piątek, 26 grudnia 2014

1.6 Obiecałaś


   Mając dwanaście lat Destiny wolała umrzeć, niż znów być odsyłana. Rodziny, które chciały ją przygarnąć nie potrafiły poradzić sobie z jej ponurością, koszmarami, podczas których budziła się z krzykiem lub jej nagłymi  nostalgiami. Zaczynali się jej bać. Oczywiście jej siostra, Victoria, była jej zupełnym przeciwieństwem. Zawsze uśmiechnięta, uczynna i urocza. Pomimo tego, łączyła ich więź silniejsza niż cokolwiek innego.
  Aż do czasu.
   W noc śmierci Victorii, Des przyszła do pokoju swojej siostry. Był to mały, wręcz obskurny pokoik - jeden z wielu w sierocińcu. Victoria w tym czasie była pochłonięta czytaniem, ale gdy tylko zobaczyła siostrę w drzwiach, szybko zmięła list i wrzuciła go do kosza.
  - Co ty robisz? - spytała Des, marszcząc brwi.
  - A ty? - prychnęła jej siostra. - Myślę, że po wczorajszym nie mam już nic tobie do powiedzenia.
  - Vicky - Des podeszła bliżej, zamykając drzwi - nie widzisz tego, że oni chcieli nas rozdzielić? Tak jakby fakt, że jesteśmy siostrami nie był ważny.
  Victoria spojrzała na swoją siostrę, a potem obróciła się w stronę pojedynczego okna.
   - A może nimi nie jesteśmy? - spytała po chwili, nadal na nią nie patrząc. - Skąd możemy to wiedzieć? To, że zostałyśmy znalezione pod tym koszmarnym budynkiem w tą samą noc nic nie daje. Miałam wtedy trzy lata, Des. Ja ją pamiętam. - Spojrzała na Des wzrokiem przepełnionym żalem. - Pamiętam jej włosy, jej śmiech. Pamiętam swoją matkę ... ale nic, co miało jakikolwiek związek z tobą.
  - Teraz w to wątpisz?  - spytała Des, walcząc ze łzami.  - Teraz, gdy tyle przeszłyśmy? Zawsze mogłyśmy liczyć tylko na siebie! Nie mam nikogo, oprócz ciebie, Vicky. Nie poradzę sobie, gdy cię zabraknie.
 - Może właśnie w tym problem. - Vicky westchnęła.  - Nadejdzie taki czas, Des, w którym będziesz musiała sobie poradzić sama, pomimo że będą cię otaczać przyjaciele. Oni w końcu odejdą i ja także, wiesz o tym.
  Des cofnęła się i otworzyła drzwi. Na jej policzkach znajdowały się ślady łez, a oczy były zamglone.
  - Pamiętasz jak mi obiecałaś,że będziemy razem? - spytała cicho. -  Że nawet piekło nas nie rozdzieli? Cokolwiek się stanie, Vicky, nie pozwolę ci odejść.
  Zamknęła oczy, a gdy znów je otwarła, popatrzyła na swoją siostrę beznamiętnym wzrokiem. Wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Jednak nie potrafiła odejść. Stała w ciemnym korytarzu, z ręką położoną na klamce. Czy tak to teraz miało wyglądać? Codziennie uświadamiać sobie coraz bardziej to, że Victoria odejdzie? Z piersi Des wyrwał się szloch. Ona przecież miała tylko dwanaście lat. Nie chciała takiego życia. Chciała mieć dom, rodziców. Nie chciała niepewności, strachu i tych koszmarów, które doprowadzały ją do szału. Chciała tylko być zwykłą dziewczyną, a nie dławić się smutkiem. Dlaczego akurat ona?
  Po minucie stania miała już odejść, gdy nagle usłyszała za drzwiami głos Victorii.
  - Nic nie możesz zrobić, Esthar. Ja chcę odejść.
 Wtedy po raz pierwszy Destiny usłyszała to imię i  wtedy ostatni raz zobaczyła Victorię. Kolejnego dnia dowiedziała się o jej śmierci.

  Des cofnęła się jeszcze dalej, omal nie wpadając w kałużę błota. Spojrzała z przerażeniem na nieznajomego, który stał kilka metrów od niej. Przez strugi deszczu ledwie dostrzegła jego wyraz twarzy.         Gapił się na nią z zaciekawieniem, zupełnie jakby oglądał jakieś dziwne stworzenie.
  - Znamy się? - spytała. - Jaka Esthar?
  - Przepraszam. - chłopak podszedł bliżej. - Musiałem cię pomylić z kimś znajomym.
  Miał ogromne niebieskie oczy, które kolorem przypominały niezapominajki .  Jego skóra wydawała się jeszcze jaśniejsza od jej własnej, a włosy były przyklapnięte przez deszcz.  Czarny T-shirt i dżinsy przylegały do ciała, jakby wyszedł z basenu.  Des aż zaniemówiła, żałując, że musiał ją spotkać właśnie wtedy, kiedy była cała zmoknięta.
   Chłopak, widząc jej minę, uśmiechnął się szeroko i powiedział:
  - Co ty tu robisz podczas takiej ulewy?  Podwiozę cię do domu. Nie powinnaś iść sama.
  -Nie, dzięki - odpowiedziała Des i ruszyła dalej. -  Zaczekam na kolejnego faceta, który będzie równie podejrzany co ty.
  - Podejrzany? - Chłopak się roześmiał. - Wiesz, że kolejna darmowa podwózka może jednak nie nadejść?
  - Nie ma problemu. Pójdę pieszo.
  - Nie pozwolę, żebyś sama szła do domu w taką pogodę.
  Jakby na zawołanie nad nimi przetoczył się grzmot. Zwiało jej kaptur.
  - Będę jechał powoli i ostrożnie, jak moja ciocia - obiecał. - Będę jechał jak twoja ciocia!
  - Nie mówiłbyś tak, gdybyś znał moją ciocię.
 Sama jej nie znasz, pomyślała Des, czując niemiłe ukłucie w sercu.
 - Idziemy - Chłopak starał się przekrzyczeć szum deszczu.
 - Co?
 - Do samochodu. Wsiadaj. Pojedziesz ze mną.
 Patrzyła na niego badawczo. Iść czy nie iść? Wicher się wzmógł, za chwilę mogło się zrobić naprawdę gorzej. Chłopak nie wydawał się być groźny, wręcz przeciwnie.
 - Chyba samochodem rzeczywiście będzie bezpieczniej niż na piechotę - powiedziała po chwili. -  Nawet z tobą.
 Uśmiechnął się.
 - Nie jesteś zbytnio miła, co?
 - Wybacz, taki mam charakter.
  W środku samochodu odgłosy burzy brzmiały inaczej. Głośniej, ale i spokojniej. Słychać było bębnienie deszczu o dach, a miliony kropel przecinały szybę. Des, której głośno waliło serce i było tak zimno, że aż szczękała zębami, czuła obecność chłopaka, siedzącego zaledwie kilka centymetrów od niej.
  Tak blisko.
  Wciąż zastanawiała się, czy to był na pewno dobry pomysł. Nie znała go, nawet nie wiedziała jak ma na imię.
  Zerknęła na niego ukradkiem.
  - Przyglądanie się mi nie sprawi, że dowiesz się kim jestem.
  - Ale przynajmniej się upewnię, że nie jesteś mordercą, który zgnije w piekle za swoje grzechy.
  - A czy ja na takiego wyglądam? - Uśmiechnął się.
  - Cóż....
  - No dobra, jedynym grzechem jaki popełniam regularnie to bycie zbyt przystojnym.
  - Brak skromności to też grzech, jeżeli się nie mylę.
  Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając swoje białe zęby. Spojrzał na nią, jego oczy pociemniały,  jakby próbował zajrzeć głęboko w umysł Destiny.
  - Tak właściwie to się nie przedstawiłem - powiedział. - Jestem Nathaniel Blade. Mów mi Nate.
  - Destiny, albo po prostu Des.
  - Destiny? - Nate uniósł brwi. - Oryginalne imię. Będziesz czyimś przeznaczeniem, Des?
  Dziewczyna zaniemówiła. Czuła, że pomimo wesołego tonu chłopaka, pytanie to niosło za sobą coś większego. Tylko co?
 - Przepraszam, głupio to zabrzmiało - zreflektował się Nate. - Wiesz, ja też mam idiotyczne imię.
 - Nathaniel nie jest...
 - Mówię o innym imieniu - przerwał jej. Wskazał na jej bluzę. - Powinnaś to zdjąć. Będzie ci w tym jeszcze zimniej.
 Wyciągnął rękę, a Des zamarła.
  - Chciałem włączyć ogrzewanie - burknął, marsząc brwi.
  - Ja.. przepraszam.
 Czuła, że się rumieni. Ściągnęła bluzę, mając nadzieję, że chłopak nie widział jej czerwonych śladów na policzkach.
  - Blade, tak? - zagadnęła, zmieniając temat. - Mieszkasz niedaleko ode mnie. Jesteś chyba jedynym sąsiadem.
  - A więc ty musisz być Gray - domyślił się Nathaniel. - Twoi rodzice są miłymi ludźmi. Nie wiedziałem, że mają córkę. Słyszałem o synu, ale on umarł kilka lat temu.
 - Jestem adoptowana. - Des wzruszyła ramionami.
 - To wiele wyjaśnia.
 - Na przykład? - Des uniosła brwi.
 - Na przykład to, czemu cię wcześniej nie spotkałem.
 - Ja też nie widziałam cię tutaj wcześniej.
 - Wróciłem niedawno - odpowiedział prosto. - Mieszkam razem z synem właścicieli tej posiadłości. Oni... zmarli pół roku temu, zapisując na mnie całą rezydencję oraz powierzając mi opiekę nad ich jedynym dzieckiem.
  - Akurat tobie?
  - Byłem przyjacielem rodziny oraz ich współpracownikiem.
  - Wydajesz się być na to zbyt młody.
  - A ty zbytnio gadatliwa - mruknął Nate.
  Zatrzymał się, a Des zauważyła, że stoją na podjeździe przed jej domem. Niewiarygodnie szybko, pomyślała.
  - Dzięki - powiedziała, wysiadając z samochodu.
  Nate skinął głową.
  - Uważaj na siebie.











piątek, 19 grudnia 2014

1.5. Szara

     Elena zamrugała zdziwiona i cofnęła się, opierając plecami o krzesło. Destiny patrzyła na nią uważnie, marszcząc przy tym brwi. Jej oczy... Elenie zabrakło tchu.  Nikt nie mógł mieć takich. Były ogromne i nienaturalnie szare, metaliczne. Przypominały błyskawice. Elena szybko przeszukała w pamięci osoby, które mogłyby mieć tak wspaniałe, a zarazem groźne spojrzenie. U nikogo takich nie spotkała, chyba, że....
   - Nie rozumiem - odpowiedziała Elena, siląc się na jak najspokojniejszy ton.
   - Doskonale rozumiesz - odparowała Destiny. - Podchodzisz do mnie i zagadujesz. Masz jakieś aluzje. Śledzisz mnie wzrokiem na każdej przerwie. A na dodatek zapisujesz się na prawie te same lekcje co ja.
    - Wiem, że to może dziwnie wyglądać, ale...
    - Dziwnie? - W oczach Des błysnął gniew. - Nawiedzona jesteś, czy co?
    - Próbuję nawiązać kontakt z nową uczennicą.
    -Akurat ty?
    Destiny spiorunowała ją wzrokiem. Miała już coś dodać, gdy nagle zadzwonił dzwonek, a znudzeni uczniowie z radością zaczęli wychodzić z ławek i kierować w stronę drzwi. Des zerknęła na nauczycielkę, która niewzruszona końcem lekcji nadal czytała.
    - Odczep się ode mnie - warknęła cicho Des do Eleny, zakładając torbę na ramię. - Nie potrzebuję żadnego komitetu powitalnego.



       - Komitet powitalny? - Drake zmarszczył brwi. - Serio?
       - Tak, wiem - mruknęła Elena, siadając na wysłużonej kanapie. - Czy ty tu kiedykolwiek posprzątałeś?
      Rozejrzała się po salonie, którego tak naprawdę ciężko było nim nazwać. Pełno było kurzu; stary, wzorzysty dywan, mający lata świetności już dawno za sobą był wykrzywiony i nierówno ułożony na poniszczonej, drewnianej podłodze. Obrazy, niegdyś piękne, dziś zdrapane i porozrywane w niektórych miejscach, zwisały na jednym haczyku lub po prostu leżały u stóp czerwonych ścian, z których  złaził tynk. Niewielki kominek, zapewne świetnie i elegancko wyglądający jakieś sto lat temu, był niemal w całkowitej rozsypce. W kątach ścian pająki uwiły ogromne pajęczyny, a rośliny w ogrodzie, przez brak regularnego podcinania prawie zasłoniły okno, które przepuszczało zaledwie namiastkę światła. Na eleganckich meblach, urządzonych w stylu wiktoriańskim walały się gazety, ogromne księgi, a nawet puste pudełka po pizzy.
    Drake prychnął.
    - Nie zamierzam tu długo przebywać.
    -To twoja rodzinna posiadłość.
    -Pełne prawo ma do niej Nate. Przejął rezydencję odkąd rodzice zginęli - odparł Drake i oparł się o framugę zdewastowanych drzwi.
    -Oni nie zginęli. Wiesz o tym dobrze, Drake.
    -Jak dla mnie już ich nie ma.
   Elena poruszyła się nieswojo. Nie lubiła o tym rozmawiać. Drake zawsze stawał się bardziej ponury niż zwykle. To prawda, jego rodzice nie zginęli, choć chłopak wolałby, żeby tak się stało. Zdradzili. Sprzymierzyli się z Entylonami, tylko po to, by uratować własną skórę. Woleli upaść i zostawić go, niż umrzeć z godnością. Tak właśnie uważał Drake. Czy ich nienawidził? Tego Elena nie wiedziała.
    Spojrzała na niego. Stał, spokojnie patrząc przed siebie chłodnymi brązowymi oczami, jak zwykle, gdy poruszali ten temat. Ale nie tylko z tego powodu Elena nadal na niego patrzyła. Czarne włosy, śniada cera i ciemne, orzechowe oczy. Wyraźnie zarysowane kości policzkowe, gęste rzęsy, długie, smukłe mięśnie rąk i szerokie, ale napięte barki. Był przystojny. Jak w kimś takim mogłoby się mieścić tyle cierpienia, ale i zarazem żalu?
  - Gapisz się - Drake przeszył ją wzrokiem, rozciągając swoje usta w leniwym uśmiechu.
   Elena odwróciła wzrok w stronę okna i zaczęła gapić się na ledwie widoczne krople, które spadały na parapet. Czyżby padało?
   - Powiedział ci po co wrócił? - spytała po chwili, jednak widząc minę chłopaka dodała: - Nate. Wiesz po co znowu tu jest?
   - Podobno Rada kazała mu się mną zająć.
   -Nie uwierzyłeś mu, prawda?
   -Oczywiście, że nie - prychnął. - Z daleka czuć, że coś kombinuje.
   - Byłeś w jego sprawie u Jasira lub na Agorze?
   - Jasir nie może kwestionować ustaleń Rady, a właściciele Agory mają to gdzieś. Niepokoi ich fakt, że Entyloni się uspokoili. Nie ma o nich wiadomości od kilku miesięcy.
   - Coś szykują. A jeśli to się wiąże z tą nową? Z Des?Musimy to jeszcze raz sprawdzić.
   Chłopak się roześmiał.
   -Twój talent  do odkrywania tajemnic jest tak wielki, jak zdolność wiewiórek do grania na playstation. Z tym kolorem - powiedział, wskazując na jej  włosy - mogłabyś udawać ich siostrę.
  - Jeśli to jeden z tych dni, kiedy jesteś tak przybity, że masz ochotę mnie poobrażać  to proszę bardzo, ale ja nie mam zamiaru tego słuchać - warknęła i  ruszyła w stronę korytarza.
   - A jeśli ta cała Destiny wcale nie jest taka jak myślimy?
   Elena zatrzymała się przy drzwiach i spojrzała w jego stronę. Chłopak stał do niej bokiem  i gapił się na jeden z poniszczonych obrazów, który leżał na podłodze zaraz obok rozwalonego kominka.  Przedstawiał on kobietę. Włosy, sięgające jej do ramion sprawiały, jakby otaczała ją czarna aureola, oczy iskrzyły jej się zielenią,  nadając jej nieśmiałemu uśmiechowi więcej uroku, a drobne dłonie ułożone miała na kolanach. Całość obrazu niszczyła jednak wielka dziura w prawym górnym rogu oraz czerwone plamy rozpryśnięte na całym dziele.
   Obraz przedstawiał matkę Drake'a, Anabelle.
  - Te oczy... - Drake zamilkł. Popatrzył na Elenę i westchnął. - Może to my jesteśmy ostatnio przewrażliwieni.
   - Nie - rudowłosa pokręciła głową.- Jestem niemal pewna, że coś z nią jest nie tak.Czułam jej gniew, ale i przerażenie. U nikogo czegoś takiego zazwyczaj nie czuję, każdy ma podobną skalę, której nigdy nie przekroczył. A ona?  Jej oczy były nienaturalnie szare.Owszem, nie były czarne jak kilka dni temu, ale u nikogo tak magicznych nie widziałam - powiedziała i odetchnęła urywanym oddechem. - Chyba, że jak u nas.


   Są takie dni, nawet w Kalifornii, kiedy piękne słońce potrafi  w ciągu niecałej godziny być zasłonięte przez deszczowe chmury. Des, która przez całe pół godziny musiała czekać na Jamesa przed szkołą była wściekła. Gdzie on mógł się podziać? Zwłaszcza podczas tych nielicznych dni w roku, kiedy deszcz zagościł w Smallevil powinien ją odebrać. Nie uśmiechał się jej długi, wieczorny powrót do domu drogą przez las. Zwłaszcza, gdy wiatr wiał tak mocno, że deszcz padał niemal poziomo, a błyskawice zaczęły przecinać niebo. Za chwilę miało się rozpętać prawdziwe piekło.
- Jeden, dwa, trzy... - liczyła Destiny, tak jak ją uczyła Victoria wiele lat temu.
Uderzył piorun, co oznaczało, że burza się zbliżała. Była jakieś pięć kilometrów od niej.
  Des przyśpieszyła kroku. Doskonale wiedziała, że nie wolno jej iść podczas takiej pogody, ale nic sensowniejszego nie przychodziło jej do głowy. Niegdyś malowniczy las zmienił w mroczne i niezbyt miłe ściany zarośli, w których nie wiadomo co mogło czyhać. Ulewa była taka, jakie zdarzały się tylko podczas huraganu albo gdy wiał północno-wschodni. Czuła, że zaczynają jej przemakać trampki, a cienki kaptur bluzy, którym próbowała się ochronić niewiele daje. Westchnęła raz jeszcze.
  Zatrzymała się, kiedy usłyszała ciche warczenie, ledwie słyszalne z kotary deszczu i mgły.
  Samochód. Tak, to musiał być samochód!
  Odwróciła się, z nadzieją, że dwa migoczące światła należą do kabrioletu James'a, ale niestety z mgły i niemiłosiernie padającego deszczu wyłoniła się terenówka, całkiem  inna  niż samochód pana Gray'a. Des westchnęła po raz kolejny i ruszyła dalej, nasłuchując, aż samochód przejedzie. Po chwili znów się obróciła. Czarna Toyota stała na środku drogi, kilka metrów od Des, a jej silnik cicho pracował, prawie zagłuszony przez deszcz i wiatr.
    Zdjęła kaptur, a deszcz spływał po jej twarzy. On natomiast stał w deszczu obok samochodu i otwartymi drzwiami. Patrzył jej w oczy, przekrzywiając głowę lekko w bok. Zamrugała i cofnęła się kilka metrów dalej, mając ochotę uciec. Odgarnęła z twarzy mokre kosmyki i znów spojrzała na nieznajomego, który wydawał się być kompletnie zdziwiony.
   - Coś.. coś nie tak?
   - Tak... twoje oczy... to znaczy... - zaczął, gdy nagle jego niezwykle niebieskie oczy rozbłysły, jakby sobie coś uświadomił.
Uśmiechnął się szeroko.
  - Esthar - powiedział.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
  Tytuł rozdziału nawiązuje do piosenki "Lost", którą serdecznie polecam (znajduje się w soundtracku).
  Tytuł oznacza: "Bo mnie przejrzałaś/eś".
  Jak myślicie - o co chodzi w zakończeniu?

Zapraszam  do czytania i komentowania.

PS. Rozdział 6 miał pojawić się za dwa tygodnie, jednak, ze względu na to, iż nie było notki tydzień temu postanowiłam, że nie będę robić przerwy ;)

piątek, 5 grudnia 2014

1.4. Wspomnienia Rodzą Nadzieję

   - Kiedy mówiłam, że słabo mi idzie z eksperymentowaniem z nowymi potrawami  to mam na myśli, że naprawdę źle mi to wychodzi. - powiedziała Amy, kiedy zauważyła Destiny i James'a wchodzących do kuchni.
   Stała w wielkiej, nowocześnie urządzonej kuchni. Podłoga i ściany wyłożone były ciemnym drewnem, które kontrastowały z białymi szafkami.  Nad niewielkim kominkiem w przylegającym do kuchni salonie wisiał rząd fotografii: James i Amy w dniu ślubu nad malowniczym  Mammoth Lakes, ich dwójka w szpitalu po narodzeniu ich dziecka, kilkuletni uśmiechnięty chłopczyk, stojący obok olbrzymiej choinki oraz, niedawno dodane, zdjęcie Des z państwem Gray. Za każdym razem, kiedy Destiny popatrzyła na tę kolekcję czuła się winna. Doskonale wiedziała, że gdyby nie to, że ich synek umarł, nie byłoby jej tutaj.
    Nigdy nie pytała ich, co się stało.  Za każdym razem, kiedy James wspominał o małym Williamie, Amy milknęła. Twarz jej szarzała, drobna sylwetlka zapadała się w sobie, a cały jej urok się ulatniał. Destiny rozumiała swoich przybranych rodziców, bo ona też straciła kogoś najbliższego. W tamtym dniu, wraz ze śmiercią jej siostry umarła także jakaś część Des. Nie ważne, ile razy chciałoby się zapomnieć - strata to jak nigdy niegojąca się rana. Jedyne, co można zrobić to przecierpieć i żyć dalej, ze świadomością pustki gdzieś w swoim sercu.  
   Tylko pamięć daje nadzieję.

   Gdy tylko weszli do kuchni owionął ich zapach spalenizny. Amy mruczała po nosem i dźgała coś na patelni. Swoje kasztanowe włosy upięła w luźny kok, by nie spadały jej na oczy. W luźnych dresach i rozciągniętym  podkoszulku wyglądała wręcz dziwnie. Destiny, kiedy po raz pierwszy spotkała się z państwem Gray, zobaczyła piękną i elegancką damę. Kobietę sukcesu, kobietę, której nie można zranić. Poznając bliżej Amy, zrozumiała, że to tylko maska.
   James prychnął.
   -  Próbuje zrobić ci idealną kolację - szepnął konspiracyjnie do Destiny. - Uprzedzam, nowe ... potrawy nie wychodzą jej za dobrze.
   - Mam się bać? - spytała Des, mimowolnie się uśmiechając.
   - Co wy tam szepczecie?
   Amy obróciła się w ich stronę. Patrzyła na nich z uniesionymi brwiami, a jej brązowe oczy lustrowały ich podejrzliwie.
   - No co - mruknął pan Gray. - Ostrzegałem Des przed zatruciem pokarmowym.
   - James! - zbeształa go Amy. - Jakoś nie narzekaliście do tej pory na moje obiady.
   - Właśnie, obiady. One są zjadliwe tylko dlatego, że większość produktów jest gotowa - mruknął pan Gray.

                                              ~~~*~~~


   Kolejny dzień nie należał do najlepszych. Destiny była niewyspana. Nie potrafiła zasnąć z obawy, że znów przyśni się jej jakieś wspomnienie z czasów sierocińca lub, co gorsza, sen o jaskini pełnej trupów, ognia i ludzi w maskach. Najgorszy był fakt, że one wróciły po tak długim czasie. Na dodatek pan Ear wywołał ją do odpowiedzi z trygonometrii, choć wcale się nie zgłaszała.
   Jedyne, o czym marzyła to o chociażby kilku minutach snu.
   Pani Clavo, nauczycielka hiszpańskiego, przez całą lekcję siedziała przy biurku i czytała, kompletnie nie zważając na uczniów.  Ci z kolei rozmawiali, bawili się telefonami lub  po prostu spali. Destiny westchnęła i wbiła wzrok w tablicę. Stłumiła ziewnięcie, ale powieki zaczęły się stawać coraz cięższe. Gdyby tak zasnąć, nawet na ....
   - Me pregunto qué es tan especial para usted?*
  Wyprostowała się szybko, zupełnie rozbudzona. Obróciła się prawą stronę i zobaczyła Elenę, która znów obdarzyła ją tym swoim badawczym spojrzeniem.
  - Słucham?
  - Spytałam, czy masz w zwyczaju  spanie na każdej lekcji - sprostowała Elena.
  Destiny zamrugała.
  - Całkiem nieźle mówisz po hiszpańsku.
  - Wychowałam się w Madrycie, ale potem wylądowałam tutaj - Elena wzruszyła ramionami i nachyliła się bliżej Des. - Zupełnie jak ty, prawda? Ty przecież też nie jesteś stąd.
  - Najwidoczniej.
  - Nie nudzi ci się tutaj?
  - Może trochę - powiedziała Destiny. - Jednak nie jest aż tak źle. To miasteczko ma swój urok.
  - Jednak wszędzie są nakazy jak żyć, nie zauważyłaś? - prychnęła Elena. - Tutaj nie można być, którym się jest...
  - Którym co?
  - Którym się jest naprawdę - powiedziała po chwili. - Destiny, spójrz na to inaczej. Populacja tych okolic dzieli się na trzy grupy. Jedni to po prostu zwykli, zmęczeni życiem ludzie, którzy nie zauważają prawdy. Drudzy pod przykrywką przykładnego obywatela kryją w sobie bestię.
  - A trzecia grupa?
  - Trzecia to ci, którzy nie mają normalnego życia i nigdy nie będą  takiego mieć, ale właśnie to czyni ich wyjątkowymi.
   Elena zamilkła i popatrzyła prosto przed siebie, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Po chwili znów przeniosła wzrok na Des i powiedziała:
  - A ty?  Kim ty jesteś, Destiny?
  - Nie wiem - odrzekła Des. - Wiem jednak, że nie ma we mnie nic niezwykłego, prócz całkiem niezłej znajomości hiszpańskiego.  Zrozumiałam, co do mnie powiedziałaś. Zdradź mi więc, czego ty chcesz ode mnie? I czy przypadkiem nie chodzisz ze mną tylko na biologię?

 -----------------------------------------------------------------------------------------------
 
  * "Co jest w tobie takiego niezwykłego?"


Wybaczcie za tak marny rozdział, miałam przez ten tydzień masę roboty. Mam nadzieję, że nie jest AŻ tak źle.


piątek, 28 listopada 2014

1.3. Blade

    Obskurny korytarz tonął w ciemności, kiedy Destiny wychodziła ze swojego pokoiku, by po raz kolejny pozwiedzać sierociniec. Wszyscy już dawno spali, Victoria także. Tylko Des, która coraz częściej nawiedzana była przez koszmary, nie potrafiła zasnąć. Za każdym razem, kiedy tylko zamykała oczy, pojawiał się ten sam obraz - wielka jaskinia, światło, ogień i ludzie w karykaturalnych maskach. Ona sama, stojąca  przed nimi z wyciągniętymi dłońmi. Widok rzeszy innych osób, leżących bez życia w kałużach krwi, a wśród nich Victoria.
   Victoria, która nie żyje.
   - Co tu robisz? - Destiny usłyszała za sobą głos i obróciła się.
   Na drugim końcu korytarza stała pani Lewis, dyrektor i jedna  z opiekunek sierocińca. Z jej malutkiego pokoiku wylewało się żółte światło, a ona sama trzymała w ręce lampę. Ubrana była w staromodną koszulę nocną, a długie, siwe włosy splotła w warkocz.
   Podeszła do Destiny i ukucnęła.
   - Dlaczego nie śpisz?
   - Mam koszmary - powiedziała Des i wbiła wzrok w swoje malutkie, drobne dłonie.
   Staruszka wzięła ją za rękę i, uśmiechając się do sześciolatki, poprowadziła do swojego pokoju.
    - Co ci się śni? - spytała po drodze.
    - Piekło.

     - Pobudka.
   Destiny otwarła szeroko oczy, odlepiając się od szyby samochodu. Spojrzała na James'a , który siedział obok niej, przerzucając marynarkę przez ramię i otwierając drzwi. Kiedy w końcu na nią spojrzał znieruchomiał, mrugając szybko.
    - W porządku? - spytał.  - Znowu miałaś ten sen?
    Des pokiwała twierdząco głową i bez słowa wysiadła z samochodu.
    Zgrabny, foremny dom państwa Gray liczył sobie jakieś sto lat, ale próbę czasu przeszedł z pewnością zwycięsko. Zbudowany na planie prostokąta, miał dwa piętra i ściany w kolorze złamanego błękitu. Drewniane okna i drzwi były na swój sposób oryginalne. Las obok poruszał się leniwie pod wpływem wiatru; słychać było szum pobliskiej rzeki, ale kryła się widocznie gdzieś za ciemną ścianą lasu. Słońce zachodziło, nadając domowi delikatną pomarańczową poświatę.
    Des odetchnęła głęboko.
    - To był sen - szepnęła, próbując się uspokoić.
    - Des! - James także wysiadł z samochodu. - Wszystko dobrze?
    - W jak najlepszym - odpowiedziała dziewczyna.

                                          ~~~***~~~
 
    Czarna Toyota Land Cruiser zajechała pod starą, ogromną rezydencję, przypominającą zwykłą plantację na Południu. Budynek nadal sprawiał imponujące wrażenie - przynajmniej jeśli chodzi o rozmiary. Karłowate palmy i cytrusy rosnące po obu stronach domu nadawały mu wygląd miejsca, w którym ludzie siadają na werandzie i, popijając whisky z miętą, grają w karty przez cały dzień. Tylko, że wszystko tu znajdowało się w rozsypce. Budynek wzniesiono w stylu klasycznym, co było dość niezwykłe, jak na Smallevil. Domy  plantatorów w Kalifornii budowano zazwyczaj w stylu federalnym. Ogromne doryckie kolumny, tak zaniedbane, że odłaziła z nich farba, podtrzymywały dach, zbyt stromo opadający z jednej strony. Odnosiło się wrażenie, jakby dom był pochylony niczym stara kobieta z artretyzmem. Kryta weranda kruszyła się i odpadała od budynku, grożąc zawaleniem, gdyby ktoś tam wszedł. Gęsty bluszcz porastał zewnętrzne ściany tak, że w niektórych miejscach całkowicie zasłonił okna. Wyglądało to, jakby ziemia próbowała pochłonąć dom. Zrównać go z gruntem, na którym go wzniesiono.
     Drake zwinnym ruchem wysiadł z samochodu i wbiegł po schodach na werandę, przeskakując po dwa stopnie naraz. Chwycił zaśniedziałą klamkę, która zazgrzytała i otworzył drzwi na oścież, przekraczając próg. Światło wlewało się do pokoju, co było zdumiewające, zważywszy, że od zewnątrz okna wydawały się całkowicie osłonięte winoroślą oraz zastawione starymi gratami. Mimo to wnętrze było jasne i promienne. Pełne staroświeckich mebli, olejnych obrazów przedstawiających przodków Thore'a czy przedwojennych rodowych pamiątek. Gdzieś w głębi domu słychać było muzykę.
    - Nathaniel! - krzyknął Drake. -Wiem, że tu jesteś!
    Nie było żadnej odpowiedzi. Drake odetchnął głęboko i wszedł w górę po schodach. Kiedy wparował do białego, zalanego zachodzącym już słońcem pokoju omal się nie cofnął. Na wielkim łóżku, stojącym zaraz obok okna leżała postać, której twarz zasłaniało stare wydanie komiksu "Hulka". Wielkie, czarne buciory należące do tajemniczej postaci podrygiwały w rytm piosenki Metallici, która leciała z oldschoolowego radia położonego na parapecie. Po chwili postać zamknęła komiks i rzuciła je na biurko obok. Chłopak w jasnych, niemal białych blond włosach  założył ręce za głowę, poprawiając się na łóżku. Uśmiechał się do Drake'a, a w jego niebieskich oczach iskrzyła się wesołość.
   - Witaj, przyjacielu - powiedział.
   - Ty - wydyszał Drake z furią w oczach.
   - Ja - potwierdził chłopak melodyjnym tonem. -  Tęskniłeś?
   - Miałeś się na zawsze stąd wynieść. Na zawsze.
   Nathaniel westchnął zrezygnowany i usiadł na łóżku.  Popatrzył wymownie na Drake'a i obrócił się, by wyłączyć radio. Kiedy wstał, podszedł do bruneta, kładąc mu dłoń na ramieniu. Był o kilka lat starszy od Drake'a, musiał mieć około dwudziestu lat.
   - Zawsze to dość długo, nie uważasz? - powiedział, wzruszając lekko ramionami. - A poza tym... tęskniłem, stary.
   - Niby kiedy? - Drake zdjął zdecydowanym ruchem rękę Nathaniela. - Czego chcesz, Nate?
   - Czy ja zawsze muszę czegoś chcieć? - westchnął i minął Drake'a, kierując się w stronę schodów.
   Drake, wściekły do granic możliwości, podążył za Nathanielem, kiedy ten wesołym krokiem wszedł już do nieco staroświeckiej kuchni.
   - Nawet nie masz pojęcia jak jestem zmęczony. - Rozłożył ręce i ziewnął.
   - Czego chcesz, Nate? - warknął Drake, zaciskając nerwowo pięści, aż zbielały mu kostki.
   Patrzył morderczym wzrokiem na Nathaniela, który jak gdyby nigdy nic otworzył lodówkę i zaczął przeglądać jej wnętrze.
   - Nie masz masła orzechowego? - spytał  chłopak.
   - Czemu się pojawiłeś w Smallevil?
   - Nie odpowiem ci, dopóki nie zjem masła orzechowego - jęknął Nate, zatrzaskując głośno lodówkę. - Przebyłem długą drogę, czuję się zmęczony i jedyne, co potrzebuję to coś dobrego do jedzenia. Więc albo powiesz mi gdzie jest masło i ci wszystko wyjaśnię, albo nadal będę cię ignorował.
   - Szafka po prawej - syknął Drake.
   - Dziękuję - mruknął blondyn. - Widzisz, to nie było aż takie trudne.
   - Zachowujesz się jak rozwydrzony bachor - stwierdził Drake. - Odpowiesz mi w końcu?

----------------------------------------------------------------------------
Chciałabym podziękować za wszelkie komentarze, obserwacje, rady i po prostu za to, że czytacie. To wiele dla mnie znaczy, naprawdę. Nie spodziewałam się aż takiego odzewu, jest to dla mnie miłym zaskoczeniem. Mam nadzieję, że zostaniecie na dłużej :)


piątek, 21 listopada 2014

1.2. Szukając Prawdy

        Po krótkiej wizycie w sekretariacie Destiny wyszła na korytarz, który był już kompletnie zatłoczony. Starała się nie zwracać uwagi na spojrzenia innych uczniów, którzy raz po raz obracali głowę w jej stronę, szepcząc coś do innych. Przestudiowała mapkę raz jeszcze z nadzieją, że nie będzie musiała się z nią obnosić przez cały dzień i wsunęła papiery do torby, poprawiając ją sobie na ramieniu. Wzięła głęboki oddech.
         Będzie dobrze, pomyślała.
         Weszła do klasy numer trzy, gdzie miała mieć pierwszą lekcję i podała nauczycielowi kartkę. Był to niski i krępy rudowłosy mężczyzna,  niejaki profesor Chaucer,  jeśli można było wierzyć tabliczce na jego biurku. Przyjrzał się Destiny uważniej, po czym poprawił sobie okulary.
         — Usiądź na jakimś wolnym miejscu  — powiedział profesor  i podał jej podpisany arkusz razem z podręcznikiem, zupełnie nie zaprzątając sobie głowy jakimś idiotycznym przedstawianiem nowej osoby przy całej klasie.
         Des rozejrzała się po sali. Przy prawie każdym stole laboratoryjnym ktoś już siedział. Jedyne wolne miejsce było przy oknie - obok wysokiej i szczupłej rudowłosej dziewczyny, która gapiła się nieobecnym wzrokiem w przestrzeń przed siebie.
         Destiny wolnym krokiem podeszła do ławki i położyła podręcznik  na stole, zerkając na dziewczynę siedzącą obok. Ta nawet nie zwróciła uwagi na Des. Dopiero kiedy ta usiadła, odwróciła głowę w jej stronę, uważnie jej się przyglądając.
         — Cześć — powiedziała po chwili.
        Siedziała tuż przy oknie, odwrócona lekko w stronę Des. Włosy miała idealnie proste, sięgające jej do połowy pleców, a jej zielone oczy obserwowały uważnie koleżankę obok. Wydawała się być ciągle na baczności, jakby Des w każdej chwili miała zrobić jej krzywdę.
         — Jestem Elena Trey — ciągnęła. — A ty Destiny, tak?
         — Skąd wiesz jak mam na imię? — zdziwiła się Des.
         — Myślę, że wszyscy w całym Smallevil o tym wiedzą.
         — Coś jeszcze? — Des nerwowo poprawiła się na krześle.
        — Nie wiem, które z tych rzeczy może być prawdą.
         — Nie wierzysz w to, co mówią inni?
         — Plotka a prawda to jak bogacz i biedak — odpowiedziała Elena. — Nigdy nie będą na takim samym poziomie i nie każdy będzie polegał na nich tak samo.
         Elena znowu spojrzała w oczy Destiny, jakby próbowała się w nich czegoś doszukać. Tylko czego?
         — Skąd pochodzisz? — spytała po chwili.
         — Wychowałam się w Des Plaines w hrabstwie Cook — odparła Des.
         — I pewnie nie tylko tam? — Elena zmarszczyła badawczo brwi.
         — Skąd możesz to wiedzieć?
        — Zgaduję — odburknęła dziewczyna i znów obróciła głowę w stronę okna, kończąc w ten sposób ich rozmowę.
         Natomiast Destiny, zmieszana zaistniałą sytuacją, skupiła się na lekcji, próbując wymazać z pamięci to świdrujące, a zarazem hipnotyczne spojrzenie Eleny.




      Ostatnie promienie zachodzącego słońca przedzierały się przez strop gałęzi wysokich sekwoi, ledwie oświetlając wnętrze lasu. Zaledwie parę metrów od ścieżki leżało powalone drzewo, nie pokryte jeszcze mchem - tuliło się do pnia jednej ze swoich sióstr, tworząc coś w rodzaju ławeczki. Bujne paprocie i inne rośliny zaczęła spowijać mgła, a ptaki cichnęły. Zbliżała się noc.
       — Więc jesteś pewna, że nie jest Entylonem? — spytał Drake, po raz kolejny przeczesując swoje ciemne włosy.
      Stał pośrodku wielkiej leśnej polany nerwowo chodząc w te i z powrotem. Elena z kolei opierała się o rozłożyste drzewo patrząc znudzonym wzrokiem na zdenerwowanego chłopaka. Westchnęła i przewróciła oczami.
         — Ciężko stwierdzić — powiedziała. — Wszystko wokół niej  wydaje aurę jakiegoś smutku czy ...  sama nie wiem jak to określić.
       — Przeklęta?
       — Nie, nie powiedziałam tego. Po prostu nigdy nikogo takiego nie spotkałam. Nie mogę jej przejrzeć — stwierdziła, a potem zmarszczyła brwi. — Czemu  się nią tak interesujesz?
       Drake zatrzymał się i popatrzył na nią uśmiechając się szelmowsko.
       — Zazdrosna?
       — Nigdy w życiu.
        Nie odpowiedział. Podszedł bliżej niej, niemal przygważdżając ją do drzewa. Przesunął wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując się dłużej na ustach. Uśmiechnął się raz jeszcze i pochylił się, dotykając dłonią jej policzka. Elena odruchowo uniosła głowę, gdy nagle uświadomiła sobie co robi.           W ostatniej chwili pchnęła go mocno i gniewnie na niego spojrzała
        — Przestań — warknęła. — Po prostu tego nigdy więcej tego nie rób. To miał być koniec. To jest koniec! — krzyknęła. —  Miały nas dzielić tylko sprawy klanu, a  ty znowu to robisz.
       Drake przez chwilę wyglądał na wytrąconego z równowagi, ale ten wyraz twarzy szybko zniknął.        Zamiast tego znów pojawił się drwiący uśmiech.
       — Dobrze wiem, że tego właśnie chciałaś.
       — Nie, jedyne czego chcę, to żebyś dał mi święty spokój — odparowała. — Sam o tym zadecydowałeś, bo chciałeś być wolny. Było minęło, Drake, ale ty wciąż jesteś tym samym palantem co trzy miesiące temu.
        — Może zapomniałaś co było te trzy miesiące temu?
        Drake, widząc jednak minę Eleny natychmiast zamilkł, zanim  zdążył powiedzieć coś jeszcze. Cofnął się jeszcze kilka kroków i westchnął głęboko, po raz kolejny przeczesując włosy.
         — Przepraszam — powiedział po chwili.
          Elena popatrzyła na niego z  wyrzutem.
          — Teraz zamierzasz... — Nagle znieruchomiała  i  obróciła się w stronę najciemniejszej części puszczy.
          — Och, rozumiem. Właśnie się obrażasz jak każda inna? — prychnął Drake.
           — Przymknij się w końcu — syknęła dziewczyna. — Słyszę coś.
           Drake zamilkł i po chwili stanął obok Eleny, która miała zamknięte oczy, kiedy próbowała się wsłuchać w otoczenie. Po chwili znów je otwarła, wzięła głęboki oddech i popatrzyła na Drake'a.
          — Nathaniel też wrócił  — oznajmiła Elena. — Jest już niedaleko.

piątek, 14 listopada 2014

1.1. Kiedy Znów Mnie Spotkasz

         ,,— Pańska opowieść należy do bardzo długich — zauważył Monks, który nieustannie poprawiał się na krześle. 
          — Jest to prawdziwa opowieść o smutku, ciężkich przejściach 
i cierpieniach, młodzieńcze — odrzekł pan Brownlow. - Takie 
opowieści zwykle bywają długie. Gdyby mówiła o niezmąconej radości i szczęściu, byłaby bardzo krótka (...)"

         Destiny zamknęła poniszczony egzemplarz ''Oliver'a Twista" i podeszła do okna.
         Las na przeciwko jej domu budził się do życia. Mgła opadała, a słońce zaczynało przedzierać się przez zachmurzone niebo. Słychać  było śpiew ptaków i szum rzeki. Zapowiadał się całkiem ładny, wrześniowy dzień. Patrząc przez otwarte okno Des żałowała, że musi iść do miejscowego liceum, zamiast pójść do lasu i wędrować kilka godzin bez celu, jak to zwykła była robić odkąd przybyła do tego miasteczka.
         A może właśnie był w tym jakiś cel? To przecież zawsze pomagało jej pozbierać myśli, zbudować nowy plan. Ułożyć swoje życie choćby na chwilę. Robić to zawsze, gdy los znowu dawał jej w kość.
         To musiało mieć jakikolwiek sens.
         — Zdenerwowana pierwszym dniem w nowej szkole?
        Obróciła się i zobaczyła Jamesa Gray'a, opierającego się swobodnie o framugę drzwi. Miał około czterdziestu lat i pomimo że  wydawał się wciąż jeszcze młody,  jego brązowe włosy poprzetykane już były pierwszymi siwymi kosmykami.
        Westchnęła i z powrotem  popatrzyła na widok za oknem.
         — Trochę — odpowiedziała cicho.
         Mężczyzna nie odpowiedział, więc po chwili znowu na niego zerknęła. James nie patrzył na nią; wzrok miał wbity w podłogę i wydawało się, że nad czymś się zastanawia.
         — Kiedy po raz pierwszy dostałem pracę byłem naprawdę szczęśliwy — zaczął po chwili. — Pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze i tak dalej. Ale wiesz co? Gdy nadszedł mój pierwszy dzień w szpitalu byłem zdenerwowany bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. —  Parsknął śmiechem. — Przez cały czas trzęsły mi się ręce, przez co potem ordynator bał się dać mi jakiejkolwiek operacji do wykonania.
         — A co to ma do pierwszego dnia w szkole? — spytała Des, wyraźnie nie rozumiejąc.
         — Ma to, że cały ten strach ma się tylko w głowie — opowiedział poważnie pan Gray. — Ja wtedy bałem się, że coś zepsuję i może właśnie dlatego omal tego nie zrobiłem. Najważniejsze, Destiny, jest to abyś była sobą. Przez to ja i Amy  pokochaliśmy cię. Nie udawałaś nikogo innego.
Stanął obok niej i popatrzył na widok za oknem.
         — Z resztą popatrz na to z innej strony  — dodał. —  Masa nowych ludzi. Na  pewno poznasz kogoś ciekawego.
         — Nie lubię przebywać wśród nowych  ludzi, a tym bardziej rozmawiać z nimi — mruknęła Des, wzruszając ramionami.
        — Myślisz, że nie zauważyliśmy tego? — James uniósł brwi. — Próbujemy cię zrozumieć, ale jest to ciężkie, gdy jesteś taka... zamknięta w sobie.
        Destiny gapiła się prosto przed siebie, na horyzont za lasem. Niebo przybrało już różowo - niebieską barwę.
        — Tęsknię za Victorią - powiedziała po chwili, czując łzy pod powiekami. — Czuję, że bez niej to nie jest to samo.
         Pan Gray westchnął. Obrócił dziewczynę w swoją stronę i położył jej obie dłonie na ramionach.           Zupełnie jak ojciec.
         Tylko nigdy nie był i nie będzie nim w pełni  — pomyślała ze smutkiem Destiny.
          — Teraz masz nas — rzekł James. — Cokolwiek by się nie stało, zawsze będziemy z tobą.
         Po chwili wyprostował się i  spytał:
         — Podwieźć cię do szkoły?
         — To tyle z głębokich rad i przemyśleń Jamesa Gray'a - stwierdziła Destiny i mimowolnie się uśmiechnęła.
                                                 


              Drake Thore szedł w stronę szkoły w paskudnym humorze. Od miesiąca nic się nie udało. Żadnego tropu szpiegów Sereny. Nic, co by mogło wskazać, gdzie się znajdują  i  co planują.
            Nic.
            — Ktoś tu ma chyba ochotę w coś walnąć — odezwał się głos za jego plecami.
            Odwrócił się i zobaczył Elenę. Ręce miała skrzyżowane na piersi, a głowę przechyloną lekko w bok, kiedy mu się przyglądała.
           — Czego, Trey? — mruknął w odpowiedzi.
           — Nie mogę się przywitać z przyjacielem?
           — To ty masz przyjaciół? - Uśmiechnął się drwiąco.
           — Myślałam, że nie wrócisz na początek roku szkolnego - powiedziała Elena, ignorując wcześniejsze słowa Drake'a.
           — A jednak. Oto i ja. — Chłopak uniósł ręce po bokach. — Tęskniłaś, mój mały chochliczku?
           W jej zielonych oczach przemknął gniew.
            — Daruj sobie. Nie jestem żadnym chochlikiem.
            — Szkoda. — Drake wydął usta. — A może jednak?
            — Och, czy ty ...
           Elena nagle zamilkła, kiedy zauważyła coś za jego plecami. Chłopak zmarszczył brwi i obrócił się w stronę parkingu, tam, gdzie właśnie patrzyła rudowłosa. Kilkanaście metrów dalej stał samochód doktora Gray'a, a obok sam lekarz. Mężczyzna opierał się o swojego czerwonego kabrioleta i mówił coś do dziewczyny stojącej naprzeciw.  Ta kiwała nerwowo głową i rozglądała się dookoła.
           Była... ładna. Nawet bardzo, pomyślał Drake. Delikatnie zakręcone blond włosy opadały jej na ramiona, na których nerwowo poprawiała torbę. Musiała mieć około siedemnastu lat. Jej jasna karnacja wyraźnie odznaczała się na tle innych nastolatków,  którzy od urodzenia mieszkali w słonecznym i ciepłym przez niemal cały rok miasteczku w stanie Kalifornia.
          Dziewczyna powiedziała coś do Gray'a, a ten pokiwał głową i wsiadł do samochodu. Wszyscy zebrani pod szkołą uczniowie gapili się na całą sytuację z zainteresowaniem. W końcu nie często pojawiały się tutaj nowe osoby, a z daleka było widać, że ta dziewczyna nie pochodziła z tych terenów.
          — Adoptowana córka  Gray'a — mruknęła Elena z satysfakcją w głosie. — Wiedziałam, że dziś tutaj będzie.
         — To oczywiste — prychnął chłopak. — To szkoła. Chyba nie myślisz, że przyszła tu po to, by odprawić swoje czarne rytuały, a potem zabić wszystkich i rządzić światem? No bo wiesz... adoptowane sieroty tak mają.
         Elena spiorunowała go wzrokiem, na co ten się roześmiał.
          — No co? — Twarz Drake'a rozciągnęła się w  szerokim uśmiechu. — Nie szykujesz żadnych środków zapobiegawczych?
         — Przymknij się w końcu — przerwała mu Elena. — Destiny.
         — Co...
         — Ta nowa! — krzyknęła dziewczyna. — Nazywa się Destiny!
         — Skąd wiesz?
         — Wszyscy to wiedzą — warknęła. — Gdybyś był w Smallevil przez ostatnie miesiące to też byś wiedział.
         — Jakbyś nie pamiętała to byłem przez całe wakacje w Alabamie na poszukiwaniach, bo ty wolałaś się z tego wymigać i wciągnąć w to mnie — odparował Drake.
         Posłał  Elenie wymowne spojrzenie  i znów obrócił się, aby zobaczyć raz jeszcze nową dziewczynę.
         Zamarł.
         Ona też na niego patrzyła.
          Jej oczy były... niezwykłe. Zupełnie czarne. Emanowały tajemniczością i wydawały się przyciągać spojrzenie Drake'a, który znieruchomiał, zdziwiony całą sytuacją. Stał i gapiłby się zapewne dłużej, kiedy nagle nieznajoma opuściła wzrok i szybkim krokiem skierowała się do wnętrza szkoły.
          Czar prysł, a Drake poczuł się dziwnie, jakby obudzono go z jakiegoś transu.
          Co to właściwie było?
          — Widziałeś jej oczy? — wyszeptała Elena, wciąż gapiąc się w miejsce, gdzie stała wcześniej nowa dziewczyna. — Wcześniej takich nie miała. Ja... ja jestem tego pewna. Myślisz, że ona...
          — Tak, tak właśnie myślę — przerwał jej chłopak, dobrze wiedząc o co ta chce zapytać. — Musimy to sprawdzić.


 


niedziela, 9 listopada 2014

1.0 Prolog

        Boczna uliczka kierująca w stronę sierocińca Najświętszej Marii Panny w Des Plaines tonęła w mroku.  Wokół budynku było cicho, a wiatr wiał delikatnie. Wydawało się, że nawet natura oczekuje.
         Na to, co stanie się za chwilę  i na to, co wiele lat później.
      Gdy tylko ostatnie światła w przytułku zgasły, z mroku wyłoniła się postać ubrana w ciemny płaszcz. Po pokonaniu kilkunastu metrów zatrzymała się przy ogromnych drzwiach sierocińca i rozejrzała się dookoła.
            Jej twarz zakrywał kaptur.
       Położyła tobołek, który miała wcześniej w ramionach ostrożnie u podnóża zniszczonych schodów i przyklękła. Zawiniątkiem okazało się być kilkumiesięczne dziecko, które spało okryte warstwą kilku koców, niczego nieświadome.
        — Moja mała — szepnęła postać kobiecym głosem. —  Wrócę po ciebie, przysięgam.
             Po raz ostatni dotknęła policzka śpiącego dziecka i odeszła.
              Obok niemowlęcia leżała kartka.

                                   Nie można być silniejszym od przeznaczenia.
                                                  Jej imię to Destiny.