię i mam już gotową całą historię. Pozostaje tylko przelać to na papier lub tutaj i publikować.
3. Fanpage: Zaprzysiężeni
Email: zaprzysiezeni498@interia.pl
4.Zawsze staram się przeczytać i odpowiedzieć na Wasze komentarze, więc możecie dawać propozycje utworów, które Waszym zdaniem świetnie pasowałyby do bloga. No wiecie, muzyki nigdy za dużo ! ;)

Pozdrawiam...
;)

O, JESZCZE JEDNO! <---- WAŻNE
Każdy, kto czyta bloga proszony jest o skomentowanie tego rozdziału. Chciałabym się zorientować ile jest czytelników ;) Nie musicie pisać nie wiadomo jak długich komentarzy, wystarczy napisać coś w stylu "Czytam" lub coś podobnego ;)