sobota, 12 listopada 2016

1.25. Ostateczność

Miesiąc wcześniej

      Dłonie Destiny trzęsły się z zimna, wrażeń i z poczucia straty. Elena płakała, a jej ciałem targały wstrząsy. Rozglądała się dookoła, próbując dostrzec cokolwiek zza ściany deszczu i mroku. Jej posklejane i potargane rude włosy były całe we krwi i brudzie, a twarz była gdzieniegdzie zadrapana i poczerwieniona. Opierała się jedną ręką o mokrą ziemię, jakby resztką sił powstrzymywała się przed upadkiem w błoto.
      Natomiast Drake wciąż patrzył na ciało Nathaniela. Nie zwracał uwagi na panikę Eleny, czy coraz głośniejsze odgłosy Entylonów. Po prostu gapił się na zakrwawione i zmasakrowane ciało Niebieskiego, a jego oblicze nie wyrażało jakiejkolwiek emocji.
       Destiny spojrzała ponownie w dół. Mapa była mokra od deszczu i ciemnej krwi Nathaniela. Obydwoma dłońmi mocno zaciskała bezwładną rękę Niebieskiego, przyciskając ją równocześnie do piersi i kawałka papieru.
       - Nathanielu. - Pod plątaniną ich palców czuła bicie serca, które słabło z każdą chwilą. - Błagam. Musimy przetrwać. Wróć do nas.
        Z jej piersi wyrwał się szloch, a potok łez połączył się z resztkami deszczu na jej policzkach. Zacisnęła jeszcze mocniej ręce na jego zimnej dłoni i lekko nią szarpnęła.
        - Blade - warknęła. - Dawaj. Obudź się.
        Głośne i groźne krzyki Entylonów zbliżały się. Drake, jakby obudzony z transu, otrząsnął się i wstał z kałuży błota. Szarpnął spanikowaną Elenę ku górze.
         - Musimy ją chronić - powiedział tylko. - Bez niej zginiemy.
         Zielona przestała się trząść. Popatrzyła na chłopaka i odetchnęła urywanym tchem.
         - Już zginęliśmy. To kwestia czasu.
         Drake zaniemówił i puścił Elenę, której oczy jarzyły się jak dwa jadeity. Jej wzrok był dziki i przerażony. Zielona z powrotem osunęła się na kolana.
          - Blade, proszę! - Des próbowała wszelkimi sposobami przywrócić chłopaka do życia. Dotknęła jego policzka. - Nathanielu...
           Odgłosy Entylonów ucichły. Już ich znaleźli. Ciche powarkiwania i odgłosy łamanych gałązek raz po raz rozlegały się po lesie. Kilka błyskawic przeszło nad ich głowami.
          - Des, próbuj sama - warknął Drake. - On nie żyje. On...
          Nathaniel otworzył powoli oczy i z trudem odetchnął. Destiny w napływie niesamowitej ulgi pochyliła się ku niemu, odgarniając jego brudne blond włosy z czoła. Nie mogła dojrzeć całej jego twarzy. Drake zaklnął, a Elena uniosła głowę w stronę ciemności.
          - Drake... - Wyszeptała, prostując się. - Oni tu są.
           Zakrwawione ręce Nate'a zacisnęły się słabo na dłoni blondynki.
           - Des, nie puszczaj, proszę - wydusił z siebie.
          Ciche warczenie dobiegło zza pleców Des. Drake krzywym krokiem przeszedł w bok, zasłaniając w ten sposób resztę. Z trudem wyprostował się, zadarł głowę do góry i odezwał w stronę Entylonów:
           - To jeszcze nie koniec.
           - Skąd ta pewność? W ostateczności to my jesteśmy górą.
           Damski, głęboki i tajemniczy głos dobiegł gdzieś z mroku. Zaraz potem cały las wypełnił się cichymi szmerami.
           - Des... Destiny...
          Słaby głos Nathaniela dotarł do uszu dziewczyny. Przeniosła swoje przestraszone spojrzenie z ciemnych zarośli, wprost na oczy chłopaka. Pełnia, która nagle wyszła zza gęstych chmur, oświetlała ich i leśną polanę niczym reflektor aktorów na scenie. Jego oczy w księżycowym świetle były bladoniebieskie. Nie emanowały już onieśmielającą głębią błękitu. Krew kontrastowała z jego trupio białą twarzą, a jego rozszarpana klatka piersiowa niezauważalnie się podnosiła.
          Nathaniel Blade umierał.
         - Złap ich - wycharczał z trudem i, najmocniej jak tylko potrafił, przycisnął jej dłoń do mapy.
         Des chwyciła wolną ręką poranioną dłoń Drake'a, który stał do niej tyłem. Na jej dotyk wzdrygnął się i mimowolnie obrócił głowę w jej stronę. Na jego twarzy odmalował się grymas bólu. W tym czasie kilku Entylonów pod postacią ogromnych dzikich psów podbiegło bliżej, okrążając Zaprzysiężonych. Drake napiął wszystkie swoje mięśnie, próbując nadążyć wzrokiem za ciemnymi konturami Entylonów. Elena poczłapała nierównym krokiem w stronę Des i złapała się jej ramienia.
        Ze strony Entylonów dobiegło wycie.
        - Brać ich. - Kobiecy głos ponownie przemówił.
        Nathaniel zdobył się na ostatni uśmiech.
       - Udało się wam, Des. Udało.
       Po raz ostatni uścisnął jej dłoń, a potem ją puścił, pozostawiając wolną na mokrej mapie. Jego ręka mimowolnie osunęła się w błoto.
       Destiny szarpnęła się do przodu by chwycić go, zanim wyjdą z mapy. Jednak zanim zdążyła cokolwiek zrobić, czas  zatrzymał się. Znajome szczypanie z tyłu głowy powróciło. Tym razem nie zamknęła oczu. Usłyszała zawieszony w przestrzeni krzyk Eleny, na którą skoczył Entylon, szum wiatru i grzmot burzy.
       Oczy Nathaniela po raz ostatni spotkały się z jej wzrokiem.

~~~~***~~~~

Teraz
    
           Des odczekała jeszcze dziesięć minut, zanim odważyła się wyjść z szafy. Rozejrzała się po pomieszczeniu i ze smutkiem zauważyła, że skórzana kurtka Nathaniela zniknęła. Heather najwidoczniej musiała ją zabrać w przypływie emocji.
     Bezczelna niebieskooka suka miała uczucia.
     Destiny odetchnęła głęboko i przetarła z czoła krople potu. Nawet nie chciała myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Niebieska lub Ingrid ją zobaczyły. Najprawdopodobniej wyleciałaby z Izby i na tym skończyłaby się jej szansa na dostanie się do Bezrasowców. Jasir byłby zawiedziony jej zachowaniem, Drake zapewne też. Dziewczyna doskonale wiedziała, jak Cromwellowi było ciężko przekonać Radę, by mogła zostać w Agorze. Przejmował się nią, wiedział, że nie miała gdzie się podziać. Jednak nawet on nie mógł zapobiec setce pytań i wątpliwości, które nie pozwoliły jej odpocząć po powrocie.
       Na jej szczęście zapadła decyzja pozostania na Agorze na okres dwóch próbnych miesięcy. Po tym czasie zdecydują, czy będzie miała szanse na zostanie Bezrasowcem. O ile ona będzie w stanie udowodnić jakikolwiek związek pomiędzy nią a nimi.
       Wychodząc z pokoju, wygrzebała z kieszeni klucze, którymi otwarła ciężkie drzwi. Wychyliła głowę na korytarz i spojrzała w prawy korytarz prowadzący do Notrum.
      Nikogo nie było. Blade światło lamp leniwie oświetlało drewniane ściany przejścia. Najwidoczniej wszyscy Zaprzysiężeni nadal przebywali w głównej sali lub udali się na posiłek.
      Des mimowolnie ulżyło. Zanim jednak zdążyła obejrzeć się w lewą stronę, coś zastąpiło jej pole widzenia.
      Dziewczyna omal nie krzyknęła na cały Główny Dom.
      - Cholera jasna, Elena! - Des wyprostowała się nagle, a jej serce wciąż biło jak mały karabin maszynowy. - Wystraszyłaś mnie!
      Elena patrzyła na blondynkę z założonymi rękoma na piersi.
      Jej idealnie proste włosy miała związane w długi kucyk. Prosta grzywka lekko opadała jej oczy, podkreślając pociągłe rysy twarzy. Jej wesoło iskrzące się oczy nie wydawały się być zagniewane. Wąskie usta wykrzywiły się w uśmiechu.
       W niczym nie przypominała przerażonej dziewczyny utytłanej we krwi i błocie.
      Trey była chyba jedyną osobą na Agorze, która nie wydawała się być przejęta wizją walki z Entylonami. Nonszalancko ubrana w brązową koszulkę i spodnie khaki, wyglądała jakby dopiero wybierała się na trening. Z powodu rozkazu Rady każdy członek Zaprzysiężonych miał obowiązek codziennych treningów po kilka godzin.
       - Dzisiaj pracowałam w Izbie na dziennej zmianie - oświadczyła Elena. - Ty pracujesz zaraz po mnie, gdy ja wybieram się do Notrum. Jednak do tej pory nie ma cię przy chorych. Powód?
       Destiny przełknęła ślinę.
       - Ja... - Destiny zamrugała szybko. - Ja dopiero wracam z treningu.
       - Oh, od dzisiaj trenujesz w pokoju Nate'a?
       - Przechodziłam obok i pomyślałam, że może wstąpię - skłamała Destiny. - Mam tam kilka rzeczy rodziców i nie chciałabym, żeby zginęły.
       Elena przekrzywiła głowę w bok i oparła się o drewnianą ścianę. Nie wierzyła blondynce.
       - Izba jest w drugą stronę od Notrum, a pokój Blade'a jest zawsze zamknięty. Nikt nie ma do nich kluczy... Prócz ciebie - powiedziała Zielona i pokręciła głową. - Des, od dwóch tygodni przychodzisz tutaj, a klucz zwinęłaś na mojej zmianie. Dzięki mnie Ingrid tego nie zauważyła. Dobrze, że ma zapasowy.
       Des nie miała wyjścia, Elena ją przejrzała. Z ciężkim westchnieniem zamknęła drzwi i przekręciła kluczyk w zamku. Następnie oddała go Elenie, która zmarszczyła brwi.
       - Czemu mi go oddajesz?
       - Masz rację, ukradłam - przyznała się Des. - Oddaję więc klucz tobie. Oddaj go na miejsce. Przepraszam.
       Oczy rudowłosej pojaśniały.  Zacisnęła palce Des na kluczach i uśmiechnęła się lekko.
       - Ja wszystko rozumiem, naprawdę - powiedziała cicho, a serce Des przez chwilę znowu stało się ciężkie. - Może nie popieram kradzieży, ale przynajmniej dzieje się coś więcej niż tylko przygotowywania do walki. Nie nudzę się, dzięki tobie.
        Elena uśmiechnęła się szeroko i położyła dłoń na ramieniu Destiny, popychając ją lekko w kierunku lewego korytarza. Ruszyły nieśpiesznym krokiem.
        - Tęsknisz - kontynuowała Zielona. - Tęsknisz za rodzicami, no i za tym ładnym domkiem, w którym mieszkaliście. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie schowasz tych pamiątek w swoim pokoju.
         Des wbiła wzrok w podłogę. Ciężkie buty na jej nogach wydawały tępy dźwięk, który roznosił się po całym korytarzu.
         - Wciąż nie jestem przyzwyczajona do tego, w którym mieszkam - wyjaśniła. - Zbyt wiele osób do niego wchodzi. Tak prostu otwiera drzwi, sprząta, zmienia pościel lub po prostu grzebie w moich rzeczach.
         - No cóż. Nie słyniemy z prywatności. Nie kierujemy się też prawami zwykłych ludzi.  Jedna z zasad Zaprzysiężonych to szczerość i otwartość wobec całego klanu. Rada interpretuje to jako pozwolenie na naruszenie dobra osobistego praktycznie każdego, no może prócz tych naprawdę ważnych osobistości. - Elena patrzyła gdzieś prosto przed siebie. Zastanawiała się nad czymś. - Mi samej nie podoba się ta reguła. Może faktycznie, Des, to mądre posunięcie, by ukrywać rzeczy gdzieś indziej, ale nie wiem czemu akurat w pokoju należącym do zakłamanego zdrajcy.
         - W pokoju należącym do Nathaniela.
         Des poprawiła odruchowo Elenę, która spojrzała na nią, unosząc brwi.
         - Tak, do niego. Zdrajców nikt nie wspomina, Destiny. To wstyd i niemal szaleństwo. Dlatego ich pokoje są zamykane i traktowane jak strefa zakażona.
         - Nathaniel w ostatnich chwilach życia nie był zdrajcą. - Des zatrzymała się na środku korytarza. - On uratował życie tobie, mi i Drake'owi.
         - Des, on niemal wystawił nas na śmierć - zauważyła Zielona. - Za co mam być mu wdzięczna?
         - Może właśnie za to, że dzięki niemu wciąż oddychasz.
         Elena zaniemówiła, a jej oczy delikatnie pociemniały.
         - Nic o nim nie wiedziałaś. Czy on chociaż wspominał dlaczego skończył jako Entylon? Dlaczego Drake go nienawidził? Dlaczego przez jeden dobry uczynek darujesz mu lata zła, o których sama nie masz pojęcia?
        Destiny przełknęła ciężką gulę w gardle. Musiała się z tym zgodzić. Praktycznie nic o nim nie wiedziała, a on sam jej to wytknął w tamten feralny dzień. Czemu więc czuła, że ma wobec niego duży dług, którego nigdy nie będzie mogła spłacić?
         - On i rodzice byli jedynymi ludźmi, którzy się za mnie poświęcili - powiedziała Des po chwili niezręcznej ciszy. - Czuję, że to właśnie przez niego wciąż żyję i mam szansę na bycie jedną z was.  Skoro nie mam możliwości życia normalnie, to chcę walczyć przynajmniej o to, co mam teraz.
         Elena uśmiechnęła się smutno i podeszła do Des. Chwyciła ją za rękę, pociągając do przodu.
         - Nikt tutaj nie ma możliwości na normalne życie - odparła. - Kazano wszystkim Zaprzysiężonym wrócić do Agory, a młodym zrezygnować ze zwykłych szkół. Wzmacniają mury obronne, przez które ostatnio dałaś radę uciec. Parę osób za to oberwało. Rada jest podobno wściekła, Cromwell natomiast zmartwiony. Mamy trenować, a nikogo do tej pory nie wysłano poza granice Agory.
         - Mam wrażenie, że zamiast walczyć to uciekają przed wrogiem. - Des zmarszczyła brwi. - Mówią o sobie jako o wielkich wojownikach i szlachetnym rodzie, a tak naprawdę są tchórzami, którzy...
          Elena zatrzymała się i przyłożyła rękę do ust Des. Przysunęła palec do swoich warg, nakazując jej być cicho.
          - Wkroczyłyśmy na wrażliwą część Agory. Ściany mają uszy, Des - wyszeptała i puściła zdziwioną dziewczynę. Ruszyła dalej korytarzem, a blondynka za nią. - Oczywiście, że masz rację, ale gdyby ktoś inny to usłyszał... Destiny, nigdy więcej tak nie mów.
         Des kiwnęła głową na znak, że rozumie. Spojrzała jeszcze raz na Elenę, która wyglądała na zmartwioną. Patrzyła gdzieś prosto przed siebie, jednocześnie przygryzając wargę. Ten pogodny nastrój, który wcześniej zaprezentowała, zniknął.
         - Eleno... - zaczęła Destiny nieśmiało.
         - Tak?
         - Jak się czujesz? - Dziewczyna, nie mogąc znieść spojrzenia Zielonej, spojrzała w dół, prosto na swoje stopy. - Ja... ja wiem, że nie pytałam o to wcześniej. Musiało to wyglądać jakbym się tobą nie interesowała. Przepraszam. Ja po prostu sama...
         Elena objęła ją za ramię i lekko je ścisnęła w pocieszającym geście. Jej spojrzenie nie wyrażało żalu, gniewu czy już nawet smutku.
         - Druga zasada u Zaprzysiężonych to nie żałowanie ludzi, którym nic tak naprawdę się nie stało - powiedziała. - Des, przecież wiem, że każdy z naszej trójki musiał sobie sam z tym poradzić.
         Weszły na główny korytarz. Dziesiątki Zaprzysiężonych tworzyło wielki tłum. Jedni szli prosto przed siebie w stronę Notrum, drudzy z niego wracali, a jeszcze inni rozchodzili się po poszczególnych korytarzach. Elena odsunęła się od Destiny i wyprostowała  na widok Ingrid, idącej prosto do nich.
          Des nigdy nie pytała swojej przełożonej o wiek. Sama dawała jej około sześćdziesięciu. Była to niska kobieta, lekko pulchna o miłym wyrazie twarzy pooranej przez zmarszczki. Grube siwe włosy kręciły się wokół jej uszu i karku, a krzaczaste brwi stanowiły całkiem ładną ozdobę mętnych jak woda oczu. Pomimo tego, że należała do Bezrasowców udało się jej zostać główną opiekunką w Izbie. Jednak nie zmieniało to faktu, że prawdziwą władzę nad nią i resztą sprawowała Kierenna Trey, matka Eleny, która razem z mężem od niedawna została członkinią Rady.
           - Encarnación del mal  - mruknęła Elena. - Gdyby miała charakterek tak przyjazny jak i twarzyczkę...
           Des mimowolnie się uśmiechnęła.
           - Ona jest miła tylko wobec Heather - kontynuowała Zielona. - Pojęcia nie mam czemu.
           - A właśnie... - zaczęła Des, jednak Ingrid już stanęła przed nimi.
           - Ty, nowa - warknęła Ingrid w stronę Destiny. - Spóźniasz się. Nadal.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Guess who's back? Tęskniliście? Ile to minęło od ostatniego rozdziału? Z 8 miesięcy? Cholera jasna, zawaliłam i to konkretnie. Czytelnicy pewnie rozeszli się w swoje strony, jednak  ja mam nadzieję, że ktokolwiek przeczyta i skomentuje. Nakrzyczy na mnie za niedotrzymanie obietnicy i zruga mnie za chaotyczny rozdział.

Pozdrawiam cieplutko ze śnieżnej krainy,
Brave
         

       
      

piątek, 11 listopada 2016

2 LATA ISTNIENIA BLOGA!

Czas szybko leci. Przekonałam się o tym na własnej skórze, gdy zdałam sobie sprawę, że od wstawienia Prologu minęło już dwa lata. W tym czasie blog osiągnął:
- 24 rozdziały;
- ponad 27 tysięcy wyświetleń;
- 150 stałych obserwatorów;
- 765 komentarzy.

Tym blogiem spełniłam swoje jedno z większych marzeń - pisanie. I chociaż wiem, że w tym roku moje pisarskie motywacje osłabły i niejako sama siebie zawiodłam, wiem, że nie mam zamiaru dać sobie spokój z tą historią. Czy to dobrze, czy to źle... sami ocenicie. Wracam do Was, czytelnicy, z jeszcze większą ilością pomysłów, którym będzie musiała sprostać nasza kochana Des i jej przyjaciele. No i wrogowie.
Nie zapominajmy o jej prawdziwych wrogach.
Pozdrawiam,
Brave.