piątek, 26 grudnia 2014

1.6 Obiecałaś


   Mając dwanaście lat Destiny wolała umrzeć, niż znów być odsyłana. Rodziny, które chciały ją przygarnąć nie potrafiły poradzić sobie z jej ponurością, koszmarami, podczas których budziła się z krzykiem lub jej nagłymi  nostalgiami. Zaczynali się jej bać. Oczywiście jej siostra, Victoria, była jej zupełnym przeciwieństwem. Zawsze uśmiechnięta, uczynna i urocza. Pomimo tego, łączyła ich więź silniejsza niż cokolwiek innego.
  Aż do czasu.
   W noc śmierci Victorii, Des przyszła do pokoju swojej siostry. Był to mały, wręcz obskurny pokoik - jeden z wielu w sierocińcu. Victoria w tym czasie była pochłonięta czytaniem, ale gdy tylko zobaczyła siostrę w drzwiach, szybko zmięła list i wrzuciła go do kosza.
  - Co ty robisz? - spytała Des, marszcząc brwi.
  - A ty? - prychnęła jej siostra. - Myślę, że po wczorajszym nie mam już nic tobie do powiedzenia.
  - Vicky - Des podeszła bliżej, zamykając drzwi - nie widzisz tego, że oni chcieli nas rozdzielić? Tak jakby fakt, że jesteśmy siostrami nie był ważny.
  Victoria spojrzała na swoją siostrę, a potem obróciła się w stronę pojedynczego okna.
   - A może nimi nie jesteśmy? - spytała po chwili, nadal na nią nie patrząc. - Skąd możemy to wiedzieć? To, że zostałyśmy znalezione pod tym koszmarnym budynkiem w tą samą noc nic nie daje. Miałam wtedy trzy lata, Des. Ja ją pamiętam. - Spojrzała na Des wzrokiem przepełnionym żalem. - Pamiętam jej włosy, jej śmiech. Pamiętam swoją matkę ... ale nic, co miało jakikolwiek związek z tobą.
  - Teraz w to wątpisz?  - spytała Des, walcząc ze łzami.  - Teraz, gdy tyle przeszłyśmy? Zawsze mogłyśmy liczyć tylko na siebie! Nie mam nikogo, oprócz ciebie, Vicky. Nie poradzę sobie, gdy cię zabraknie.
 - Może właśnie w tym problem. - Vicky westchnęła.  - Nadejdzie taki czas, Des, w którym będziesz musiała sobie poradzić sama, pomimo że będą cię otaczać przyjaciele. Oni w końcu odejdą i ja także, wiesz o tym.
  Des cofnęła się i otworzyła drzwi. Na jej policzkach znajdowały się ślady łez, a oczy były zamglone.
  - Pamiętasz jak mi obiecałaś,że będziemy razem? - spytała cicho. -  Że nawet piekło nas nie rozdzieli? Cokolwiek się stanie, Vicky, nie pozwolę ci odejść.
  Zamknęła oczy, a gdy znów je otwarła, popatrzyła na swoją siostrę beznamiętnym wzrokiem. Wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Jednak nie potrafiła odejść. Stała w ciemnym korytarzu, z ręką położoną na klamce. Czy tak to teraz miało wyglądać? Codziennie uświadamiać sobie coraz bardziej to, że Victoria odejdzie? Z piersi Des wyrwał się szloch. Ona przecież miała tylko dwanaście lat. Nie chciała takiego życia. Chciała mieć dom, rodziców. Nie chciała niepewności, strachu i tych koszmarów, które doprowadzały ją do szału. Chciała tylko być zwykłą dziewczyną, a nie dławić się smutkiem. Dlaczego akurat ona?
  Po minucie stania miała już odejść, gdy nagle usłyszała za drzwiami głos Victorii.
  - Nic nie możesz zrobić, Esthar. Ja chcę odejść.
 Wtedy po raz pierwszy Destiny usłyszała to imię i  wtedy ostatni raz zobaczyła Victorię. Kolejnego dnia dowiedziała się o jej śmierci.

  Des cofnęła się jeszcze dalej, omal nie wpadając w kałużę błota. Spojrzała z przerażeniem na nieznajomego, który stał kilka metrów od niej. Przez strugi deszczu ledwie dostrzegła jego wyraz twarzy.         Gapił się na nią z zaciekawieniem, zupełnie jakby oglądał jakieś dziwne stworzenie.
  - Znamy się? - spytała. - Jaka Esthar?
  - Przepraszam. - chłopak podszedł bliżej. - Musiałem cię pomylić z kimś znajomym.
  Miał ogromne niebieskie oczy, które kolorem przypominały niezapominajki .  Jego skóra wydawała się jeszcze jaśniejsza od jej własnej, a włosy były przyklapnięte przez deszcz.  Czarny T-shirt i dżinsy przylegały do ciała, jakby wyszedł z basenu.  Des aż zaniemówiła, żałując, że musiał ją spotkać właśnie wtedy, kiedy była cała zmoknięta.
   Chłopak, widząc jej minę, uśmiechnął się szeroko i powiedział:
  - Co ty tu robisz podczas takiej ulewy?  Podwiozę cię do domu. Nie powinnaś iść sama.
  -Nie, dzięki - odpowiedziała Des i ruszyła dalej. -  Zaczekam na kolejnego faceta, który będzie równie podejrzany co ty.
  - Podejrzany? - Chłopak się roześmiał. - Wiesz, że kolejna darmowa podwózka może jednak nie nadejść?
  - Nie ma problemu. Pójdę pieszo.
  - Nie pozwolę, żebyś sama szła do domu w taką pogodę.
  Jakby na zawołanie nad nimi przetoczył się grzmot. Zwiało jej kaptur.
  - Będę jechał powoli i ostrożnie, jak moja ciocia - obiecał. - Będę jechał jak twoja ciocia!
  - Nie mówiłbyś tak, gdybyś znał moją ciocię.
 Sama jej nie znasz, pomyślała Des, czując niemiłe ukłucie w sercu.
 - Idziemy - Chłopak starał się przekrzyczeć szum deszczu.
 - Co?
 - Do samochodu. Wsiadaj. Pojedziesz ze mną.
 Patrzyła na niego badawczo. Iść czy nie iść? Wicher się wzmógł, za chwilę mogło się zrobić naprawdę gorzej. Chłopak nie wydawał się być groźny, wręcz przeciwnie.
 - Chyba samochodem rzeczywiście będzie bezpieczniej niż na piechotę - powiedziała po chwili. -  Nawet z tobą.
 Uśmiechnął się.
 - Nie jesteś zbytnio miła, co?
 - Wybacz, taki mam charakter.
  W środku samochodu odgłosy burzy brzmiały inaczej. Głośniej, ale i spokojniej. Słychać było bębnienie deszczu o dach, a miliony kropel przecinały szybę. Des, której głośno waliło serce i było tak zimno, że aż szczękała zębami, czuła obecność chłopaka, siedzącego zaledwie kilka centymetrów od niej.
  Tak blisko.
  Wciąż zastanawiała się, czy to był na pewno dobry pomysł. Nie znała go, nawet nie wiedziała jak ma na imię.
  Zerknęła na niego ukradkiem.
  - Przyglądanie się mi nie sprawi, że dowiesz się kim jestem.
  - Ale przynajmniej się upewnię, że nie jesteś mordercą, który zgnije w piekle za swoje grzechy.
  - A czy ja na takiego wyglądam? - Uśmiechnął się.
  - Cóż....
  - No dobra, jedynym grzechem jaki popełniam regularnie to bycie zbyt przystojnym.
  - Brak skromności to też grzech, jeżeli się nie mylę.
  Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając swoje białe zęby. Spojrzał na nią, jego oczy pociemniały,  jakby próbował zajrzeć głęboko w umysł Destiny.
  - Tak właściwie to się nie przedstawiłem - powiedział. - Jestem Nathaniel Blade. Mów mi Nate.
  - Destiny, albo po prostu Des.
  - Destiny? - Nate uniósł brwi. - Oryginalne imię. Będziesz czyimś przeznaczeniem, Des?
  Dziewczyna zaniemówiła. Czuła, że pomimo wesołego tonu chłopaka, pytanie to niosło za sobą coś większego. Tylko co?
 - Przepraszam, głupio to zabrzmiało - zreflektował się Nate. - Wiesz, ja też mam idiotyczne imię.
 - Nathaniel nie jest...
 - Mówię o innym imieniu - przerwał jej. Wskazał na jej bluzę. - Powinnaś to zdjąć. Będzie ci w tym jeszcze zimniej.
 Wyciągnął rękę, a Des zamarła.
  - Chciałem włączyć ogrzewanie - burknął, marsząc brwi.
  - Ja.. przepraszam.
 Czuła, że się rumieni. Ściągnęła bluzę, mając nadzieję, że chłopak nie widział jej czerwonych śladów na policzkach.
  - Blade, tak? - zagadnęła, zmieniając temat. - Mieszkasz niedaleko ode mnie. Jesteś chyba jedynym sąsiadem.
  - A więc ty musisz być Gray - domyślił się Nathaniel. - Twoi rodzice są miłymi ludźmi. Nie wiedziałem, że mają córkę. Słyszałem o synu, ale on umarł kilka lat temu.
 - Jestem adoptowana. - Des wzruszyła ramionami.
 - To wiele wyjaśnia.
 - Na przykład? - Des uniosła brwi.
 - Na przykład to, czemu cię wcześniej nie spotkałem.
 - Ja też nie widziałam cię tutaj wcześniej.
 - Wróciłem niedawno - odpowiedział prosto. - Mieszkam razem z synem właścicieli tej posiadłości. Oni... zmarli pół roku temu, zapisując na mnie całą rezydencję oraz powierzając mi opiekę nad ich jedynym dzieckiem.
  - Akurat tobie?
  - Byłem przyjacielem rodziny oraz ich współpracownikiem.
  - Wydajesz się być na to zbyt młody.
  - A ty zbytnio gadatliwa - mruknął Nate.
  Zatrzymał się, a Des zauważyła, że stoją na podjeździe przed jej domem. Niewiarygodnie szybko, pomyślała.
  - Dzięki - powiedziała, wysiadając z samochodu.
  Nate skinął głową.
  - Uważaj na siebie.











piątek, 19 grudnia 2014

1.5. Szara

     Elena zamrugała zdziwiona i cofnęła się, opierając plecami o krzesło. Destiny patrzyła na nią uważnie, marszcząc przy tym brwi. Jej oczy... Elenie zabrakło tchu.  Nikt nie mógł mieć takich. Były ogromne i nienaturalnie szare, metaliczne. Przypominały błyskawice. Elena szybko przeszukała w pamięci osoby, które mogłyby mieć tak wspaniałe, a zarazem groźne spojrzenie. U nikogo takich nie spotkała, chyba, że....
   - Nie rozumiem - odpowiedziała Elena, siląc się na jak najspokojniejszy ton.
   - Doskonale rozumiesz - odparowała Destiny. - Podchodzisz do mnie i zagadujesz. Masz jakieś aluzje. Śledzisz mnie wzrokiem na każdej przerwie. A na dodatek zapisujesz się na prawie te same lekcje co ja.
    - Wiem, że to może dziwnie wyglądać, ale...
    - Dziwnie? - W oczach Des błysnął gniew. - Nawiedzona jesteś, czy co?
    - Próbuję nawiązać kontakt z nową uczennicą.
    -Akurat ty?
    Destiny spiorunowała ją wzrokiem. Miała już coś dodać, gdy nagle zadzwonił dzwonek, a znudzeni uczniowie z radością zaczęli wychodzić z ławek i kierować w stronę drzwi. Des zerknęła na nauczycielkę, która niewzruszona końcem lekcji nadal czytała.
    - Odczep się ode mnie - warknęła cicho Des do Eleny, zakładając torbę na ramię. - Nie potrzebuję żadnego komitetu powitalnego.



       - Komitet powitalny? - Drake zmarszczył brwi. - Serio?
       - Tak, wiem - mruknęła Elena, siadając na wysłużonej kanapie. - Czy ty tu kiedykolwiek posprzątałeś?
      Rozejrzała się po salonie, którego tak naprawdę ciężko było nim nazwać. Pełno było kurzu; stary, wzorzysty dywan, mający lata świetności już dawno za sobą był wykrzywiony i nierówno ułożony na poniszczonej, drewnianej podłodze. Obrazy, niegdyś piękne, dziś zdrapane i porozrywane w niektórych miejscach, zwisały na jednym haczyku lub po prostu leżały u stóp czerwonych ścian, z których  złaził tynk. Niewielki kominek, zapewne świetnie i elegancko wyglądający jakieś sto lat temu, był niemal w całkowitej rozsypce. W kątach ścian pająki uwiły ogromne pajęczyny, a rośliny w ogrodzie, przez brak regularnego podcinania prawie zasłoniły okno, które przepuszczało zaledwie namiastkę światła. Na eleganckich meblach, urządzonych w stylu wiktoriańskim walały się gazety, ogromne księgi, a nawet puste pudełka po pizzy.
    Drake prychnął.
    - Nie zamierzam tu długo przebywać.
    -To twoja rodzinna posiadłość.
    -Pełne prawo ma do niej Nate. Przejął rezydencję odkąd rodzice zginęli - odparł Drake i oparł się o framugę zdewastowanych drzwi.
    -Oni nie zginęli. Wiesz o tym dobrze, Drake.
    -Jak dla mnie już ich nie ma.
   Elena poruszyła się nieswojo. Nie lubiła o tym rozmawiać. Drake zawsze stawał się bardziej ponury niż zwykle. To prawda, jego rodzice nie zginęli, choć chłopak wolałby, żeby tak się stało. Zdradzili. Sprzymierzyli się z Entylonami, tylko po to, by uratować własną skórę. Woleli upaść i zostawić go, niż umrzeć z godnością. Tak właśnie uważał Drake. Czy ich nienawidził? Tego Elena nie wiedziała.
    Spojrzała na niego. Stał, spokojnie patrząc przed siebie chłodnymi brązowymi oczami, jak zwykle, gdy poruszali ten temat. Ale nie tylko z tego powodu Elena nadal na niego patrzyła. Czarne włosy, śniada cera i ciemne, orzechowe oczy. Wyraźnie zarysowane kości policzkowe, gęste rzęsy, długie, smukłe mięśnie rąk i szerokie, ale napięte barki. Był przystojny. Jak w kimś takim mogłoby się mieścić tyle cierpienia, ale i zarazem żalu?
  - Gapisz się - Drake przeszył ją wzrokiem, rozciągając swoje usta w leniwym uśmiechu.
   Elena odwróciła wzrok w stronę okna i zaczęła gapić się na ledwie widoczne krople, które spadały na parapet. Czyżby padało?
   - Powiedział ci po co wrócił? - spytała po chwili, jednak widząc minę chłopaka dodała: - Nate. Wiesz po co znowu tu jest?
   - Podobno Rada kazała mu się mną zająć.
   -Nie uwierzyłeś mu, prawda?
   -Oczywiście, że nie - prychnął. - Z daleka czuć, że coś kombinuje.
   - Byłeś w jego sprawie u Jasira lub na Agorze?
   - Jasir nie może kwestionować ustaleń Rady, a właściciele Agory mają to gdzieś. Niepokoi ich fakt, że Entyloni się uspokoili. Nie ma o nich wiadomości od kilku miesięcy.
   - Coś szykują. A jeśli to się wiąże z tą nową? Z Des?Musimy to jeszcze raz sprawdzić.
   Chłopak się roześmiał.
   -Twój talent  do odkrywania tajemnic jest tak wielki, jak zdolność wiewiórek do grania na playstation. Z tym kolorem - powiedział, wskazując na jej  włosy - mogłabyś udawać ich siostrę.
  - Jeśli to jeden z tych dni, kiedy jesteś tak przybity, że masz ochotę mnie poobrażać  to proszę bardzo, ale ja nie mam zamiaru tego słuchać - warknęła i  ruszyła w stronę korytarza.
   - A jeśli ta cała Destiny wcale nie jest taka jak myślimy?
   Elena zatrzymała się przy drzwiach i spojrzała w jego stronę. Chłopak stał do niej bokiem  i gapił się na jeden z poniszczonych obrazów, który leżał na podłodze zaraz obok rozwalonego kominka.  Przedstawiał on kobietę. Włosy, sięgające jej do ramion sprawiały, jakby otaczała ją czarna aureola, oczy iskrzyły jej się zielenią,  nadając jej nieśmiałemu uśmiechowi więcej uroku, a drobne dłonie ułożone miała na kolanach. Całość obrazu niszczyła jednak wielka dziura w prawym górnym rogu oraz czerwone plamy rozpryśnięte na całym dziele.
   Obraz przedstawiał matkę Drake'a, Anabelle.
  - Te oczy... - Drake zamilkł. Popatrzył na Elenę i westchnął. - Może to my jesteśmy ostatnio przewrażliwieni.
   - Nie - rudowłosa pokręciła głową.- Jestem niemal pewna, że coś z nią jest nie tak.Czułam jej gniew, ale i przerażenie. U nikogo czegoś takiego zazwyczaj nie czuję, każdy ma podobną skalę, której nigdy nie przekroczył. A ona?  Jej oczy były nienaturalnie szare.Owszem, nie były czarne jak kilka dni temu, ale u nikogo tak magicznych nie widziałam - powiedziała i odetchnęła urywanym oddechem. - Chyba, że jak u nas.


   Są takie dni, nawet w Kalifornii, kiedy piękne słońce potrafi  w ciągu niecałej godziny być zasłonięte przez deszczowe chmury. Des, która przez całe pół godziny musiała czekać na Jamesa przed szkołą była wściekła. Gdzie on mógł się podziać? Zwłaszcza podczas tych nielicznych dni w roku, kiedy deszcz zagościł w Smallevil powinien ją odebrać. Nie uśmiechał się jej długi, wieczorny powrót do domu drogą przez las. Zwłaszcza, gdy wiatr wiał tak mocno, że deszcz padał niemal poziomo, a błyskawice zaczęły przecinać niebo. Za chwilę miało się rozpętać prawdziwe piekło.
- Jeden, dwa, trzy... - liczyła Destiny, tak jak ją uczyła Victoria wiele lat temu.
Uderzył piorun, co oznaczało, że burza się zbliżała. Była jakieś pięć kilometrów od niej.
  Des przyśpieszyła kroku. Doskonale wiedziała, że nie wolno jej iść podczas takiej pogody, ale nic sensowniejszego nie przychodziło jej do głowy. Niegdyś malowniczy las zmienił w mroczne i niezbyt miłe ściany zarośli, w których nie wiadomo co mogło czyhać. Ulewa była taka, jakie zdarzały się tylko podczas huraganu albo gdy wiał północno-wschodni. Czuła, że zaczynają jej przemakać trampki, a cienki kaptur bluzy, którym próbowała się ochronić niewiele daje. Westchnęła raz jeszcze.
  Zatrzymała się, kiedy usłyszała ciche warczenie, ledwie słyszalne z kotary deszczu i mgły.
  Samochód. Tak, to musiał być samochód!
  Odwróciła się, z nadzieją, że dwa migoczące światła należą do kabrioletu James'a, ale niestety z mgły i niemiłosiernie padającego deszczu wyłoniła się terenówka, całkiem  inna  niż samochód pana Gray'a. Des westchnęła po raz kolejny i ruszyła dalej, nasłuchując, aż samochód przejedzie. Po chwili znów się obróciła. Czarna Toyota stała na środku drogi, kilka metrów od Des, a jej silnik cicho pracował, prawie zagłuszony przez deszcz i wiatr.
    Zdjęła kaptur, a deszcz spływał po jej twarzy. On natomiast stał w deszczu obok samochodu i otwartymi drzwiami. Patrzył jej w oczy, przekrzywiając głowę lekko w bok. Zamrugała i cofnęła się kilka metrów dalej, mając ochotę uciec. Odgarnęła z twarzy mokre kosmyki i znów spojrzała na nieznajomego, który wydawał się być kompletnie zdziwiony.
   - Coś.. coś nie tak?
   - Tak... twoje oczy... to znaczy... - zaczął, gdy nagle jego niezwykle niebieskie oczy rozbłysły, jakby sobie coś uświadomił.
Uśmiechnął się szeroko.
  - Esthar - powiedział.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
  Tytuł rozdziału nawiązuje do piosenki "Lost", którą serdecznie polecam (znajduje się w soundtracku).
  Tytuł oznacza: "Bo mnie przejrzałaś/eś".
  Jak myślicie - o co chodzi w zakończeniu?

Zapraszam  do czytania i komentowania.

PS. Rozdział 6 miał pojawić się za dwa tygodnie, jednak, ze względu na to, iż nie było notki tydzień temu postanowiłam, że nie będę robić przerwy ;)

piątek, 5 grudnia 2014

1.4. Wspomnienia Rodzą Nadzieję

   - Kiedy mówiłam, że słabo mi idzie z eksperymentowaniem z nowymi potrawami  to mam na myśli, że naprawdę źle mi to wychodzi. - powiedziała Amy, kiedy zauważyła Destiny i James'a wchodzących do kuchni.
   Stała w wielkiej, nowocześnie urządzonej kuchni. Podłoga i ściany wyłożone były ciemnym drewnem, które kontrastowały z białymi szafkami.  Nad niewielkim kominkiem w przylegającym do kuchni salonie wisiał rząd fotografii: James i Amy w dniu ślubu nad malowniczym  Mammoth Lakes, ich dwójka w szpitalu po narodzeniu ich dziecka, kilkuletni uśmiechnięty chłopczyk, stojący obok olbrzymiej choinki oraz, niedawno dodane, zdjęcie Des z państwem Gray. Za każdym razem, kiedy Destiny popatrzyła na tę kolekcję czuła się winna. Doskonale wiedziała, że gdyby nie to, że ich synek umarł, nie byłoby jej tutaj.
    Nigdy nie pytała ich, co się stało.  Za każdym razem, kiedy James wspominał o małym Williamie, Amy milknęła. Twarz jej szarzała, drobna sylwetlka zapadała się w sobie, a cały jej urok się ulatniał. Destiny rozumiała swoich przybranych rodziców, bo ona też straciła kogoś najbliższego. W tamtym dniu, wraz ze śmiercią jej siostry umarła także jakaś część Des. Nie ważne, ile razy chciałoby się zapomnieć - strata to jak nigdy niegojąca się rana. Jedyne, co można zrobić to przecierpieć i żyć dalej, ze świadomością pustki gdzieś w swoim sercu.  
   Tylko pamięć daje nadzieję.

   Gdy tylko weszli do kuchni owionął ich zapach spalenizny. Amy mruczała po nosem i dźgała coś na patelni. Swoje kasztanowe włosy upięła w luźny kok, by nie spadały jej na oczy. W luźnych dresach i rozciągniętym  podkoszulku wyglądała wręcz dziwnie. Destiny, kiedy po raz pierwszy spotkała się z państwem Gray, zobaczyła piękną i elegancką damę. Kobietę sukcesu, kobietę, której nie można zranić. Poznając bliżej Amy, zrozumiała, że to tylko maska.
   James prychnął.
   -  Próbuje zrobić ci idealną kolację - szepnął konspiracyjnie do Destiny. - Uprzedzam, nowe ... potrawy nie wychodzą jej za dobrze.
   - Mam się bać? - spytała Des, mimowolnie się uśmiechając.
   - Co wy tam szepczecie?
   Amy obróciła się w ich stronę. Patrzyła na nich z uniesionymi brwiami, a jej brązowe oczy lustrowały ich podejrzliwie.
   - No co - mruknął pan Gray. - Ostrzegałem Des przed zatruciem pokarmowym.
   - James! - zbeształa go Amy. - Jakoś nie narzekaliście do tej pory na moje obiady.
   - Właśnie, obiady. One są zjadliwe tylko dlatego, że większość produktów jest gotowa - mruknął pan Gray.

                                              ~~~*~~~


   Kolejny dzień nie należał do najlepszych. Destiny była niewyspana. Nie potrafiła zasnąć z obawy, że znów przyśni się jej jakieś wspomnienie z czasów sierocińca lub, co gorsza, sen o jaskini pełnej trupów, ognia i ludzi w maskach. Najgorszy był fakt, że one wróciły po tak długim czasie. Na dodatek pan Ear wywołał ją do odpowiedzi z trygonometrii, choć wcale się nie zgłaszała.
   Jedyne, o czym marzyła to o chociażby kilku minutach snu.
   Pani Clavo, nauczycielka hiszpańskiego, przez całą lekcję siedziała przy biurku i czytała, kompletnie nie zważając na uczniów.  Ci z kolei rozmawiali, bawili się telefonami lub  po prostu spali. Destiny westchnęła i wbiła wzrok w tablicę. Stłumiła ziewnięcie, ale powieki zaczęły się stawać coraz cięższe. Gdyby tak zasnąć, nawet na ....
   - Me pregunto qué es tan especial para usted?*
  Wyprostowała się szybko, zupełnie rozbudzona. Obróciła się prawą stronę i zobaczyła Elenę, która znów obdarzyła ją tym swoim badawczym spojrzeniem.
  - Słucham?
  - Spytałam, czy masz w zwyczaju  spanie na każdej lekcji - sprostowała Elena.
  Destiny zamrugała.
  - Całkiem nieźle mówisz po hiszpańsku.
  - Wychowałam się w Madrycie, ale potem wylądowałam tutaj - Elena wzruszyła ramionami i nachyliła się bliżej Des. - Zupełnie jak ty, prawda? Ty przecież też nie jesteś stąd.
  - Najwidoczniej.
  - Nie nudzi ci się tutaj?
  - Może trochę - powiedziała Destiny. - Jednak nie jest aż tak źle. To miasteczko ma swój urok.
  - Jednak wszędzie są nakazy jak żyć, nie zauważyłaś? - prychnęła Elena. - Tutaj nie można być, którym się jest...
  - Którym co?
  - Którym się jest naprawdę - powiedziała po chwili. - Destiny, spójrz na to inaczej. Populacja tych okolic dzieli się na trzy grupy. Jedni to po prostu zwykli, zmęczeni życiem ludzie, którzy nie zauważają prawdy. Drudzy pod przykrywką przykładnego obywatela kryją w sobie bestię.
  - A trzecia grupa?
  - Trzecia to ci, którzy nie mają normalnego życia i nigdy nie będą  takiego mieć, ale właśnie to czyni ich wyjątkowymi.
   Elena zamilkła i popatrzyła prosto przed siebie, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Po chwili znów przeniosła wzrok na Des i powiedziała:
  - A ty?  Kim ty jesteś, Destiny?
  - Nie wiem - odrzekła Des. - Wiem jednak, że nie ma we mnie nic niezwykłego, prócz całkiem niezłej znajomości hiszpańskiego.  Zrozumiałam, co do mnie powiedziałaś. Zdradź mi więc, czego ty chcesz ode mnie? I czy przypadkiem nie chodzisz ze mną tylko na biologię?

 -----------------------------------------------------------------------------------------------
 
  * "Co jest w tobie takiego niezwykłego?"


Wybaczcie za tak marny rozdział, miałam przez ten tydzień masę roboty. Mam nadzieję, że nie jest AŻ tak źle.