piątek, 28 listopada 2014

1.3. Blade

    Obskurny korytarz tonął w ciemności, kiedy Destiny wychodziła ze swojego pokoiku, by po raz kolejny pozwiedzać sierociniec. Wszyscy już dawno spali, Victoria także. Tylko Des, która coraz częściej nawiedzana była przez koszmary, nie potrafiła zasnąć. Za każdym razem, kiedy tylko zamykała oczy, pojawiał się ten sam obraz - wielka jaskinia, światło, ogień i ludzie w karykaturalnych maskach. Ona sama, stojąca  przed nimi z wyciągniętymi dłońmi. Widok rzeszy innych osób, leżących bez życia w kałużach krwi, a wśród nich Victoria.
   Victoria, która nie żyje.
   - Co tu robisz? - Destiny usłyszała za sobą głos i obróciła się.
   Na drugim końcu korytarza stała pani Lewis, dyrektor i jedna  z opiekunek sierocińca. Z jej malutkiego pokoiku wylewało się żółte światło, a ona sama trzymała w ręce lampę. Ubrana była w staromodną koszulę nocną, a długie, siwe włosy splotła w warkocz.
   Podeszła do Destiny i ukucnęła.
   - Dlaczego nie śpisz?
   - Mam koszmary - powiedziała Des i wbiła wzrok w swoje malutkie, drobne dłonie.
   Staruszka wzięła ją za rękę i, uśmiechając się do sześciolatki, poprowadziła do swojego pokoju.
    - Co ci się śni? - spytała po drodze.
    - Piekło.

     - Pobudka.
   Destiny otwarła szeroko oczy, odlepiając się od szyby samochodu. Spojrzała na James'a , który siedział obok niej, przerzucając marynarkę przez ramię i otwierając drzwi. Kiedy w końcu na nią spojrzał znieruchomiał, mrugając szybko.
    - W porządku? - spytał.  - Znowu miałaś ten sen?
    Des pokiwała twierdząco głową i bez słowa wysiadła z samochodu.
    Zgrabny, foremny dom państwa Gray liczył sobie jakieś sto lat, ale próbę czasu przeszedł z pewnością zwycięsko. Zbudowany na planie prostokąta, miał dwa piętra i ściany w kolorze złamanego błękitu. Drewniane okna i drzwi były na swój sposób oryginalne. Las obok poruszał się leniwie pod wpływem wiatru; słychać było szum pobliskiej rzeki, ale kryła się widocznie gdzieś za ciemną ścianą lasu. Słońce zachodziło, nadając domowi delikatną pomarańczową poświatę.
    Des odetchnęła głęboko.
    - To był sen - szepnęła, próbując się uspokoić.
    - Des! - James także wysiadł z samochodu. - Wszystko dobrze?
    - W jak najlepszym - odpowiedziała dziewczyna.

                                          ~~~***~~~
 
    Czarna Toyota Land Cruiser zajechała pod starą, ogromną rezydencję, przypominającą zwykłą plantację na Południu. Budynek nadal sprawiał imponujące wrażenie - przynajmniej jeśli chodzi o rozmiary. Karłowate palmy i cytrusy rosnące po obu stronach domu nadawały mu wygląd miejsca, w którym ludzie siadają na werandzie i, popijając whisky z miętą, grają w karty przez cały dzień. Tylko, że wszystko tu znajdowało się w rozsypce. Budynek wzniesiono w stylu klasycznym, co było dość niezwykłe, jak na Smallevil. Domy  plantatorów w Kalifornii budowano zazwyczaj w stylu federalnym. Ogromne doryckie kolumny, tak zaniedbane, że odłaziła z nich farba, podtrzymywały dach, zbyt stromo opadający z jednej strony. Odnosiło się wrażenie, jakby dom był pochylony niczym stara kobieta z artretyzmem. Kryta weranda kruszyła się i odpadała od budynku, grożąc zawaleniem, gdyby ktoś tam wszedł. Gęsty bluszcz porastał zewnętrzne ściany tak, że w niektórych miejscach całkowicie zasłonił okna. Wyglądało to, jakby ziemia próbowała pochłonąć dom. Zrównać go z gruntem, na którym go wzniesiono.
     Drake zwinnym ruchem wysiadł z samochodu i wbiegł po schodach na werandę, przeskakując po dwa stopnie naraz. Chwycił zaśniedziałą klamkę, która zazgrzytała i otworzył drzwi na oścież, przekraczając próg. Światło wlewało się do pokoju, co było zdumiewające, zważywszy, że od zewnątrz okna wydawały się całkowicie osłonięte winoroślą oraz zastawione starymi gratami. Mimo to wnętrze było jasne i promienne. Pełne staroświeckich mebli, olejnych obrazów przedstawiających przodków Thore'a czy przedwojennych rodowych pamiątek. Gdzieś w głębi domu słychać było muzykę.
    - Nathaniel! - krzyknął Drake. -Wiem, że tu jesteś!
    Nie było żadnej odpowiedzi. Drake odetchnął głęboko i wszedł w górę po schodach. Kiedy wparował do białego, zalanego zachodzącym już słońcem pokoju omal się nie cofnął. Na wielkim łóżku, stojącym zaraz obok okna leżała postać, której twarz zasłaniało stare wydanie komiksu "Hulka". Wielkie, czarne buciory należące do tajemniczej postaci podrygiwały w rytm piosenki Metallici, która leciała z oldschoolowego radia położonego na parapecie. Po chwili postać zamknęła komiks i rzuciła je na biurko obok. Chłopak w jasnych, niemal białych blond włosach  założył ręce za głowę, poprawiając się na łóżku. Uśmiechał się do Drake'a, a w jego niebieskich oczach iskrzyła się wesołość.
   - Witaj, przyjacielu - powiedział.
   - Ty - wydyszał Drake z furią w oczach.
   - Ja - potwierdził chłopak melodyjnym tonem. -  Tęskniłeś?
   - Miałeś się na zawsze stąd wynieść. Na zawsze.
   Nathaniel westchnął zrezygnowany i usiadł na łóżku.  Popatrzył wymownie na Drake'a i obrócił się, by wyłączyć radio. Kiedy wstał, podszedł do bruneta, kładąc mu dłoń na ramieniu. Był o kilka lat starszy od Drake'a, musiał mieć około dwudziestu lat.
   - Zawsze to dość długo, nie uważasz? - powiedział, wzruszając lekko ramionami. - A poza tym... tęskniłem, stary.
   - Niby kiedy? - Drake zdjął zdecydowanym ruchem rękę Nathaniela. - Czego chcesz, Nate?
   - Czy ja zawsze muszę czegoś chcieć? - westchnął i minął Drake'a, kierując się w stronę schodów.
   Drake, wściekły do granic możliwości, podążył za Nathanielem, kiedy ten wesołym krokiem wszedł już do nieco staroświeckiej kuchni.
   - Nawet nie masz pojęcia jak jestem zmęczony. - Rozłożył ręce i ziewnął.
   - Czego chcesz, Nate? - warknął Drake, zaciskając nerwowo pięści, aż zbielały mu kostki.
   Patrzył morderczym wzrokiem na Nathaniela, który jak gdyby nigdy nic otworzył lodówkę i zaczął przeglądać jej wnętrze.
   - Nie masz masła orzechowego? - spytał  chłopak.
   - Czemu się pojawiłeś w Smallevil?
   - Nie odpowiem ci, dopóki nie zjem masła orzechowego - jęknął Nate, zatrzaskując głośno lodówkę. - Przebyłem długą drogę, czuję się zmęczony i jedyne, co potrzebuję to coś dobrego do jedzenia. Więc albo powiesz mi gdzie jest masło i ci wszystko wyjaśnię, albo nadal będę cię ignorował.
   - Szafka po prawej - syknął Drake.
   - Dziękuję - mruknął blondyn. - Widzisz, to nie było aż takie trudne.
   - Zachowujesz się jak rozwydrzony bachor - stwierdził Drake. - Odpowiesz mi w końcu?

----------------------------------------------------------------------------
Chciałabym podziękować za wszelkie komentarze, obserwacje, rady i po prostu za to, że czytacie. To wiele dla mnie znaczy, naprawdę. Nie spodziewałam się aż takiego odzewu, jest to dla mnie miłym zaskoczeniem. Mam nadzieję, że zostaniecie na dłużej :)


piątek, 21 listopada 2014

1.2. Szukając Prawdy

        Po krótkiej wizycie w sekretariacie Destiny wyszła na korytarz, który był już kompletnie zatłoczony. Starała się nie zwracać uwagi na spojrzenia innych uczniów, którzy raz po raz obracali głowę w jej stronę, szepcząc coś do innych. Przestudiowała mapkę raz jeszcze z nadzieją, że nie będzie musiała się z nią obnosić przez cały dzień i wsunęła papiery do torby, poprawiając ją sobie na ramieniu. Wzięła głęboki oddech.
         Będzie dobrze, pomyślała.
         Weszła do klasy numer trzy, gdzie miała mieć pierwszą lekcję i podała nauczycielowi kartkę. Był to niski i krępy rudowłosy mężczyzna,  niejaki profesor Chaucer,  jeśli można było wierzyć tabliczce na jego biurku. Przyjrzał się Destiny uważniej, po czym poprawił sobie okulary.
         — Usiądź na jakimś wolnym miejscu  — powiedział profesor  i podał jej podpisany arkusz razem z podręcznikiem, zupełnie nie zaprzątając sobie głowy jakimś idiotycznym przedstawianiem nowej osoby przy całej klasie.
         Des rozejrzała się po sali. Przy prawie każdym stole laboratoryjnym ktoś już siedział. Jedyne wolne miejsce było przy oknie - obok wysokiej i szczupłej rudowłosej dziewczyny, która gapiła się nieobecnym wzrokiem w przestrzeń przed siebie.
         Destiny wolnym krokiem podeszła do ławki i położyła podręcznik  na stole, zerkając na dziewczynę siedzącą obok. Ta nawet nie zwróciła uwagi na Des. Dopiero kiedy ta usiadła, odwróciła głowę w jej stronę, uważnie jej się przyglądając.
         — Cześć — powiedziała po chwili.
        Siedziała tuż przy oknie, odwrócona lekko w stronę Des. Włosy miała idealnie proste, sięgające jej do połowy pleców, a jej zielone oczy obserwowały uważnie koleżankę obok. Wydawała się być ciągle na baczności, jakby Des w każdej chwili miała zrobić jej krzywdę.
         — Jestem Elena Trey — ciągnęła. — A ty Destiny, tak?
         — Skąd wiesz jak mam na imię? — zdziwiła się Des.
         — Myślę, że wszyscy w całym Smallevil o tym wiedzą.
         — Coś jeszcze? — Des nerwowo poprawiła się na krześle.
        — Nie wiem, które z tych rzeczy może być prawdą.
         — Nie wierzysz w to, co mówią inni?
         — Plotka a prawda to jak bogacz i biedak — odpowiedziała Elena. — Nigdy nie będą na takim samym poziomie i nie każdy będzie polegał na nich tak samo.
         Elena znowu spojrzała w oczy Destiny, jakby próbowała się w nich czegoś doszukać. Tylko czego?
         — Skąd pochodzisz? — spytała po chwili.
         — Wychowałam się w Des Plaines w hrabstwie Cook — odparła Des.
         — I pewnie nie tylko tam? — Elena zmarszczyła badawczo brwi.
         — Skąd możesz to wiedzieć?
        — Zgaduję — odburknęła dziewczyna i znów obróciła głowę w stronę okna, kończąc w ten sposób ich rozmowę.
         Natomiast Destiny, zmieszana zaistniałą sytuacją, skupiła się na lekcji, próbując wymazać z pamięci to świdrujące, a zarazem hipnotyczne spojrzenie Eleny.




      Ostatnie promienie zachodzącego słońca przedzierały się przez strop gałęzi wysokich sekwoi, ledwie oświetlając wnętrze lasu. Zaledwie parę metrów od ścieżki leżało powalone drzewo, nie pokryte jeszcze mchem - tuliło się do pnia jednej ze swoich sióstr, tworząc coś w rodzaju ławeczki. Bujne paprocie i inne rośliny zaczęła spowijać mgła, a ptaki cichnęły. Zbliżała się noc.
       — Więc jesteś pewna, że nie jest Entylonem? — spytał Drake, po raz kolejny przeczesując swoje ciemne włosy.
      Stał pośrodku wielkiej leśnej polany nerwowo chodząc w te i z powrotem. Elena z kolei opierała się o rozłożyste drzewo patrząc znudzonym wzrokiem na zdenerwowanego chłopaka. Westchnęła i przewróciła oczami.
         — Ciężko stwierdzić — powiedziała. — Wszystko wokół niej  wydaje aurę jakiegoś smutku czy ...  sama nie wiem jak to określić.
       — Przeklęta?
       — Nie, nie powiedziałam tego. Po prostu nigdy nikogo takiego nie spotkałam. Nie mogę jej przejrzeć — stwierdziła, a potem zmarszczyła brwi. — Czemu  się nią tak interesujesz?
       Drake zatrzymał się i popatrzył na nią uśmiechając się szelmowsko.
       — Zazdrosna?
       — Nigdy w życiu.
        Nie odpowiedział. Podszedł bliżej niej, niemal przygważdżając ją do drzewa. Przesunął wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując się dłużej na ustach. Uśmiechnął się raz jeszcze i pochylił się, dotykając dłonią jej policzka. Elena odruchowo uniosła głowę, gdy nagle uświadomiła sobie co robi.           W ostatniej chwili pchnęła go mocno i gniewnie na niego spojrzała
        — Przestań — warknęła. — Po prostu tego nigdy więcej tego nie rób. To miał być koniec. To jest koniec! — krzyknęła. —  Miały nas dzielić tylko sprawy klanu, a  ty znowu to robisz.
       Drake przez chwilę wyglądał na wytrąconego z równowagi, ale ten wyraz twarzy szybko zniknął.        Zamiast tego znów pojawił się drwiący uśmiech.
       — Dobrze wiem, że tego właśnie chciałaś.
       — Nie, jedyne czego chcę, to żebyś dał mi święty spokój — odparowała. — Sam o tym zadecydowałeś, bo chciałeś być wolny. Było minęło, Drake, ale ty wciąż jesteś tym samym palantem co trzy miesiące temu.
        — Może zapomniałaś co było te trzy miesiące temu?
        Drake, widząc jednak minę Eleny natychmiast zamilkł, zanim  zdążył powiedzieć coś jeszcze. Cofnął się jeszcze kilka kroków i westchnął głęboko, po raz kolejny przeczesując włosy.
         — Przepraszam — powiedział po chwili.
          Elena popatrzyła na niego z  wyrzutem.
          — Teraz zamierzasz... — Nagle znieruchomiała  i  obróciła się w stronę najciemniejszej części puszczy.
          — Och, rozumiem. Właśnie się obrażasz jak każda inna? — prychnął Drake.
           — Przymknij się w końcu — syknęła dziewczyna. — Słyszę coś.
           Drake zamilkł i po chwili stanął obok Eleny, która miała zamknięte oczy, kiedy próbowała się wsłuchać w otoczenie. Po chwili znów je otwarła, wzięła głęboki oddech i popatrzyła na Drake'a.
          — Nathaniel też wrócił  — oznajmiła Elena. — Jest już niedaleko.

piątek, 14 listopada 2014

1.1. Kiedy Znów Mnie Spotkasz

         ,,— Pańska opowieść należy do bardzo długich — zauważył Monks, który nieustannie poprawiał się na krześle. 
          — Jest to prawdziwa opowieść o smutku, ciężkich przejściach 
i cierpieniach, młodzieńcze — odrzekł pan Brownlow. - Takie 
opowieści zwykle bywają długie. Gdyby mówiła o niezmąconej radości i szczęściu, byłaby bardzo krótka (...)"

         Destiny zamknęła poniszczony egzemplarz ''Oliver'a Twista" i podeszła do okna.
         Las na przeciwko jej domu budził się do życia. Mgła opadała, a słońce zaczynało przedzierać się przez zachmurzone niebo. Słychać  było śpiew ptaków i szum rzeki. Zapowiadał się całkiem ładny, wrześniowy dzień. Patrząc przez otwarte okno Des żałowała, że musi iść do miejscowego liceum, zamiast pójść do lasu i wędrować kilka godzin bez celu, jak to zwykła była robić odkąd przybyła do tego miasteczka.
         A może właśnie był w tym jakiś cel? To przecież zawsze pomagało jej pozbierać myśli, zbudować nowy plan. Ułożyć swoje życie choćby na chwilę. Robić to zawsze, gdy los znowu dawał jej w kość.
         To musiało mieć jakikolwiek sens.
         — Zdenerwowana pierwszym dniem w nowej szkole?
        Obróciła się i zobaczyła Jamesa Gray'a, opierającego się swobodnie o framugę drzwi. Miał około czterdziestu lat i pomimo że  wydawał się wciąż jeszcze młody,  jego brązowe włosy poprzetykane już były pierwszymi siwymi kosmykami.
        Westchnęła i z powrotem  popatrzyła na widok za oknem.
         — Trochę — odpowiedziała cicho.
         Mężczyzna nie odpowiedział, więc po chwili znowu na niego zerknęła. James nie patrzył na nią; wzrok miał wbity w podłogę i wydawało się, że nad czymś się zastanawia.
         — Kiedy po raz pierwszy dostałem pracę byłem naprawdę szczęśliwy — zaczął po chwili. — Pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze i tak dalej. Ale wiesz co? Gdy nadszedł mój pierwszy dzień w szpitalu byłem zdenerwowany bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. —  Parsknął śmiechem. — Przez cały czas trzęsły mi się ręce, przez co potem ordynator bał się dać mi jakiejkolwiek operacji do wykonania.
         — A co to ma do pierwszego dnia w szkole? — spytała Des, wyraźnie nie rozumiejąc.
         — Ma to, że cały ten strach ma się tylko w głowie — opowiedział poważnie pan Gray. — Ja wtedy bałem się, że coś zepsuję i może właśnie dlatego omal tego nie zrobiłem. Najważniejsze, Destiny, jest to abyś była sobą. Przez to ja i Amy  pokochaliśmy cię. Nie udawałaś nikogo innego.
Stanął obok niej i popatrzył na widok za oknem.
         — Z resztą popatrz na to z innej strony  — dodał. —  Masa nowych ludzi. Na  pewno poznasz kogoś ciekawego.
         — Nie lubię przebywać wśród nowych  ludzi, a tym bardziej rozmawiać z nimi — mruknęła Des, wzruszając ramionami.
        — Myślisz, że nie zauważyliśmy tego? — James uniósł brwi. — Próbujemy cię zrozumieć, ale jest to ciężkie, gdy jesteś taka... zamknięta w sobie.
        Destiny gapiła się prosto przed siebie, na horyzont za lasem. Niebo przybrało już różowo - niebieską barwę.
        — Tęsknię za Victorią - powiedziała po chwili, czując łzy pod powiekami. — Czuję, że bez niej to nie jest to samo.
         Pan Gray westchnął. Obrócił dziewczynę w swoją stronę i położył jej obie dłonie na ramionach.           Zupełnie jak ojciec.
         Tylko nigdy nie był i nie będzie nim w pełni  — pomyślała ze smutkiem Destiny.
          — Teraz masz nas — rzekł James. — Cokolwiek by się nie stało, zawsze będziemy z tobą.
         Po chwili wyprostował się i  spytał:
         — Podwieźć cię do szkoły?
         — To tyle z głębokich rad i przemyśleń Jamesa Gray'a - stwierdziła Destiny i mimowolnie się uśmiechnęła.
                                                 


              Drake Thore szedł w stronę szkoły w paskudnym humorze. Od miesiąca nic się nie udało. Żadnego tropu szpiegów Sereny. Nic, co by mogło wskazać, gdzie się znajdują  i  co planują.
            Nic.
            — Ktoś tu ma chyba ochotę w coś walnąć — odezwał się głos za jego plecami.
            Odwrócił się i zobaczył Elenę. Ręce miała skrzyżowane na piersi, a głowę przechyloną lekko w bok, kiedy mu się przyglądała.
           — Czego, Trey? — mruknął w odpowiedzi.
           — Nie mogę się przywitać z przyjacielem?
           — To ty masz przyjaciół? - Uśmiechnął się drwiąco.
           — Myślałam, że nie wrócisz na początek roku szkolnego - powiedziała Elena, ignorując wcześniejsze słowa Drake'a.
           — A jednak. Oto i ja. — Chłopak uniósł ręce po bokach. — Tęskniłaś, mój mały chochliczku?
           W jej zielonych oczach przemknął gniew.
            — Daruj sobie. Nie jestem żadnym chochlikiem.
            — Szkoda. — Drake wydął usta. — A może jednak?
            — Och, czy ty ...
           Elena nagle zamilkła, kiedy zauważyła coś za jego plecami. Chłopak zmarszczył brwi i obrócił się w stronę parkingu, tam, gdzie właśnie patrzyła rudowłosa. Kilkanaście metrów dalej stał samochód doktora Gray'a, a obok sam lekarz. Mężczyzna opierał się o swojego czerwonego kabrioleta i mówił coś do dziewczyny stojącej naprzeciw.  Ta kiwała nerwowo głową i rozglądała się dookoła.
           Była... ładna. Nawet bardzo, pomyślał Drake. Delikatnie zakręcone blond włosy opadały jej na ramiona, na których nerwowo poprawiała torbę. Musiała mieć około siedemnastu lat. Jej jasna karnacja wyraźnie odznaczała się na tle innych nastolatków,  którzy od urodzenia mieszkali w słonecznym i ciepłym przez niemal cały rok miasteczku w stanie Kalifornia.
          Dziewczyna powiedziała coś do Gray'a, a ten pokiwał głową i wsiadł do samochodu. Wszyscy zebrani pod szkołą uczniowie gapili się na całą sytuację z zainteresowaniem. W końcu nie często pojawiały się tutaj nowe osoby, a z daleka było widać, że ta dziewczyna nie pochodziła z tych terenów.
          — Adoptowana córka  Gray'a — mruknęła Elena z satysfakcją w głosie. — Wiedziałam, że dziś tutaj będzie.
         — To oczywiste — prychnął chłopak. — To szkoła. Chyba nie myślisz, że przyszła tu po to, by odprawić swoje czarne rytuały, a potem zabić wszystkich i rządzić światem? No bo wiesz... adoptowane sieroty tak mają.
         Elena spiorunowała go wzrokiem, na co ten się roześmiał.
          — No co? — Twarz Drake'a rozciągnęła się w  szerokim uśmiechu. — Nie szykujesz żadnych środków zapobiegawczych?
         — Przymknij się w końcu — przerwała mu Elena. — Destiny.
         — Co...
         — Ta nowa! — krzyknęła dziewczyna. — Nazywa się Destiny!
         — Skąd wiesz?
         — Wszyscy to wiedzą — warknęła. — Gdybyś był w Smallevil przez ostatnie miesiące to też byś wiedział.
         — Jakbyś nie pamiętała to byłem przez całe wakacje w Alabamie na poszukiwaniach, bo ty wolałaś się z tego wymigać i wciągnąć w to mnie — odparował Drake.
         Posłał  Elenie wymowne spojrzenie  i znów obrócił się, aby zobaczyć raz jeszcze nową dziewczynę.
         Zamarł.
         Ona też na niego patrzyła.
          Jej oczy były... niezwykłe. Zupełnie czarne. Emanowały tajemniczością i wydawały się przyciągać spojrzenie Drake'a, który znieruchomiał, zdziwiony całą sytuacją. Stał i gapiłby się zapewne dłużej, kiedy nagle nieznajoma opuściła wzrok i szybkim krokiem skierowała się do wnętrza szkoły.
          Czar prysł, a Drake poczuł się dziwnie, jakby obudzono go z jakiegoś transu.
          Co to właściwie było?
          — Widziałeś jej oczy? — wyszeptała Elena, wciąż gapiąc się w miejsce, gdzie stała wcześniej nowa dziewczyna. — Wcześniej takich nie miała. Ja... ja jestem tego pewna. Myślisz, że ona...
          — Tak, tak właśnie myślę — przerwał jej chłopak, dobrze wiedząc o co ta chce zapytać. — Musimy to sprawdzić.


 


niedziela, 9 listopada 2014

1.0 Prolog

        Boczna uliczka kierująca w stronę sierocińca Najświętszej Marii Panny w Des Plaines tonęła w mroku.  Wokół budynku było cicho, a wiatr wiał delikatnie. Wydawało się, że nawet natura oczekuje.
         Na to, co stanie się za chwilę  i na to, co wiele lat później.
      Gdy tylko ostatnie światła w przytułku zgasły, z mroku wyłoniła się postać ubrana w ciemny płaszcz. Po pokonaniu kilkunastu metrów zatrzymała się przy ogromnych drzwiach sierocińca i rozejrzała się dookoła.
            Jej twarz zakrywał kaptur.
       Położyła tobołek, który miała wcześniej w ramionach ostrożnie u podnóża zniszczonych schodów i przyklękła. Zawiniątkiem okazało się być kilkumiesięczne dziecko, które spało okryte warstwą kilku koców, niczego nieświadome.
        — Moja mała — szepnęła postać kobiecym głosem. —  Wrócę po ciebie, przysięgam.
             Po raz ostatni dotknęła policzka śpiącego dziecka i odeszła.
              Obok niemowlęcia leżała kartka.

                                   Nie można być silniejszym od przeznaczenia.
                                                  Jej imię to Destiny.